• Wpisów:65
  • Średnio co: 34 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 19:17
  • Licznik odwiedzin:9 317 / 2290 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
ss1
 
vinay
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 
- Myślę, że to było nam pisane – wyszeptała drżącym głosem, przyciskając sobie jego zakrwawioną dłoń do gładkiego policzka.

- Miłość?

- Śmierć z miłości.

- Zaraz się porzygam.

- Seth!

Jęknąłem głośno, gdy siedząca na moich kolanach dziewczyna wbiła mi łokieć między żebra. Łypnąłem na nią kątem oka, jednak nie mogłem się opanować i mój uśmiech zepsuł cały efekt. Po chwili Lori zachichotała cicho, nie odrywając jednak wzroku od telewizora.

- Jesteś okropny – stwierdziła.

- Zabrzmiało to tak, jakbyś naprawdę dopiero teraz to odkryła. – Spojrzała na mnie wymownie. – No, bo niby który to już raz oglądamy jakieś twoje Magiczne Miziu-Miziu!? – Rzuciłem z wyrzutem, wymachując przy tym rękami.

- Pierwszy raz! – Próbowała się bronić kłamstwem.

- Pierwszy raz!? – powtórzyłem, poprawiając się na kanapie, przez co dziewczyna zjechała z moich kolan na poduszki. Rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie i fuknęła pod nosem. – Zawsze oglądamy to, co ty chcesz!

- Bo zawsze się na to zgadzasz.

- Bo jesteś zbyt przekonywująca! Wiesz, to powinno być zabronione. – Wskazałem na nią palcem i pokiwałem wymownie głową. Na twarz mojej towarzyszki wdarł się ten okropnie uroczy, niewinny uśmieszek.

- Ale, niby co? – Zatrzepotała rzęsami. Odgarnęła włosy za ucho.

- O-o-o! – Wydukałem, nie przestając godzić w nią paluchem. – Właśnie o tym mówię!

Dziewczyna pochyliła się do przodu i oparła się rękami po obu stronach moich bioder. Przełknąłem ślinę, ponownie nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu.

- Czasami próbuję sobie przypomnieć, jak to było, gdy zachowywałaś się przy mnie jak taka malutka, płochliwa szara myszka. – Lori oparła dłoń na mojej klatce piersiowej, znacznie przybliżając się do mojej twarzy.

- I? – szepnęła, a jej usta niemal niezauważalnie musnęły moje. Poczułem jej słodki oddech na twarzy chwilę przed tym, gdy zmysłowo przygryzła moją dolną wargę. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi zimny, orzeźwiający prąd.

- I zdałem sobie sprawę, że nie ma z nami Chrisa. – Odsunąłem się lekko, posyłając jej wymowne spojrzenie. Lori uśmiechnęła się i zarzuciwszy mi ręce na szyję, oplotła mnie nogami w pasie.

Było naprawę zniewalająco – zważywszy na fakt, iż od tamtej pamiętnej nocy, nie było nam dane zasmakować takiej bliskości. Każda moja komórka łaknęła, aby odświeżyć jej pamięć…

Rozległy się ciężkie kroki przed wejściem. Chwilę później trzasnęły drzwi.

I tym razem, nie było nam to dane.

Lori właśnie zsunęła się ponownie na kanapę, jakby od niechcenia poprawiając włosy, gdy do salonu jak burza wpadł Christopher. Z ręką na moich podziurawionych, zasmolonych płucach muszę stwierdzić, że jeszcze nigdy w życiu nie wyglądał on tak źle. I owszem, pamiętam incydent z przed kilku tygodni, gdy niemyty postanowił hodować w szklance podejrzane zielska.

Tym razem było inaczej.

W jego oczach zdawał się płonąć żywy ogień. Miotał wzrokiem na boki, gdy jak błyskawica, tupiąc głośno, przebiegł przez salon i złapawszy za swoją granatową torbę, zaczął ładować do niej wszystkie swoje, porozrzucane wokoło kanapy ubrania.

W pierwszej chwili ani ja, ani Lori nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi. Dopiero, gdy Chris wybiegł do łazienki, a Lori spojrzała na mnie tymi zmartwionymi, sarnimi oczyma, w lot wszystko zrozumiałem. Jeśli z twoim przyjacielem dzieje się coś podejrzanie dziwnego – na sto procent chodzi o dziewczynę. W moim przypadku, była nią moja siostra, więc sytuacja w jednej chwili nabrała dla mnie zaskakująco osobistego wyrazu.

Podniosłem się z kanapy, żeby iść do łazienki i wybadać, o co poszło tym razem, ale mój przyjaciel mnie wyprzedził. Stanął w drzwiach, cisnął spakowaną torbą na podłogę i przeklął siarczyście. Tym razem nawet Lori nie śmiała zwrócić mu na to uwagi.

- Wracam do Casa Grande – oznajmił, wyraźnie siląc się na spokojny ton.

- Dlaczego? – Wypaliła błyskawicznie Lori, ale szybko się zreflektowała. – To znaczy… Czemu tak nagle..? Jak..? Co się stało, Chris?

Również wstała i z przejęciem wpatrywała się w bruneta. Po jego twarzy przebiegło kilka grymasów. Wziął głęboki wdech. Pomogło.

- Mam już po prostu dość tych chędożonych wakacji! Nic z nich dobrego nie wynikło!

- Tu mógłbym polemizować… Au! – Syknąłem, czując jak paznokcie Lori wbijają mi się głębiej w skórę.

- Zostań, Chris – poprosiła pojednawczym tonem, podchodząc do niego. – Może da się to jeszcze wyjaśnić… Odkręcić…

- Nie, Lori. Tego nawet tobie nie uda się zrobić. – Chłopak uśmiechnął się smutno, po czym pochylił się, podniósł torbę i zarzucił ją sobie na ramię. Pierwszy raz w życiu, naprawdę łamało mi się serce, gdy na niego patrzyłem. Pierwszy raz. – Wracam autobusem i… Naprawdę – tu uśmiechnął się sztucznie. – Nie chcę zepsuć wam tego wyjazdu.

- Odprowadzę cię – powiedziałem, rzucając w jego stronę wymowne spojrzenie. Chłopak kiwnął głową i ponownie, słabo uśmiechnął się do Lori.

- Do zobaczenia w domu, Blake – rzucił przez ramię i wyszedł.

Wypuściłem ze świstem powietrze.

- Kto by przypuszczał, że nasza wyprawa na wybrzeże nabierze takiego obrotu – mruknąłem.

- Kto by pomyślał, że naprawdę się przejmiesz, gdy Chris i Terri faktycznie zerwą – dodała dziewczyna, dyskretnie wkradając się w moje objęcia. Ucałowałem jej czoło, po czym spojrzałem jej uważnie w oczy.

- Idę dopilnować, żeby wsiał do odpowiedniego autobusu. W takim stanie, gotów jest pewnie obrócić w proch cały Manhattan.

- Powiedz mu, żeby uważał.

W odpowiedzi kiwnąłem głową, wciągnąłem na nogi trampki i wybiegłem na zewnątrz po śladach krwawiącego serca mojego przyjaciela.



****



Nie mogłam zmrużyć oka, cały czas rozmyślając o przyjaciołach. Słyszałam tykanie zegara, odgłosy nocy wpadające przez lekko uchylone okno, równomierny oddech śpiącego u mego boku chłopaka. Całą przestrzeń wokół wypełniał spokój, jednak moje rozbiegane myśli nie pozwalały mi odpłynąć w przyjazne objęcia Morfeusza.

Bardzo powoli podniosłam się z łóżka, wysuwając nogi spod kołdry i podniosłam się, patrząc przez ramię, czy Seth się nie obudził. Jednak nadal spał głęboko, wyglądając jak uroczy, mały chłopczyk, któremu śnią się jakieś miłe rzeczy. Ostrożnie stawiając kroki na niepewnym podłożu, podeszłam do drzwi i odetchnęłam, znalazłszy się na korytarzu. W salonie paliła się mała lampka przy kanapie, którą Seth prawdopodobnie zapomniał zgasić, gdy wyszedł spod prysznica. Dzięki niej dotarłam do kuchni, nie potykając się w panującym tutaj półmroku i usiadłam na blacie kuchennym, zastanawiając się, co dalej.

Nadal miałam przed oczami zdenerwowaną twarz Chrisa i jego przepełnione bólem oczy. Choć nie dawał tego po sobie poznać, wiedziałam, że moja przyjaciółka złamała mu serce w najbardziej nikczemny ze sposobów. Nie dowiedzieliśmy się, jak przebiegała ich kłótnia, ale wszystko wyglądało na to, że koniec ich związku nastał na dobre. Czy powodem był Jace, czy coś innego – nie miałam pojęcia.

Jednak nie to martwiło mnie najbardziej. Zaraz po tym, jak Seth wyszedł, by zaprowadzić przyjaciela na przystanek, udałam się do sąsiedniego domku, by zobaczyć w jakim stanie jest Terri. Nawet jeśli nie pochwalałam jej zachowania i byłam całym sercem po stronie Lucasa, wiedziałam, że dziewczyna potrzebuje wsparcia bliskiej osoby. Drzwi nie były zamknięte na klucz, wszystko pozostawione w takim stanie, w jakim było dwie godziny wcześniej, gdy wyszłam stamtąd po otrzymaniu wiadomości od Setha. Jednak ślad po Terri zaginął.

Wydzwaniałam do niej kilka razy, zmartwiona i przerażona tym, co mogło się stać. Ta rozsądna część mojej osobowości podpowiadała mi, iż zapewne udała się tam, gdzie w tej chwil czułaby się najbezpieczniej. Do domku Jace’a.

Nie zamierzałam mówić Sethowi o jej zniknięciu, obawiając się jego reakcji. Wrócił pół godziny później, cuchnąc przynajmniej połową paczki papierosów i wyglądając, jak ktoś, kto nienawidzi całego świata. Przygotowałam kanapki, które zjedliśmy w ciszy, siedząc na kanapie i oglądając, co wpadło nam w ręce, co trochę poprawiło mu humor. Przytulałam się do niego, modląc, by nasze relacje pozostały takie same, byśmy nigdy się nie zmienili, nie kłócili i abyśmy zawsze byli razem. Tylko tego pragnęłam.

-A ty co tu robisz, co?

Odwróciłam głowę, zauważając w korytarzu Setha. Ziewnął szeroko i drapiąc się po głowie, ruszył w moją stronę, nadal z nie całkiem otwartymi oczami. Wyciągnęłam rękę, za którą złapał i splotłam razem nasze palce, przyciągając go do siebie. Stanął między moimi nogami i mocno wtuliłam się w mojego tors, przykładając głowę do piersi. Słyszałam spokojne bicie jego serca, ciepło jego skóry i oddech muskający moją twarz.

-Co się dzieje?

-Nie mogłam spać – szepnęłam, gdy otoczył mnie ramionami, delikatnie gładząc po plecach. - Cały czas myślę o…

-Zaśmiecasz tę swoją ładną główkę samymi głupotami.

Podniosłam głowę, spoglądając w jego oczy i delikatnie się uśmiechając. Wzruszył ramionami i ponownie ziewnął, zakrywając usta pięścią. Przyłożyłam dłoń do jego policzka, a gdy przeniósł na mnie wzrok, uśmiechnęłam się szerzej i pocałowałam delikatnie jego wargi.

-Wygląda na to, że muszę poprowadzić twoje myśli w innym kierunku – wymruczał do mojego ucha, zmniejszając jednocześnie dystans między nami. Cicho jęknęłam, czując, jak jego dłoń wsuwa się pod górę od piżamy, a druga zjeżdża w dół pleców. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Natomiast Seth zsunął mnie z blatu tak, że stanęłam nogami na podłodze. Złapał mnie za rękę i z chytrym uśmieszkiem na ustach, zaczął prowadzić w stronę drzwi.

-Seth, co ty wyrabiasz? - Zdziwiłam się, próbując go zatrzymać. - Gdzie idziemy?

Uśmiechnął się szeroko i pocałowawszy mnie przelotnie w usta, otworzył drzwi, gestem pokazując, bym wyszła pierwsza. Przez chwilę wpatrywałam się w niego, nie mając pojęcia, co zamierza i dlaczego próbuje wyciągnąć mnie z domu o drugiej nad ranem. Jednak szybko dotarło do mnie, że nie mam czego się obawiać. Ile razy udowodnił mi, że jego szalone pomysły są najlepszymi chwilami, jakie spotkały mnie w życiu?



Spacerowaliśmy pustą plażą, trzymając się za ręce i rozmawiając tak, jak wtedy, gdy godzinami przesiadywaliśmy nad naszym sekretnym stawem. Swobodne rozmowy, praktycznie nie mające sensu, śmianie się z najgłupszych rzeczy, bycie sobą, nie przejmowanie się niczym. Ukryci w naszym świecie, do którego żaden ból, smutki i rozgoryczenie nie miały wstępu.

Ramię Setha objęło mnie, gdy mroźny powiew morskiej bryzy rozwiał mi włosy i sprawił, że mimowolnie zadrżałam. Byliśmy w samych piżamach, bez żadnego obuwia, czując pod stopami chłodny piach. Przyłożyłam głowę do jego piersi, gdy zaległa między nami ta cudowna, w żaden sposób nie przeszkadzająca nam cisza. Jego ciepły oddech omiótł moją twarz, a dłoń przesuwała się w górę i dół ramienia, gdy nagle zatrzymaliśmy się na środku plaży. Już dawno oddaliliśmy się od miejsca, gdzie stały domki, przed sobą mieliśmy uśpione morze, z boku ukryte w ciemnościach skały, na której widać były zarysy latarni morskiej. Światełko, wskazujące kierunek statkom, powoli okręcało się wokół własnej osi.

Miałam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Wszystko skupiało się tylko na tej chwili. Moje oczy odnalazły jego, w sercu zapłonęło przyjemne ciepło, które rozgrzało moje ciało. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, który tak kochałam. Ciemne tęczówki rozbłysły miłością, gdy przyciągnął mnie bliżej siebie i złożył na moim czole czuły pocałunek. Pragnęłam mieć go przy sobie w każdej chwili mojego życia. Móc śmiać się z nim, rozmawiać bez żadnego skrępowania, całować go, przytulać się do niego, słuchać jego głosu, radosnego śmiechu. Patrzeć w jego oczy, widzieć jego uśmiech. Mówić mu, jak bardzo go kocham i słyszeć od niego te same słowa. Nie chciałam widzieć na jego twarzy żadnego grymasu bólu, śladów łez w oczach, chowających się za złością i rozgoryczeniem. Musiałam robić wszystko, by czuł się szczęśliwy.

Jednak wiedziałam, że nie był. W jego oczach brakowało tego znanego mi blasku, uśmiech stawał się wymuszony, gdy patrzył na mnie. Nasze życie nigdy nie było proste, jednak wszystko komplikowało się z każdą chwilą. Miałam wrażenie, że wszystko dobre, co nas spotyka, momentalnie zostaje przegnane przez te złe rzeczy. Jakby Ktoś nie pozwalał nam na szczęście.

Seth musiał dostrzec zmiany na mojej twarzy. Odsunął się ode mnie i wziąwszy mnie pod brodę, lekko uniósł moją głowę. Zamknęłam oczy, bojąc się, że dostrzeże w nich łzy, które starałam się powstrzymać.

-Co się dzieje, Aniele? Znów się zamartwiasz tymi głupotami?

-To nie są głupoty, Seth – wykrztusiłam. Przygryzłam wargę i pokręciłam głową, słysząc, że głos lekko mi drży. - Chodzi o naszych przyjaciół… O twoją siostrę. O nas…

-O nas? - Zmarszczył brwi w zamyśleniu. - Niby w jaki sposób chodzi o nas?

Nie chciałam rozwijać tego tematu ani mówić mu o moich wątpliwościach i obawach. Chciałam się odsunąć, jednak otoczył mnie ramionami, splątując dłonie za moimi plecami tak, że nie miałam żadnej możliwości na ucieczkę. Westchnęłam ciężko, dłonie opierając na jego piersi i zaczęłam bawić się guzikiem jego koszulki, byle tylko nie patrzeć mu w oczy.

-Jesteśmy razem cztery miesiące, a wszystko gna w tak zawrotnym tempie, że nie wiem, czego mam oczekiwać – zaczęłam cicho. - Wystarczy spojrzeć na Terri i Chrisa…

-Nie jesteśmy Terri i Chrisem – przerwał mi szybko. - Nie jesteś ograniczona tak, jak moja siostra ani tak lekkomyślna. Jesteś oddana i stała w uczuciach, nie wyobrażasz sobie nie wiadomo czego, robiąc problemy z niczego. No, zazwyczaj. Bo teraz wygadujesz głupoty.

Uśmiechnęłam się ponuro i podniosłam wzrok. Rysy twarzy miał napięte, jego oczy ponure, spojrzenie surowe, pełne irytacji i również zmartwienia.

-Masz rację. - Skinęłam głową, biorąc jego twarz w obie dłonie, po czym wspięłam się na palce i pocałowałam go czule. - Z nami tak nie będzie. Przetrwamy wszystko. Będziemy wzajemnie się wspierać, nigdy nie pozwolimy, by cokolwiek nas poróżniło. Za bardzo cię kocham, żeby cię stracić w tak głupi sposób.

Na jego usta wstąpił uśmiech. Jego ramiona objęły mnie mocniej, lekko unosząc do góry, aż musiałam otoczyć go rękami wokół karku, by utrzymać równowagę. Pocałował mnie głęboko, namiętnie pieszcząc językiem moje podniebienie. Przylgnęłam do niego całym ciałem, nogami oplatając go w pasie, gdy chwycił moje biodra. Czułam bicie jego serca, ciepło jego skóry i pragnęłam jeszcze więcej. Ani się obejrzałam, jak położył nas na piasku, wciąż nie przerywając pieszczot. Pozwoliłam, by wsunął dłoń pod koszulkę, delikatnie gładząc opuszkami palców mój brzuch, nie posuwając się jednak wyżej. Zasypywał pocałunkami moją szyję, jego oddech muskał moją szyję, wywołując dreszcze. Zatraciłam się w uczuciu, jakie dawała mi jego bliskość, reagując na każdy najmniejszy dotyk. Wplotłam palce w jego włosy, przesunęłam je na kark, delikatnie drapiąc palcami skórę. Uniósł głowę, opierając się na ręce i wbił we mnie swoje hipnotyzujące spojrzenie, które zawsze jeszcze bardziej rozpalało moje zmysły. Wolnym ruchem ogarnął włosy z mojej twarz, obserwując ruchy swojej dłoni i kosmyki przenikające między palcami. Był najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałam.

Przyłożyłam dłoń do jego policzka, chcąc, by znów na mnie spojrzał. Uniósł kącik ust w uśmiechu i położył się obok mnie na piasku, głowę opierając na ręce. Przybrałam tę samą pozycję, układając się twarzą do niego, a jego druga dłoń przesunęła się na moją talię.

-Nie zamierzam cały czas przejmować się poczynaniami naszych przyjaciół – powiedział szeptem, a jego twarz spoważniała. - Może jestem pieprzonym egoistą, ale nie będę sobie psuł tym naszych wakacji.

-Seth…

-Nie jestem bez serca – wtrącił, nie dopuszczając mnie do słowa. - Ale budzenie się w środku nocy, z powodu zbyt wielu myśli w głowie nie bardzo mi odpowiada.

Uśmiechnęłam się.

-Myśli? O czym Seth Knight rozmyśla w środku nocy? - rzuciłam żartobliwie, mając nadzieję, że zrozumie i zmieni temat. Nie chciałam znów wracać do tej rozmowy, więc przesunęłam dłoń na jego twarz, wygładzając zmarszczki na jego czole. Kącik jego ust uniósł się w cwanym uśmiechu.

-Nic ważnego. - Zbliżył się, muskając moje wargi. Ale kiedy wypowiadasz w taki sposób moje nazwisko, przestaje mi się ono podobać.

-Możesz je zmienić.

Jego usta powędrowały przez policzek do mojego ucha.

-Mogę zmienić tylko twoje.

Zadrżałam pod jego dotykiem, jednak zaraz zamarłam, gdy dotarł do mnie sens jego słów. Odsunęłam się zszokowana, próbując napotkać jego spojrzenie i upewnić się, czy był to zwykły żart, czy coś znacznie poważniejszego. Jednak po jego uśmiechu widziałam, że zapewne nie zrozumiał, co takiego właśnie powiedział i jak odebrałam jego słowa.

-Wracamy do domku? - spytałam, unosząc się na łokciu. Skrzywił się z niezadowoleniem.

-Ale tu jest tak miło.

-Wszędzie mam piasek, Seth.

-Bo jesteśmy na plaży – burknął oczywistym tonem, co skwitowałam krótkim, wymownym spojrzeniem i położywszy dłoń na jego ramieniu, odepchnęłam go od siebie, chcąc usiąść. Westchnąwszy ciężko, podniósł się na nogi, otrzepując spodnie od piachu i podał mi rękę, pomagając wstać. Nie przemyśleliśmy tego spaceru ani leżenia na plaży; piasek z włosów będę wytrzepywać godzinami. - Teraz potrzebujemy prysznica.

Prychnęłam skwaszona, próbując rozczesać włosy palcami. Niespodziewanie mój kontakt z podłożem zniknął, gdy Seth podniósł mnie i przerzucił przez ramię, całkowicie ignorując moje wrzaski.

-Aniele, zaraz cała okolica nas usłyszy. - W jego głosie wyczułam rozbawienie. Nienawidziłam, gdy tak robił, a oglądanie dołu jego pleców do góry nogami nigdy mi nie odpowiadało. Krew zaczęła dopływać do mózgu, więc starałam się unieść głowę. Spostrzegłam, że nie kieruje się w stronę domków, aczkolwiek w stronę przeciwną.

-O nie! Seth, postaw mnie! Seth!

-Jeszcze nigdy nie kąpałaś się w morzu w środku nocy, prawda? Musisz wszystkiego spróbować, zanim wyjedziemy.

-Seth, nie rób tego, błagam cię – jęknęłam, widząc, że stoi już po kostki w wodzie. - Woda jest zimna.

-Ja pierdole, faktycznie zimna – syknął, cofając się o krok. Prychnęłam, uderzając go pięścią w plecy.

-No co ty nie powiesz?!

Do moich uszu dotarł jego dźwięczny śmiech, który jeszcze bardziej mnie zdenerwował, choć był tak kojący dla uszu. Zrobił dwa kroki do przodu, ignorując moje błagania i ciosy w kręgosłup.

-Seth, jeśli to zrobisz, nigdy ci nie wybaczę! Pochorujemy się.

-Przy pierwszym kontakcie jest zimna, Lori. Teraz już tego nie czuję.

-Ale ja nie chcę tego poczuć! Postaw mnie. Postaw mnie na piasku, nie w wodzie!

Roześmiał się.

-A co będę z tego miał?

-Jesteś okropny…

-Pytam poważnie, Aniele – rzucił, robiąc kolejne kroki do przodu, w związku czym stał już po kolana w wodzie. Końce moich włosów dotknęły tafli. Przygryzłam wargę.

-Jak tylko znajdziemy się w sypialni, ja… zrobię wszystko, co tylko będziesz chciał.

Zatrzymał się.

-Wszystko?

-Tak, Seth, wszystko – westchnęłam zrezygnowana. Przez moment milczał i kiedy już myślałam, że wszystko stracone, odwrócił się i zaczął wycofywać z wody. Odetchnęłam z ulgą i zadrżałam, gdy krople rozchlapywanej wody trafiły do mojej twarzy. Była lodowata.

Postawił mnie na piasku i momentalnie odsunął, gdy próbowałam uderzyć go w ramię. Skrzyżowałam ramiona na piersi i uśmiechnęłam tryumfalnie.

-Łatwo cię przekupić, Knight.

-Cena jest wysoka. - Uśmiechnął się szeroko i podszedł do mnie, obejmując w pasie. Pocałowałam go, nie mogąc ukryć uśmiechu pod jego wargami. To była ta chwila.



****



Westchnąłem cicho, czując, jak delikatne ramiona zaciskają się mocniej wokół moich żeber. Z zadowolonym wyrazem twarzy powoli uchyliłem powieki, dogłębnie smakując ten poranek. Wczorajsza noc była dokładnie tym, czego mi było trzeba. Wrażenie, że wszystko jest jedynie snem zostało zmazane przez rzeczywistość. Moją słodką rzeczywistość, która skutecznie odsunęła na drugi plan swoje mniej powabne wdzięki. W przypływie nagłej potrzeby ucałowałem czoło leżącej obok mnie dziewczyny. Zachichotała.

- Zawsze masz zamiar mnie tak budzić? – wymamrotała zaspanym głosem. Zamruczałem udając, że się zastanawiam.

- Już nie spałaś.

- A jakbym spała?

- Ale nie spałaś.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też, Aniele. – Ponownie musnąłem jej czoło, a ona w odpowiedzi wtuliła się we mnie jeszcze mocniej. Czułem, jak w każdym, najdrobniejszym miejscu, w którym nasze ciała się stykają, powstaje niemożliwe do opisania energia, mrowiąc każdy receptor w skórze. Zanurzyłem nos w jej włosach, po czym westchnąłem ponownie. – Wiesz, co mnie boli?

Lori uniosła się gwałtownie na łokciach, wbijając we mnie spojrzenie, w którym mieszało się zaskoczenie z troską. Wywróciłem oczami.

- Nie o to chodzi – wytłumaczyłem, na co momentalnie jej twarz rozjaśniła się. – Miałem na myśli to, że coraz mniej czuję twój zapach.

Lori zmarszczyła brwi, robiąc minę, która jednoznacznie wskazywała na to, że nie ma kompletnego pojęcia, co mam na myśli.

- No wiesz. Po prostu zacząłem się przyzwyczajać. Za dobrze mi.

- Sugerujesz, że mamy się przerzucić na dystans? – Uniosła lewą brew, na co błyskawicznie pokręciłem przecząco głową.

- Nie! – Odparłem szybko. – W żadnym wypadku.

- No to dobrze, bo po dzisiejszej nocy stałoby się to dla mnie dość kłopotliwe – powiedziała i pochyliwszy się nade mną, delikatnie musnęła moje wargi. Nie mogłem przestać się uśmiechać. - I wiesz, doszłam do wniosku – podjęła ponownie po chwili, – że źle na to wcześniej patrzyłam.

- Na co źle patrzyłaś? – Zmarszczyłem brwi, nie umiejąc nadarzyć za tokiem jej rozumowania.

- Na seks przedmałżeński – odparła niby obojętnym głosem, ale na jej policzkach wykwitły dwa, dorodne rumieńce. Och, Lori, Lori…

- Kontynuuj – wyszczerzyłem zęby, jedną rękę wsuwając sobie pod głowę. – Robi się ciekawie.

- Chcę powiedzieć, że wcześniej był to dla mnie grzech…

No i jedziemy, przemknęło mi przez głowę, ale rozważnie trzymałem gębę na kłódkę.

- Ale teraz… Teraz myślę, że coś tak cudownego, nie może być grzechem. – Uniosła dłoń, delikatnie przejeżdżając palcem po moim policzku. Przymknąłem lekko powieki. – Nie, jeśli tak bardzo się kochamy. Bo… Możesz się ze mnie śmiać, ale ja naprawdę czuję, że mnie kochasz i… To jest najcudowniejsze uczucie, jakie kiedykolwiek doznałam. W całym moim życiu.

- O jej! Jaka słodziutka, puci-puci – zapiszczałem, mocno przytulając ją do siebie, śmiejąc się przy tym jak idiota. Lori prychnęła jak kotka, ale również nie przestała się uśmiechać. Już byłem bliski zaproponowania szybkiej powtórki z rozrywki, gdy moje zamiary zniwelował mój telefon. Po pokoju poniosły się dźwięczne brzmienia solówki z American Idiot Green Day’a.

- Daruj, Aniele, na momencik – powiedziałem, po czym sięgnąłem na szafkę nocną po telefon. Zdziwiłem się, widząc wyświetlony numer ojca, ale bez wahania odebrałem. – Słucham, tatusiu – powitałem go przesłodzonym głosikiem, znacząco spoglądając na Lori. Dziewczyna stłumiła chichot w fałdach pościeli.

- Seth, przepraszam, że dzwonię i przeszkadzam wam w wypoczynku… - zaczął dziwnie podenerwowanym głosem. Normalnie przerwałbym mu jakoś kąśliwie, ale słysząc jego głos wyczułem, że coś się stało. To dziwne, bo bądź - co bądź mieliśmy sporą przerwę w kontaktach…

Uniosłem się na łokciach, bezwiednie marszcząc brwi.

- Tato, o co chodzi? – rzuciłem ostro, chcąc, aby przeszedł już do rzeczy. Czułem na sobie czujne spojrzenie Lori, która również spoważniała.

- O twoją matkę. Jest w szpitalu.

- Co się stało? – Tym razem już zupełnie się podniosłem. Usiadłem na łóżku, z szeroko otwartymi oczami.

- Miała wypadek samochodowy i jest… Jest dość poważnie, Seth, dlatego doszliśmy z Sandrą do wniosku, że nie fair będzie nie informować was o tym. Oczywiście zrobicie, jak będziecie uważać…

- Oczywiście, że wracamy – przerwałem mu, nerwowo pocierając czoło. – Na nic innego Terri nie pozwoli, gdy tylko jej powiem.

- Dobrze, w takim razie… Czekamy na was.

Pożegnałem się szybko i jak strzała wyskoczyłem z łóżka, odrzucając na bok kołdrę. Lori zrobiła to samo i dopadła do mnie, gdy pośpiesznie wciągałem na siebie spodnie.

- Seth, co się stało? Uspokój się! – Starała się do mnie przemówić. W końcu złapała mnie mocno za nadgarstek, uniemożliwiając dalszy, bezładny amok. Wziąłem głęboki wdech.

- Nora jest w szpitalu. Coś poważnego – wytłumaczyłem. – Musimy powiedzieć Terri, odwołać… Jechać.

- Seth, spokojnie. – Wzięła moją twarz w obie dłonie, zmuszając mnie, żebym na nią spojrzał. – Ja pójdę po Terri, a ty załatw sprawę w recepcji, dobrze? Potem spakujemy się i wyjeżdżamy od razu. Z twoją mamą na pewno wszystko…

- Och, Lori! Przecież mnie nie martwi los tej kurwy – warknąłem zirytowany, wyrywając się z jej uścisku. Zamrugała zaskoczona. – Martwi mnie, co zrobi Terri, gdy się dowie!

Zmarszczyła brwi, skonsternowana.

- Postaram się przekazać jej to w jakiś… Możliwie delikatny sposób. – Pokiwałem głową, po czym zarzuciłem na ramiona koszulę.

- Najpierw ten cholerny Jace, potem Chris, teraz to… - mamrotałem pod nosem. – Mam wrażenie, że Lucas miał rację.

- Seth, proszę – jęknęła zrezygnowana, ale zignorowałem ją i łapiąc w biegu za telefon i portfel, szybko opuściłem sypialnie, a później nasz domek, kierując się w stronę budynku obsługi.



****



Z całej siły waliłam w drzwi domku Terri, szarpałam za klamkę, jednak wciąż były zamknięte na cztery spusty, a nikt się nie odzywał. Nie wiedziałam, co robić. Starałam się trzymać w kupie, nie rozkleić się ani nie załamać. Musiałam pozostać przy zdrowych zmysłach i odnaleźć przyjaciółkę. Czas uciekał.

Jeszcze raz wybrałam numer Terri i przyłożyłam telefon do ucha. Pierwszy sygnał, drugi sygnał. Moja irytacja rosła z każdą chwilą i byłam gotowa rzucił przedmiotem, patrząc, jak rozbija się na drobne kawałeczki. Nabrałam powietrza do płuc i powoli wypuściłam je, opierając się plecami o drzwi.

Znów wszystko zaczynało się rozpadać. Te drobne chwile szczęścia, które przeżywałam wczoraj, zniknęły momentalnie. Ponownie wróciło cierpienie, wzmacniane łzami, które zaczęły spływać po moich policzkach wbrew mojej woli. Nie mogłam znieść tego, co się działo. Nie chciałam widzieć Setha w takim stanie, a moja bezradność wręcz łamała mi serce.

Otarłam łzy energicznym ruchem dłoni i ponownie uniosłam dłoń z telefonem, wybierając inny numer z kontaktów. Na szczęście osoba po drugiej stronie odezwała się natychmiast.

-Cześć…

-Freddie, możesz mi powiedzieć, gdzie mieszka Jace? - spytałam, z trudem panując nad drżeniem głosu. - To ważne.

-Lori, wszystko w porządku?

-Tak. Znaczy nie… To… - Przyłożyłem dłoń do twarzy i zamknęłam oczy, nie chcąc dopuścić do kolejnych łez. - Naprawdę muszę wiedzieć, gdzie jest Jace.

-Jestem właśnie w restauracji. Poczekaj na mnie, zaraz przyjdę i cię zaprowadzę.

-Dzięki, Freddie. Będę ci bardzo wdzięczna.

Rozłączyłam się i skierowałam w stronę restauracji niedaleko, gdzie zawsze jadaliśmy śniadania. Cały czas oddychałam głęboko, by uspokoić nerwy. Nie mogłam pokazać się Terri w takim stanie. Musiałam być silna. Dla niej i dla Setha.

Freddie wychodził z budynku, gdy byłam w połowie drogi. Zauważył mnie i przebiegł przed ulicę ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy. Położył dłonie na moich ramionach, przyglądając mi się z uwagą.

-Co się stało? Coś z Sethem?

Pokręciłam głową.

-Chodzi o jego mamę. Muszę znaleźć Terri, bo wracamy jak najszybciej się da. Jestem pewna, że jest u Jace’a.

Odsunął się, wkładając dłonie do kieszeni spodni.

-Tak, jest u niego. Chodźmy.

Ruszyliśmy ramię w ramię w górę ulicy, nie odzywając się słowem. Czułam na sobie jego spojrzenie, ale musiał widzieć, iż ledwo panuję nad sobą i nie mam ochoty na rozmowy. Nie byłam w stanie niczego mu wyjaśniać. Myślałam tylko, co zrobię, gdy stanę twarzą w twarz z moją przyjaciółką i w jaki sposób przekażę jej tę przykrą wiadomość.

-To tam. – Dotarł do mnie głos chłopaka i zatrzymałam się, spoglądając w stronę wysokiego, dwupiętrowego domku. Nie namyślając się dłużej, skierowałam się w stronę wejścia z Freddie’m depczącym mi po piętach. Jednak wyprzedził mnie i pierwszy dotarł do drzwi, otwierając je i puszczając mnie przodem. Korytarz był wąski i ciemny, a w powietrzu unosił się zapach czekolady, który nieznacznie pozwolił mi się uspokoić. Dostrzegłam rozpakowaną tabliczkę czekolady, leżącą na stoliku blisko wejścia, gdzie leżały również klucze, czapka i jeden trampek. Freddie poprowadził mnie w głąb korytarza, zaglądając po drodze do jednego z pomieszczeń. Kątem oka zauważyłam, iż jest to zapewne salon, w którym siedział jeden z kolegów Jace’a, grając w jakąś grę telewizyjną. Minęliśmy z prawej strony schody na piętro, a Freddie zatrzymał się przed ostatnimi drzwiami i wskazał na mnie palcem.

-Dziękuję – szepnęłam prawie bezgłośnie.

-Poczekam tam. - Wskazał na drzwi salonu i posławszy mi pokrzepiający uśmiech, odszedł. Wzięłam głęboki oddech i powoli uniosłam dłoń, próbując przygotować się na to, co mogę zobaczyć. Zapukałam i odsunęłam się, czekając, aż ktoś mi otworzy.

-Otwarte! - usłyszałam zduszony głos, rozpoznając w nim Jace’a i zapukałam ponownie, wkładając to więcej siły. Po chwili usłyszałam kroki i drzwi otworzyły się szeroko.

-Szukam Terri – rzuciłam, starając się zachować odwagę i nie patrzeć na prawie nagie ciało blondyna. Ramię oparł na brzegu drzwi i zmarszczył czoło.

-Ty jesteś ta…?

-Lori? - Głowa mojej przyjaciółki pojawiła się obok niego, a jej zszokowane oczy napotkały moje. - Co ty tu robisz?

-Ubierz się, wracamy do domu – powiedziałam stanowczo. Serce waliło mi jak szalone, powodując drżenie dłoni, a ucisk w gardle nasilał się. Terri zapewne zobaczyła w moich oczach coś, co powstrzymało ją przed zadawaniem kolejnych pytań i wycofała się, znikając mi z oczu. Jace wciąż przyglądał mi się z uwagą.

-Więc jesteś też jej przyzwoitką? - spytał z drwiącym uśmiechem na ustach. Nie mogłam zrozumieć, co takiego Terri w nim widziała. Był arogancji, w tak obleśny sposób, iż cała jego postać wręcz odpychała. Czułam do niego odrazę, pamiętając, iż to on był powodem rozstania moich przyjaciół. Czy według niej Jace rzeczywiście był lepszy od Chrisa?

-Nie jestem – odparłam, posyłając mu krzywe spojrzenie. - Ale myślę, że powinniście się pożegnać już teraz. Wracamy dzisiaj do Casa Grande.

-Co takiego? - zdziwiła się Terri, znów pojawiając się obok już ubrana i gotowa do wyjścia. - Mieliśmy zostać do soboty.

-Sytuacja uległa zmianie.

-Jej były się załamał i chce wracać? - Jace parsknął śmiechem i pokręcił głową z politowaniem.

-Nie. Chris wyjechał już wczoraj – powiedziałam, patrząc wymownie na przyjaciółkę. Wytrzeszczyła oczy. - Musimy wracać dzisiaj. Wyjaśnię ci, jak stąd wyjdziemy.

-Nie, powiedz mi teraz. - Terri złapała mnie za nadgarstek, gdy chciałam odejść. W jej oczach dostrzegłam niepokój. Zerknęłam na chłopaka, który obejmował ją w pasie i przesuwał ustami po jej skroni.

-Godzinę temu dzwonił twój tata – zaczęłam powoli i spokojnie. - Powiedział nam, że twoja mama miała wypadek. Jest źle.

Jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Na moment zamarła, momentalnie blednąc na twarzy i zaczęła kręcić głową w zaprzeczeniu.

-Nie, nie. To nie może być prawda… - wydusiła z trudem. - Lori, nie mówisz poważnie! Nie może…

-Spokojnie, kochanie, wszystko będzie dobrze. - Jace objął ją mocno, przykładając jej głowę do swojej piersi. Delikatnie zaczął kołysać ją w swoich ramionach, gładząc po głowie, podczas gdy szeptał uspokajające słowa do jej ucha. Odwróciłam wzrok, czując się nagle niezręcznie i niepotrzebnie. Łzy znów zaczęły cisnąć się do moich oczu, gdy usłyszałam jej cichy szloch. Nagle ciszę przerwał dzwonek mojego telefonu.

-Dzwoni Seth – odezwałam się, gdy Terri odsunęła się od chłopaka, ocierając zaczerwienioną twarz. - Musimy iść.

-Przyjdę później – powiedział do niej Jace, wciąż ściskając jej dłoń. Kiwnęła głową i zabrawszy torebkę, wyszła z pokoju. Chłopak wciąż stał w drzwiach pokoju i odprowadzał nas wzrokiem, dopóki nie znalazłyśmy się przy wyjściu. Kiedy usłyszałam trzask, odwróciłam się do przyjaciółki.

-Nie wierzę, że to się dzieje…

-Też nie wierzę – wtrąciłam cicho, - że to robisz.

Popatrzyła na mnie. Jej oczy lśniły od łez, a mokre policzki raziły czerwienią. Jednak nie czułam wobec niej żadnego współczucia. Złość na nią potęgowała się z każdą chwilą.

-Terri, wstyd mi za ciebie.

-Możesz nie zaczynać? - Sięgnęła do klamki, ale powstrzymałam ją.

-Co ty wyrabiasz? - spytałam ostro, łapiąc za jej nadgarstek i odwracając do siebie. - Nie poznaję cię, nie jesteś sobą od kiedy tu przyjechaliśmy. Masz wrażenie, że robisz dobrze, ale zachowujesz się nieodpowiednio…

-Masz mnie za dziwkę, tak? - syknęła. Wyszarpnęła rękę z mojego uścisku i otworzyła drzwi, wychodząc przed dom. Przez chwilę stałam na progu, dopóki nie usłyszałam ruchu za plecami. Freddie stał na korytarzu.

-Słyszałeś wszystko? - spytałam, na co tylko wzruszył ramionami. - Będziemy jeszcze w kontakcie, prawda? Dziękuję za wszystko, Freddie.

-Nic takiego nie zrobiłem – mruknął i uśmiechnął się nieznacznie, podchodząc bliżej. - Wpadnę później się pożegnać.

-Wyjeżdżamy za dwie godziny – poinformowałam. Skinął głową i otworzył szerzej drzwi, które przymknęły się samoczynnie. Posłałam mu wdzięczny uśmiech i wyszłam, rozglądając za przyjaciółką, jednak już zniknęła mi z oczu. Ruszyłam w drogę powrotną, modląc się, by wszystko jakoś się ułożyło.



****



Ostatni raz przebiegłem wzrokiem po wrzuconych bezładnie do bagażnika walizkach, po czym z determinacją trzasnąłem drzwiczkami i odwróciłem się w stronę zgromadzonej na parkingu grupki. Kiedy tylko Terri poinformowała Jace’a o naszym nagłym wyjeździe, postanowił zwołać resztę swojej bandy. Niech nikt nie zrozumie mnie źle, ale tak naprawdę cieszyło mnie tylko to, że miałem okazję pożegnać się z Freddie’m. Jako jedyny z tych chłopaków wydał mi się ogarnięty lub wart zainteresowania. Reszta – a w szczególności Jace, pozostawiała wiele do życzenia.

- Zadzwoń od razu, gdy dotrzecie na miejsce, bejbe – dotarł do mnie głos tego cwaniaczka. Z trudem powstrzymałem mdłości i odwróciłem się w stronę Freddie’go, który właśnie ruszył w moją stronę ze sceptycznym uśmieszkiem na ustach. Odwzajemniłem go, serdecznie ściskając dłoń czarnowłosego.

- Tylko mi nie mów, że w twoim życiu, to tak zawsze – powiedział, wyraźnie dając do zrozumienia, że ma na myśli nadmiar wrażeń. Zaśmiałem się krótko, wzruszywszy ramionami.

- Mniej więcej. Można tak powiedzieć – przyznałem.

- Niezły syf.

- Tak. Mam na to w dowodzie dziewiętnaście, obfitych lat.

Lori niespodziewanie złapała mnie za łokieć. Zerknąłem na nią pytająco, na co dziewczyna kiwnęła szybko głową.

- Chyba wszystko gotowe. Możemy jechać – powiedziała, poprawiając gumkę na włosach. Uniosłem ironicznie brwi i zerknąłem w bok.

- Jesteś tego pewna?

Podążyła za moim wzrokiem i skrzywiła się, widząc obściskujących się Terri i Jace’a. Najwyraźniej tak jak ja, nie pochwalała poczynań swojej przyjaciółki. Nic jednak nie mogliśmy zrobić. Nikt nie mógł. No chyba, że skopanie dupska jednemu blondasowi może cokolwiek zmienić na tym świecie.

- Terri! – zawołała. – Jedziemy!

Brunetka odwróciła się w naszą stronę z kwaśną miną, po czym mrucząc coś pod nosem, przytuliła ostatni raz blondasa. Lori pomachała do stojących z boku chłopaków, których imion wciąż nie udało mi się zapamiętać, po czym uściskała przyjaźnie Freddie’go.

- Bardzo miło było cię poznać, Freddie – powiedziała, na co czarnowłosy uśmiechnął się znacznie. – Mam nadzieję, że opowiesz o nas Carmen – zaśmiała się.

- Ale tylko w superlatywach – zastrzegłem, na co chłopak również się zaśmiał.

- Jasne. Kto wie. Może kiedyś was sobie przedstawię. Chyba byście się dogadały.

- Lori dogada się nawet ze zdychającą muchą – zażartowałem, za co dostałem porządnego kuksańca w żebra.

Trzasnęły drzwi i gdy odwróciłem głowę, zobaczyłem siedzącą w samochodzie Terri. Westchnąłem głośno, gdy Lori z uśmiechem ruszyła do samochodu. Ponownie uścisnąłem dłoń Freddie’go.

- Miło było cię poznać, Seth Knight – powiedział, na co pokiwałem głową.

- I nawzajem. Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy.

Pożegnawszy się ze wszystkimi, usiadłem za kierownicą niebieskiego chevrolleta. Zerknąłem w tylne lusterko na Terri, jednak dziewczyna siedziała obrócona twarzą do okna, jakby bała się napotkać mój wzrok. Odkąd wyszła na jaw cała sprawa z Jace’m i Chrisem, nie zamieniłem z siostrą nawet słowa i jak na razie nie miałem na to najmniejszej ochoty. Nie mogłem uwierzyć, że byłem taki jednostronny. Przez cały czas martwiłem się, że Chris złamie serce mojej malutkiej siostrzyczce. Okazało się jednak, że to Terri zraniła mojego najlepszego kumpla. Nic nie było tak, jak sobie wyobrażałem.

Z wyjątkiem Lori.

Odwróciłem głowę w jej stronę i uśmiechnąłem się, co od razu odwzajemniła, delikatnie kładąc dłoń na mojej.

- Żegnaj, Santa Barbara – powiedziała, na co pokiwałem głową, odpalając silnik.

- Wracamy do domu.

***

Przepraszam za swoją długą nieobecność ! :c.
Naprawdę nie mogłam inaczej i tak dodaje szybciej niż powinnam ;/ .
  • awatar linkwniebie: Złodziejka! przecież to nie jej opowiadanie. To jest http://sweet--sound.tumblr.com/
  • awatar forgotten .: genialnie piszesz <3
  • awatar Gość: Super rozdział, czekam na kolejny..;]
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Otworzyłam oczy, nagle wyrwana z głębokiego snu. Skądś dobiegała głośna muzyka i dopiero po chwili skojarzyłam wszystkie fakty. Podniosłam się do pozycji siedzącej, patrząc z irytacją na ścianę przede mną, zza której dobiegały odgłosy telewizora. MTV. Oglądał MTV.

Przetarłam dłonią oczy i zamrugałam kilka razy, chcąc odpędzić resztki snu. Ramię Setha spoczywało bezwładnie na moim brzuchu, mocno obejmując i krępując moje ruchy. Oddychał równomiernie, pogrążony we śnie, więc nie docierało do niego nic, co dzieje się wokół. Pochyliłam się nad nim, lekko szturchając w ramię. Żadnej reakcji. Szybko zorientowałam się, że potrzeba zdecydowanie większej siły.

-Seth, obudź się – szepnęłam mu do ucha, tym razem mocniej trącając w ramię. Dopiero po chwili z jego ust wyrwało się niewyraźnie mruknięcie i odwrócił głowę, mocniej przykładając twarz do poduszki. Zrozumiałam tylko tyle, że mam dać mu spokój. Pokręciłam głową i spróbowałam zabrać jego dłoń z mojego brzucha. Odwrócił się na plecy i zaczął cicho pochrapywać. Wyglądał tak uroczo z rozchylonymi ustami, że aż pochyliłam się nad nim i delikatnie musnęłam jego wargi.

Zareagował praktycznie od razu. Już po chwili odwzajemnił pocałunek, a jego dłoń powędrowała na moje biodro. Nawet nie zdążyłam zareagować, a już siedziałam okrakiem na jego nogach, dłonie opierając na torsie. Nadal miał zamknięte oczy, ale nawet to nie przeszkodziło mu w dotarciu pod moją koszulkę.

-Obudziłeś się? - spytałam rozbawiona, obserwując jego twarz. Powoli uniósł powieki, a jego usta momentalnie rozciągnęły się w uśmiechu. - Dzień dobry.

-Do tego też mógłbym się przyzwyczaić - wymamrotał z zuchwałym uśmiechem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co takiego miał na myśli. Roześmiał się z mojej miny, a kiedy zeszłam z łóżka lekko onieśmielona, założył ramiona pod głowę, obserwując mnie uważnie. Jego wzrok przewiercał mnie na wskroś.

-Przestań – mruknęłam, odwracając się od niego i zgarnęłam włosy, by związać je w koka z tyłu głowy. - Rozmawiałeś wczoraj z Chrisem, prawda? To czemu dzisiaj robi to samo?

Uniósł brwi i spojrzał w stronę zamkniętych drzwi.

-Nie jest aż tak głośno. - Wzruszył ramionami i ziewnął głęboko, wyciągając w moją stronę rękę. - Lori, wracaj do łóżka…

-Po co?

Uśmiechnął się, znacząco poruszając brwiami. Parsknęłam śmiechem i pokręciwszy głową, skierowałam się w stronę drzwi. Kiedy się odwróciłam, Seth wsunął się pod kołdrę, ponownie zamykając oczy. Zostawiłam go w spokoju i wyszłam na korytarz, bojąc się tego, co mogę zastać w salonie. Drzwi do łazienki były szeroko otwarte, ale nie znalazłam w niej naszego gościa, więc zamknęłam je i swoje kroki skierowałam dalej. Rozległ się cichy trzask i spojrzałam w dół, orientując, że rozdeptałam na dywanie chipsa. Skrzywiłam się z niesmakiem. Cały salon wyglądał znacznie gorzej, a otwarte drzwi lodówki uświadomiły mi, że dziś również trzeba będzie zrobić zakupy. Wygląda na to, że zrozpaczony Chris Lucas swoje smutki zapycha jedzeniem.

Główny winny leżał na kanapie, mając na sobie tylko kolorowe bokserki i skakał po kanałach ze znudzoną miną. Zauważył mnie dopiero, gdy nadepnęłam na puste pudełko po lodach, które wydało z siebie głośny, charakterystyczny dźwięk. Odwrócił głowę i uśmiechnął się nieznacznie, pozdrawiając mnie ręką.

-Widzę, że… rozgościłeś się… - wydukałam, podnosząc z podłogi śmieci.

-Czuję się, jak w domu – odparł, przeciągając się. Odwróciłam wzrok, onieśmielona i wróciłam do kuchni, by wrzucić wszystko do kosza. Współczułam mu, chciałam jakoś pomóc, ale robienie z naszego domku restauracji i wysypiska śmieci niezbyt mi odpowiadało. Zamknęłam lodówkę, wcześniej wyciągając z niej karton soku. Był pusty. - Sok się skończył!

Odwróciłam się do niego.

-Dziękuję za informację – odparłam cierpko. Wyrzuciłam pusty karton, a gdy się wyprostowałam, zobaczyłam, że Chris tylko zmienił pozycję z leżącej na siedzącą i uniósł nad głową paczuszkę chipsów i potrząsnął nią, by wydobyć z niej resztki. Większość okruszków nie trafiło do jego otwartych ust, a na kanapę i podłogę. Zmiął papier i rzucił go na stolik.

-Wiesz, że w kuchni jest kosz na śmieci – powiedziałam głośno. Spojrzał na mnie i skinął głową, drapiąc się po torsie. - A wiesz do czego służy?

-No, do śmieci, co nie?

Posłałam mu wymowne spojrzenie. Przez chwilę patrzył na mnie ze zmarszczonym czołem, po czym wzruszył ramionami i przeniósł wzrok na telewizor. Darowałam sobie dalsze dyskusji i wróciłam do sypialni. Wspięłam się na łóżku i uklękłam nad Sethem, szturchając go w ramię.

-Seth, obudź się. Seth…

-Po prostu każ mu się wynosić – wymamrotał, nie otwierając oczu.

-Nie mogę. Sama go zaprosiłam, a nie chcę, żeby wrócił do Terri, skoro są skłóceni. Dobrze się to nie skończy. Muszą od siebie odpocząć.

Westchnął.

-To załatwię mu inny domek.

-Nie, bez przesady. - Pokręciłam gwałtownie głową. - Wezmę prysznic i pójdziemy na śniadanie. Potem porozmawiam z Terri. Dowiem się, co się z nią dzieje. Trzeba coś z tym zrobić.

Seth odwrócił się na plecy. Podrapał się po policzku, na którym pojawił się już lekki zarost, sprawiając, że rysy jego twarzy stały się ostrzejsze i bardziej męskie.

-Lepiej się nie mieszaj – powiedział cicho. - Sami sobie z tym poradzą.

-Ale…

-Zostaw to – przerwał mi. Uniósł się na łokciu i położył dłoń na moim karku, kciukiem gładząc policzek. - Już raz się rozeszli, no nie? I wszystko było dobrze. Nie nasza wina ani nasz problem, że moja walnięta siostra gra w jakieś gierki. To ich sprawa. - Musiał widzieć, że nie jestem co do tego przekonania, więc westchnął zrezygnowany. - Lori, nie ulepszysz całego świata. Daj sobie spokój. Idź do łazienki, weź szybki prysznic i pójdziemy na śniadanie. Skoro już nie śpię, zaczynam być głodny.

Przegryzłam wargę, nie ruszając się z miejsca. Nie mogłam zostawić tego w spokoju. Byli moimi przyjaciółmi, chciałam, by byli szczęśliwi i wiedziałam, że nie jestem całkowicie bezsilna. Mogłam coś zrobić.



Na śniadanie przyszliśmy spóźnieni, ponieważ chciałam przed wyjściem posprzątać domek. Ani mój chłopak, ani mój przyjaciel nie zamierzali mi w tym pomóc. Przez cały czas siedzieli przed domem, co jakiś czas zaglądając do środka, by przypomnieć mi, że powinniśmy już iść. Może zaczynałam zrzędzić, marudzić i stawałam się strasznie nudna, ale faktem było, że później nie miałabym czasu na porządku, skoro od razu po śniadaniu mieliśmy jechać na spotkanie z Liamem i Arią. Czekałam na nie z niecierpliwością, bowiem bardzo polubiłam tą dwójkę. Z drugiej jednak strony, nawet dobrze ich nie znaliśmy, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wydawali się sympatyczni i czułam, że miło spędzimy ten czas. Nawet, jeśli będziemy musieli pocić się na korcie tenisowym.

W restauracji wypatrzyłam Terri. Nie czekała na nas przy stoliku, gdzie zawsze siadaliśmy – była razem z Jacem i jego kolegami na drugim końcu sali. Chris również patrzył w tamtym kierunku, ale z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Szybko odwrócił głowę i opadł na krzesło, zagadując Setha na temat meczu, który oglądał wcześnie rano. Cały czas przyglądałam się mojej przyjaciółce, która nawet nie spojrzała w naszą stronę. Śmiała się głośno z czegoś, co powiedział jej Jace, dłoń trzymając na jego ramieniu.

Freddie wstał od stołu, obrzuciwszy ich krótkim spojrzeniem, i skierował się w naszą stronę. Posłałam mu uśmiech, który odwzajemnił i odwróciwszy krzesło oparciem do przodu, usiadł na nim okrakiem. Seth i Chris przerwali rozmowę i spojrzeli na niego.

-Nie chcę nic mówić, ale twoja dziewczyna… - zaczął, patrząc wymownie na Lucasa. Chris zmrużył groźnie oczy.

-Ani słowa, jeśli nie chcesz oberwać, koleś.

Freddie wyciągnął przed siebie dłonie w geście obronnym.

-Co tu robicie, tak w ogóle? - spytałam. - Wcześniej was nie widywaliśmy.

-Jace stwierdził, że tutaj jest lepsze żarcie – odparł i parsknął śmiechem, odsuwając się, by kelner mógł położyć na naszym stoliku talerze ze spaghetti.

-Trzeba było mu to wybić z głowy - wtrącił Seth. Patrzył na swój talerz, jakby nie jadł od co najmniej tygodnia. - To jasne, że chce tylko zaliczyć moją siostrę. - Sięgnął po widelec i dostrzegł mordercze spojrzenie swojego przyjaciela. - Chyba nie myślisz, że chce z nią pograć w bierki?

-Nie – odwarknął, łapiąc widelec, jakby myślał, w którą część ciała Jace’a go wbić. - Ale nie myślałem o tym w ten sposób, dopóki tego nie powiedziałeś.

Seth zignorował go i zaczął jeść, skupiając na tym całą swoją uwagę. Chris jeszcze przez chwilę rzucał nienawistne spojrzenia w stronę tamtego stolika, a potem wbił widelec w makaron, pewnie wyobrażając sobie, że ma na talerzu głowę pewnej osoby.

-Co robicie dzisiaj? - spytał Freddie, przerywając napiętą ciszę.

-Id-emy ‘a ‘enis - wymamrotał niewyraźnie Seth z ustami pełnymi spaghetti. Zmroziłam go wzrokiem, a Chris podniósł gwałtownie głowę i uśmiechnął się podejrzliwie.

-Tak to teraz się nazywa?

Seth przełknął i spojrzał na niego z politowaniem.

-Nie penis, debilu. Tenis!

-Gracie w tenisa? - Chris spojrzał na mnie, a potem na przyjaciela i roześmiał się głośno. - Wy gracie w tenisa? Ty nie umiesz grać.

-Umówiliśmy się z parą, którą poznaliśmy w zoo – wtrąciłam szybko, widząc, że Seth ma zamiar mu się odgryźć. - Chcecie się do nas przyłączyć? - spytałam, patrząc pytająco na Freddiego. Chris parsknął.

-Wolę leżeć do góry brzuchem na plaży, niż latać w kółko z siatką w ręce i robić z siebie idiotę.

-Nam to pasuje – mruknął Seth. - Lori, na serio musimy tam jechać?

-Sam mnie do tego namawiałeś.

Zatopił widelec w makaronie, posyłając mi cwaniacki uśmieszek.

-Bo nadal liczę na to, że będę siedział na tyłku przez cały czas i patrzył z boku jak gracie.

-Blake, na twoim miejscu nie dawałbym mu rakiety – wtrącił Chris z powagą. - Bo będziesz miała bezzębnego chłopaka.

Zmarszczyłam czoło.

-Lucas, na twoim miejscu sprzątałabym po sobie, jeśli nie jesteś u siebie – odparłam twardo, z niewielką satysfakcją obserwując, jak znów rzednie mu mina. Odchrząknął i pochylił się w stronę Setha.

-Co ona ostatnio tak bojowo nastawiona? - szepnął mu do ucha. Naprawdę myślał, że go nie słyszę? Seth szepnął mu coś do ucha i oboje wybuchnęli głośnym śmiechem, na co tylko westchnęłam zniesmaczona, ponieważ z ust Chrisa wyleciało kilka nitek makaronu.

-Jesteście ohydni – skwitowałam, odkładając na stół sztućce i spojrzałam na Freddie’go, który dusił się ze śmiechu. - Przepraszam za nich.

-Nie przepraszaj – parsknął, kręcąc głową. - Nawet przyznam szczerze, że jesteście całkiem w porządku.

-Widzisz, Lori?! - wykrzyknął Chris, sprowadzając na nas uwagę większości gości w restauracji. Pary ze stolika przy końcu sali również. - Nawet świnie są fajne!

Freddie roześmiał się, a ja tylko wymieniłam z Sethem wymowne spojrzenia. Oboje nie zamierzaliśmy tego komentować.



****



Zgasiłem silnik w chevrolecie Chrisa i wciąż wpatrzony w przednią szybę, starałem się zmusić do jakiegokolwiek ruchu. Niestety, ani moje nogi, ani ręce nie mogły nic poradzić na to, że naprawdę nie miałem ochoty tam wychodzić. Po całej nocy zrywania się na dźwięk sennych eskapad Chrisa, byłem bardziej zmęczony niż wieczorem, a porządny wysiłek fizyczny i pocenie się spadło na ostatnie miejsce na liście moich priorytetów. Co prawda udało mi się zasnąć nad ranem na tyle mocno, by zahaczyć o bardzo przyjemną pobudkę, ale wciąż było to tylko kilka godzin.

-Wysiadamy, śpiący królewiczu.

Drgnąłem i zacisnąwszy dłonie mocniej na kierownicy, przeniosłem zrezygnowany wzrok na Lori, która stała już na zewnątrz przy oknie kierowcy. Westchnąłem cicho, wyciągnąłem kluczyki ze stacyjki i z ociąganiem wygramoliłem się z samochodu. Po raz kolejny mój wzrok uciekł w kierunku zgrabnych nóg mojej dziewczyny. Lori wyglądała zjawiskowo w czarnych, obcisłych legginsach i równie przylegającym, białym podkoszulku. Nie można było powiedzieć tego o mnie. Ja, w swoich oliwkowych bermudach i czarnym podkoszulku, z odstającym brzuchem czułem się jak ostatnia ofiara. Gdzie się podziała moja cholerna pewność siebie, co! Gdzie ją zgubiłem!? Ja pierdole…

-Co jest? - Lori rzuciła mi ostrożne spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. Zamknąłem samochód i chowając kluczyki do kieszeni, złapałem ją za rękę.

-Nic, Aniele. Po prostu coraz mniej jestem do tego przekonany - powiedziałem z goryczą w głosie, gdy ruszyliśmy w stronę kortów, po drugiej stronie ulicy. - Jesteśmy pewni, że chcemy to robić?

-Tak, jeśli tylko wciąż mamy obsesję na punkcie pana Leto - odparła, na co zatrzymałem się jak wryty. Usta dziewczyny wygięły się w cynicznym uśmieszku, gdy zagryzłem mocno zęby i z determinacją pociągnąłem ją do przodu.

-Chodźmy się spocić - mruknąłem pod nosem, co skwitowała śmiechem, od razu poprawiając mi humor. Chociaż troszeczkę.

Przeszliśmy przez duże szklane drzwi do ogromnej hali, z której można było obrać drogę na basen, siłownię, saunę lub właśnie korty. Rozglądnęliśmy się, jednak nigdzie nie widzieliśmy Liama i Arii. Lori bez słowa pociągnęła mnie w głąb hali, w stronę długiej lady, za którą siedział wysportowany Azjata. Na sam jego widok skrzywiłem się znacznie, ale dziewczyna zdawała się tego nie zauważać.

-Dzień dobry - przywitała się z uśmiechem, na co Azjata oderwał wzrok od monitora. Gdy tylko na nią spojrzał, od razu wyszczerzył do niej swoje białe, równe ząbki. Żółtek pierdolony…

-Jestem Sam. W czym mogę ci pomóc… - Podniósł swój umięśniony tyłek z krzesła, patrząc na nią wyczekująco.

-Lori, a to mój chłopak Seth - przedstawiła nas z uśmiechem, na co automatycznie przysunąłem się do niej bliżej. Nie mogłem znieść tego, jak ten pierdolec się na nią patrzył. - Mógłbyś nam pomóc? Szukamy takiej jednej pary… Dziewczyna - krótkie włosy, blondynka i taki…

-Rudzielec? - Wszedł jej w słowo z taką miną, jakby chciał wejść jeszcze gdzie indziej. Aż mną zatrząsnęło, a chęć wybicia mu zębów wskoczyła na pozycję pierwszą w udanym planie dnia. - Tak, wchodzili przed chwilą. Najprawdopodobniej są już na korcie. Mogę was zaprowadzić…

-Nie, dzięki - przerwałem mu, obejmując zdziwioną dziewczynę ramieniem. - Chodź, Lori. Zostawmy Sama samego. Z pracą.

Gdy odeszliśmy już dostatecznie daleko, Lori posłała mi swoje karcące spojrzenie, ale postanowiłem nie zaczynać tego tematu po raz kolejny. Zawsze prowadził nas w ślepy zaułek, w którym Lori nie potrafi zrozumieć, dlaczego jestem o nią zazdrosny. Istna paranoja.

-Sama samego - mruknęła pod nosem, gdy wychodziliśmy już na zewnątrz. - To nawet zabawna gra słów.

-Cóż mogę rzec - wzruszyłem ramionami, przysuwając ją do siebie bliżej. - Zdolniacha ze mnie.

-No jasne, że tak. - Uśmiechnęła się i przelotnie pocałowała mnie w usta.

Liam i Airia “rozgrzewali” się już na korcie po lewej stronie. Gdy tak im się przyglądałem, w miarę jak się zbliżałem, to z każdym krokiem gubiłem resztki pewności siebie. Cóż… Wspomniałem już komuś, że nigdy w życiu nie grałem w tenisa? Nie? Zabawne…

-Lori, Seth! - Aria pomachała w naszą stronę, podskakując przy tym zabawnie. Wyglądała jak prawdziwa Caroline Wozniacki z tym, że w krótkich włosach. Na Liama starałem się nie patrzeć. Kolejny spadek samooceny był ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowałem.

-To jak? Gotowi na skopane tyłki? - rzucił rudzielec, przechodząc na drugą stronę kortu, żeby się z nami przywitać. Wymusiłem uśmiech, odbierając od niego jedną z rakiet, które dla nas wypożyczyli. Lori wyglądała na podekscytowaną.

-Nie cwaniaczkuj - powiedziała i z pewną siebie miną, zakręciła rakietą w dłoni. Wytrzeszczyłem na nią oczy. - Jeszcze będziesz zbierał swoją dumę spod siatki.

-Grasz? - spytała ją Aria, podchodząc do nas z butelką wody mineralnej. Patrzyłem na Lori wyczekująco. Dziewczyna wzruszyła ramionami z obojętnym wyrazem twarzy.

-Gram jak gram. Głównie z własnym garażem - odparła, na co nasi towarzysze zaśmiali się, wyraźnie rozbawieni.

Aria i Liam przeszli na swoją stronę boiska, podczas gdy ja, z miną pełną konsternacji, podszedłem do Lori, nachylając się nad nią.

-Nie mówiłaś, że drzemie w tobie sportowiec – mruknąłem, czując, że za nie więcej jak dziesięć minut zrobię z siebie kompletnego idiotę.

-Bo nie drzemie. Jest rozbudzony - zaśmiała się dziewczyna i klepnęła mnie w tyłek. - Chodź i pokażmy im, gdzie raki zimują.

Tak… Ten zwrot zupełnie pasował do Loraine Blake, którą znałem, ale dziewczyna szalejąca na korcie obok mnie do niej nie należała. Lori z pasją rzucała się po każdą piłkę i odbijała ją na wrogą stronę z iście wojowniczym okrzykiem. Mi niestety nie szło za dobrze. Za każdym razem, gdy piłka była zbyt blisko mnie, w ataku paniki wymachiwałem rakietą w jakąkolwiek stronę, kompletnie nie wiedząc, co z sobą począć.

-Coś ci marnie idzie! - krzyknął w moją stronę Liam, a ja z trudem powstrzymałem się od odrzucenia mu piłeczki prosto w wielkie czoło. O tak. Rzucać to ja potrafię, ale dajcie Sethowi coś zamiast ręki, to już jest problem. Chwila… To naprawdę ŹLE zabrzmiało.

-Nie wiedziałam, że nie umiesz grać - powiedziała Lori, podchodząc do mnie, kołysząc biodrami. Odchrząknąłem.

-Ja po prostu nigdy nie grałem - warknąłem, dłubiąc końcem rakiety w podłożu. - Poza tym to twoja wina.

-Moja wina? - prychnęła.

-Tak. Rozpraszasz mnie - dodałem, na co dziewczyna złapała mnie za nadgarstek, błyskawicznie stając tuż za mną. - C-co ty robisz? - wydukałem, czując jak przylega do mnie całym ciałem. Chcąc nie chcąc, poczułem ciepły uścisk w brzuchu.

-Daj. Nauczę cię - zaoferowała z niewinnym uśmiechem na ustach, na co nieco skonsternowany kiwnąłem głową. Dziewczyna złapała za mój nadgarstek, delikatnie odchylając całą prawą rękę w tył. - Musisz bardzo uważnie śledzić trajektorię lotu piłki…

-Że śledzić ja mam co..? - jęknąłem, starając się zerknąć na jej twarz, ale brunetka skutecznie chowała się za moim ramieniem. Zachichotała cichutko.

-Drogę, po jakiej nadlatuje piłka. Liam, możesz? - zawołała, ale nie zdążyłem załapać o co chodziło, po kolejny raz chwyciła mój nadgarstek i zaczęła nim delikatnie poruszać. Rakieta delikatnie odchylała się w mojej dłoni. - Wpatrz się w nią. W piłkę. I dopiero, gdy będziesz na jej drodze, weź zamach… O tak, i mocno odbij.

Odsunęła się ode mnie, z delikatnym uśmiechem na ustach, co starałem się zignorować, uparcie powtarzając zademonstrowany przez Lori ruch.

-Całkiem nieźle - pochwaliła, zakładając ręce na piersi. - Liam! Spróbujesz?

Kiwnąłem głową, gdy rudzielec z cwaniackim uśmiechem odbił kilka razy piłeczkę od kortu. Mimowolnie przełknąłem ślinę.

-Gotuj się, Seth! - krzyknął Liam i podrzuciwszy piłkę do góry, zamachnął się.

Szczerze powiedziawszy, to nie pamiętam momentu, w którym rozpędzona piłka trafiła mnie między oczy… Albo kiedy to z wrodzoną gracją opadłem niczym puch na czerwone podłoże kortu. Ale gdy otworzyłem oczy, a moją czaszkę przeszył obleśny, intensywny ból, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był szeroki uśmiech Samotnego Sama z portierni.

-Zrobiłeś sobie kuku, tak? - zaseplenił, uśmiechając się wrednie. - Będziesz miał guza jak się patrzy.

-Ej! - Usłyszałem ostrzegawcze syknięcie Lori, gdy Sam zachwiał się na klęczkach. Rzucił mojej dziewczynie pełne wyrzutów spojrzenie i rozcierając obolałe plecy, w które najprawdopodobniej wbiło się kolano dziewczyny, wyprostował się i wreszcie odsunął. Podniosłem się na łokciach, ale czując ukłucie w głowie, syknąłem głośno, przymykając oczy. Lori przykucnęła przy mnie, uśmiechając się delikatnie.

-Bardzo cię boli? - spytała, zabierając od Sama woreczek z niebieskim żelem i delikatnie przykładając mi go do czoła. Syknąłem cicho. Wręcz czułem, jak pod skórą formuje mi się guz jak u jednorożca.

-Strasznie kuje - poskarżyłem się, siadając. - Ta piłka chciała mnie zabić.

Z boleścią zmarszczyłem brwi, gdy dziewczyna z trudem powstrzymała się od chichotu.

-Seth… Jaka piłka? - wydusiła z trudem.

-Jak to jaka? - zirytowałem się, wyrywając jej z dłoni woreczek. - Ta, którą odbił ten pajac! Walnęła mnie między oczy!

-Sam się walnąłeś, Seth - wtrącił Liam, podchodząc do nas. - Własną rakietą.

-Że co? - Wkurzony podniosłem się z ziemi, przy czym po raz kolejny uświadczyłem się bólem. Rzuciłem w Liama wzrokiem bazyliszka. Chłopak podrzucał w dłoni piłeczkę.

Czułem się jak ostatnia ofiara.

I, cholera, po raz pierwszy w stu procentach nią byłem.



Otworzyłem puszkę z pepsi i z westchnieniem wlałem sobie jej zawartość do gardła, próbując zignorować skrywające obrzydzenie spojrzenie Liama. Siedzieliśmy razem w kawiarence w Centrum, podczas gdy Lori i Aria brały prysznic i „doprowadzały się do porządku“. Liam moczył usta w wodzie niegazowanej, podczas gdy ja opróżniłem już trzy puszki pepsi i wchłonąłem dwa Snickersy. Konałem z głodu. Bolało mnie czoło. Moja męska duma została zdruzgotana, a w tej przeklętej kawiarence nie mieli lodów o smaku pistacjowym. Nie mieli, kurna, żadnych lodów!

-Gdzie ona są? - warknąłem bardziej do siebie, niż do mojego współtowarzysza. Liam westchnął cicho, obracając butelkę w dłoni.

-Aria potrzebuje trochę czasu. Jak każda kobieta, a my, jako mężczyźni musimy to uszanować - odparł melancholijnym głosem. Miałem ochotę mu przywalić. My. Mężczyźni. Pierdolony… - Widzę, że załapałeś malutkiego doła, stary - stwierdził. Podniosłem na niego niechętnie wzrok i odstawiłem kolejnego batona na brzeg stolika.

-Ciekawe dlaczego - zironizowałem. - Nie mam cholernego pojęcia.

-Wyskocz ze mną jutro na siłownię - powiedział, pochylając się nad blatem stolika i wlepiając we mnie swoje przekonywujące spojrzenie. - Mogę ci pomóc, Seth. Ale musisz mi pozwolić.

-Zdajesz sobie sprawę z tego, jak pedalsko to zabrzmiało, prawda? - Zakręciłem pustą puszką po stoliku. - Nie to, żebym miał coś do homoseksualistów. Są spoko.

Liam już miał coś powiedzieć, ale w tym samym momencie rozległy się kroki i w drzwiach kawiarni pojawiły się dziewczyny. Rudzielec podniósł swoją torbę, butelkę wody i wysportowany tyłek z krzesła, po czym skierował się w stronę Arii, gdy ja pośpiesznie usuwałem ze stolika dowody swojego obżarstwa.

-Zadzwoń do mnie, Seth! - krzyknął jeszcze w moją stronę i chodź bardzo chciałem go nie słyszeć, to jeszcze nim wsiadłem do samochodu wiedziałem, że zadzwonię.



****



Bardzo starałam się zachować powagę przez całą drogę powrotną. Seth ściskał kierownicę prawą dłonią, a lewą przykładał do czoła woreczek z lodem. Twarz miał przepełnioną bólem i wstydem. Współczułam mu, chciałam jakość podnieść go na duchu i zapewnić, że nic tak naprawdę się nie stało. Nie musi być dobry we wszystkim, a już na pewno nie w tenisie. Za każdym razem, gdy tylko się odzywałam, rzucał mi bardzo wrogie spojrzenie, które niebywale mnie bawiło. W tym momencie kochałam go jeszcze bardziej.

Zatrzymał się na parkingu przed naszymi domkami i rzucił woreczek na deskę rozdzielczą. Usta miał zaciśnięte w wąską linię, a twarz bladą i zmęczoną. Pochyliłam się, delikatnie przesuwając palcem po jego chłodnym czole.

-Nadal cię boli? - spytałam szeptem. Wzruszył ramionami, nic nie mówiąc. - Chyba nie będzie zbyt dużego guza. Bywało gorzej, prawda? - Uśmiechnęłam się wymownie, co po krótkiej chwili odwzajemnił.

-Fakt. Bywało gorzej. - Uśmiech na chwilę zniknął, zastąpiony grymasem. - Wolałbym oberwać sto razy od Walkera, niż od własnej rakiety.

Roześmiałam się, ale zaraz zamilkłam, nie chcąc zrobić mu przykrości. Jednak Seth sam się uśmiechnął i przysunął bliżej w moją stronę, delikatnie muskając wargami moje usta. Długo nie trwało, nim pocałunki stały się gwałtowniejsze, bardziej namiętne. Jego dłoń zacisnęła się na moim biodrze, z mojego gardła wyrwał się cichy jęk, jednak zaraz został zduszony przez jego usta. Przerwaliśmy pocałunki tylko na krótką chwilę, bym mogła przesiąść się na jego kolana. Nic mnie nie krępowało, nie myślałam o niczym; zatraciłam się w tej chwili. Przeszkadzała nam mała przestrzeń samochodu, niewygodne siedzenia. Chciałam znów mieć go blisko siebie, czuć jego oddech na moim ciele, jego dłonie pieszczące każdy milimetr…

Nagle rozległ się głośny klakson, który sprawił, że podskoczyłam, uderzając przy tym głową o dach samochodu. Zakryłam usta dłonią, patrząc ze strachem na kierownicę, o którą niechcący się oparłam. Przeniosłam wzrok na Setha, który uśmiechał się szeroko.

-Co cię tak bawi? - spytałam zdezorientowana.

-Nic takiego – wzruszył ramionami. Uniósł się lekko, muskając wargami mój obojczyk. Westchnęłam. - Zadziwiasz mnie coraz bardziej, Aniele. Najpierw ten tenis, teraz to. Ostatnim razem nie byłaś tak chętna.

-Wiele się od tamtego razu zmieniło…

-Nawet nie wiesz jak wiele – wymruczał miękko, powoli wsuwając dłonie pod moją bluzkę. Przysunęłam się jeszcze bliżej, nagle odczuwając jego podniecenie, które o dziwo nie zawstydziło mnie, tylko bardziej ośmieliło.

-Chodźmy do domku – wyszeptałam, lekko przygryzając płatek jego ucha. Nie wiedziałam, czy będzie to lubił. Gdy on to robił, czułam jeszcze większe podniecenie, wszystkie zmysły naprężały się. Jęknął, w tym samym momencie otwierając drzwi samochodu. Podniosłam się, znów uderzając w dach, a Seth popatrzył na mnie z rozbawieniem.

-Kiepska gra wstępna – stwierdził.

-Kiepskie miejsce na grę wstępną.

Wysiadłam pierwsza, poprawiając włosy i ściągając w dół bluzkę, która uniosła się aż nad brzuch. Zamarłam i spojrzałam zdezorientowana na Setha, który zamykał w pośpiechu drzwi.

-Kiedy go rozpiąłeś? - spytałam, sięgając do tyłu, do zapięcia stanika. Uśmiechnął się i uniósł dłoń, machając palcami.

-Sprawne paluszki.

Roześmiałam się i chwyciłam go za rękę, ciągnąc w stronę domku. Czułam ekscytację, rosnące podniecenie i chciałam jak najszybciej znaleźć się w jego ramionach. Spędzić w nich całe popołudnie. Wsunęłam klucz do zamka i jeszcze zanim nadusiłam klamkę, Seth odwrócił mnie do siebie i namiętnie wpił w moje usta. Uderzyłam plecami o drzwi i zarzuciłam ramiona na jego szyję, a gdy uniósł mnie lekko, okręciłam nogi wokół jego bioder, przyciskając do nas nasze ciała. W tym momencie otworzył drzwi, wciąż nie przerywając pieszczot, wniósł mnie do środka. Moje serce dziko biło przy jego piersi, cała drżałam, czekając na więcej. Poczułam tylko jak moje plecy natrafiając na ścianę i odchyliłam głowę do tyłu, pozwalając jego wargą całować moją szyję. Dłońmi zjechałam w dół po jego plecach, by unieś koszulę i zdjąć ją przez głowę. Jednak zanim to zrobiłam, ciszę przerwał wysoki gwizd.

Oboje zamarliśmy i zdezorientowana rozejrzałam się po pomieszczeniu. Najpierw dostrzegłam puszki piwa leżące na stoliku, paczki chipsów, a do moich nozdrzy nagle dotarł odór papierosów.

-Normalnie porno na żywo. - Chris roześmiał się głośno i uniósł do góry kciuki. - Lubię to.

Spojrzałam na Setha i stanęłam nogami na ziemi, czując napływające zawstydzenie, zmieszane ze złością.



****



Lori wpatrywała się w Chrisa dłuższą chwilę, najpewniej próbując dociec, czy Lucas naprawdę siedzi w naszym salonie, otoczony puszkami po piwie i pustymi opakowaniami chipsów, czy aby to nie jest zwyczajny miraż, spowodowany wymęczeniem na korcie.

Ja jednak wiedziałem, że mój przyjaciel jest tu w całej swej postaci. Z krwi i kości. I że jeżeli za chwilę nie przestanie się tak durnie uśmiechać, to moja dziewczyna upuści z niego trochę tej krwi. Z lubością.

Skrzywiłem się, w oczekiwaniu na wybuch, jednak takowy nie nastąpił. Lori odwróciła się jednak na pięcie i tupiąc głośno, pobiegła do naszej sypialni. Posłałem zdezorientowanemu Chrisowi jedynie wrogie spojrzenie i szybko podążyłem za nią. Gdy otworzyłem drzwi, znalazłem Lori stojącą nad otwartą walizką, do której pośpiesznie wrzucała wszystkie swoje ubrania. Poczułem się tak, jakby ktoś dał mi w twarz.

-C-co ty robisz, Lori? - wydukałem, zamykając drzwi i podchodząc do niej.

-Nie dam rady, Seth - powiedziała, układając na wierzchu swoją piżamę. - Nie z nim za ścianą. Nie z nim w domku.

-Ale Lori, co chcesz, żebym zrobił? - jęknąłem, przecierając twarz dłonią. - To mój przyjaciel.

-Niech się pogodzą – wysyczała, odwracając się do szafki nocnej, z której zaczęła zbierać takie rzeczy jak swoją książkę, balsam do ciała i szczotkę do włosów.

-Aniele, to nie nasza sprawa… - zacząłem, jednak dziewczyna wbiła we mnie zirytowane spojrzenie. Zamaszystym ruchem wskazała palcem na drzwi.

-Jakoś mi na to nie wygląda. Teraz to też nasz problem, Seth. Będę u Terri. Porozmawiam z nią. Postaram się wybadać… - urwała, kręcąc delikatnie głową. Zamknęła walizkę i podszedłszy do mnie powoli, oparła czoło na mojej piersi.

-Dlaczego mam wrażenie, że uciekasz przede mną? - mruknąłem, przytulając ją do siebie. Dziewczyna zaśmiała się, delikatnie muskając mój policzek nosem.

-Myślałam, że po tym na korcie nic lepszego już nie zobaczę, a tu proszę - zachichotała. - Pobiłeś sam siebie.

-I dosłownie i w przenośni, tak? - warknąłem, ale z uśmiechem. Nie miałem siły się na nią złościć.

-Kocham cię – szepnęła, całując mnie krótko. - A teraz spróbujmy coś z tym zrobić.

Gdy drzwi wejściowej zatrzasnęły się za Lori, ja wciąż stałem na środku salonu, mordując Chrisa spojrzeniem. Wciąż czując jej zapach na skórze.

-Oj… Chyba się wkurzyła - wybąkał Lucas, na co machnąłem ręką, uciszając go. Zacisnąłem powieki, próbując się uspokoić. Miałem cholerną ochotę go teraz uderzyć.

-Chris - zacząłem po chwili, starannie cedząc słowa przez sito wściekłości. - Wiem, że jesteś moim kumplem. Wiem, że jesteś też facetem mojej siostry tak samo dobrze, jak że macie malutkie problemy w związku, ale do kurwy nędzy, jasnej mojej chędożonej matki! - wydarłem się, uderzając dłonią w poduchę fotela. Chris patrzył na mnie zaniepokojony.

-Co ja znowu zrobiłem? - jęknął żałośnie.

-Musiałeś się, kurwa, odzywać?!

-Ale co znowu…? - wpadł mi w słowo, ale nie dałem mu na to szansy. Warknąłem głośno i sfrustrowany opadłem na kanapę obok niego, chowając twarz w dłoniach. Czułem, że Chris przygląda mi się niespokojnie, jak to miał w zwyczaju, zupełnie nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje. W końcu odchrząknął cicho.

-Poszła do Terri, prawda? - wykrztusił cicho. - Wykurzyłem ją.

-I masz szczęście, że to nie było pytanie - syknąłem w odpowiedzi, odciągając dłonie od twarzy. Wbiłem wzrok w telewizor. Westchnąłem.

-Masz problem, stary, ale siedząc cały dzień w domku, obżerając się chipsami i pijąc piwo tak naprawdę nic nie zmienisz - powiedziałem, po czym z rozbawieniem zauważyłem, że brzmię jak Liam. No pięknie. - Musisz wyjść i o nią walczyć, zanim będzie za późno.

-Za późno? To znaczy? - Zmarszczył brwi.

-To znaczy, nim znajdzie pocieszenie i wymazanie swych frustracji w ramionach, hm… no nie wiem, może na przykład tego Chędożonego Nowojorczyka?

-Kurwa - wykrztusił.

-Tak. Kurwa z niego.

Gdy o wiele później wyszedłem na patio przed domkiem zapalić, przez jakiś czas obracałem w dłoni telefon, zastanawiając się nad propozycją Liama. Ale czy ja naprawdę potrzebuję pomocy?

Rzecz jasna - zdaję sobie sprawę z tego, że odkąd poznałem Lori, bardzo się zmieniłem, ale tak przecież już jest z ludźmi, co nie? Zmieniają się. Ewoluują. Problem w tym, że ja, zmieniając się w kogoś lepszego, straciłem gdzieś po drodze to, co było raczej dobre. Pewność siebie.

Gdy nacisnąłem zieloną słuchawkę, miałem prawdziwą nadzieję, że Liam naprawdę pomoże mi znaleźć w sobie ulepszoną wersję Starego, ale Dobrego Setha Knighta.



****



Terri nie zadawała pytań, gdy zobaczyła mnie na progu swojego domku z walizką. Bez słowa wpuściła mnie do środka. Również nie pytałam, gdy dostrzegłam jej zaczerwienione od płaczu oczy. Zostawiłam walizkę przy drzwiach i przeszłam przez salon, siadając obok niej na kanapie. Objęłam ją, pozwalając, by oparła głowę na moim ramieniu i wylała z siebie więcej łez żalu.

Siedziałyśmy tak może z pół godziny, a przez cały ten czas rozmyślałam nad wszystkim, co właśnie dzieje się w moim życiu. Nad moim związkiem z Sethem, który wszedł na kolejny poziom i obierał kierunek, który jak najbardziej mi odpowiadał. Wszystko wydawało się być idealne, wymarzone przeze mnie, a czasami nawet nierealne. Byłam szczęśliwa, a właściwie chciałam być szczęśliwa… Jednak bezustannie coś stawało nam na drodze. Te miłe chwile, przepełnione sielanką zostawały zastąpione przez ból i łzy bliskich. Nie mogłam cieszyć się tym, co mam, widząc, że inny, których kocham cierpią.

Zamyśliłam się na tyle, że nawet nie zorientowałam się, że Terri wstała z kanapy. Otrząsnęłam się akurat, gdy wyciągała z lodówki dwie puszki piwa. Skrzywiłam się.

-Chris zostawił – poinformowała ze sztucznym uśmiechem. - Musisz się ze mną napić. Wolałabym wino, ale… Mam tylko to.

-Terri, ja…

-Żadnych sprzeciwów – rzuciła stanowczo, wręczając mi puszkę i wysoką szklankę. Otworzyła swoje piwo i usiadłszy na kanapie, zaczęła napełniać szklankę. Patrzyłam na to z lekkim grymasem, ale otworzyłam swoją puszkę. Włączyła telewizor i rozłożyła się na kanapie, podkurczając pod siebie nogi.

-Chris jest płytki – wypaliła nagle. - Wystarczy mu piwo, jakieś żarcie, telewizja… Żadnych perspektyw, innych zainteresowań. Żadnych ambicji. Żadnych planów na przyszłość. Ciągłe życie z dnia na dzień, nie przejmowanie się niczym.

-Do czego zmierzasz? - spytałam niepewnie. Zerknęła na mnie kątem oka.

-Taki chłopak nie jest wart niczego. Z nim nie będę miała… nic.

-A Jace jest inny?

Wzruszyła ramionami.

-Studiuje, wie, co chce robić w przyszłości. - Urwała i upiła spory łyk ze szklanki. Przez dłuższą chwilę milczałyśmy, wpatrując się w ekran telewizora, gdzie leciał odcinek serialu kryminalnego. Nie ruszyłam mojego piwa, ponieważ sam zapach mnie odrzucał i czekałam tylko, aż Terri znów zacznie rozmowę. Widać było wyraźnie, że jest coś, co ją męczy.

Serial obejrzałyśmy do końca, a gdy zaczęły się reklamy, Terri sięgnęła po puszkę, wylewając do szklanki całą jej zawartość.

-Wiem, że ludzie mają ważniejsze problemy – powiedziała. - A ja znów mam jakieś absurdalne wątpliwości i pewnie przesadzam. Jak zwykle zresztą. Ale to źle, że oczekuję czegoś więcej? Wiesz, że Chris dostał się do collegu w Phoenix? - Na widok mojej zaskoczonej miny prychnęła cicho. - Widzisz, nawet nie powiedział o tym Sethowi. Pewnie całe życie chce żerować na bogatych rodzicach tak, jak jego przyjaciel, którego uważa za swojego bożka. Oboje zmarnują sobie życie. Przesadzam, prawda? - Spojrzała na mnie, przygryzając wargę. Nie odpowiedziałam. - Spędziłam z Jacem cały dzisiejszy dzień i bawiłam się z nim jak nigdy wcześniej. Nawet z Chrisem nie było mi tak dobrze – westchnęła. - A potem Jace powiedział mi, że wpadłam mu oko, gdy tylko mnie zobaczył. Mówił mi, że jest zauroczony moim pięknem i że nigdy nie spotkał takiej dziewczyny…

-I co się stało?

-Opamiętałam się, zanim sprawy zaszły za daleko. Jednak najgorsze jest to, że chciałam to zrobić. Nie myślałam nawet o Chrisie. Opamiętałam się tylko dlatego, ponieważ wiem, że znajomość z Jacem może być tylko wakacyjnym romansem. Chcę być z kimś innym… Kimś, kto będzie powtarzał, że jestem piękna. Tylko tyle. To aż tak wiele?

***

Tadam .. Jest ^^. Podoba się? ;3.

*Dziękuje wszystkim zaa te piękne słowa, które wypowiadacie pod moim adresem!*

*KOCHAM WAAAS . ♥ .*
  • awatar Gość: Wiem, że nie masz czasu, ale ja czuje lekki niedosyt :/ mam nadzieje, że moje zdanie Cię nie zdołuje. Ale mimo wszystko ciesze sie że jest rozdział. Czekam na następny ;D
  • awatar Malinowaa.: Jeeej! :D Mega jest ^^ My też Cię kochamy! ;*
  • awatar Gość: Rewelacja jak zwykle;) Masz ogromny talent dziewczyno;))))
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Usłyszałem dziwnie znajomy odgłos, więc odwróciłem się gwałtownie i zdałem sobie sprawę, że stoję na werandzie domu państwa Blake. Miałem na sobie czarny garnitur, w dłoniach trzymałem bukiet kwiatów, a w drzwiach stała Miriam, z dobrze mi znanym wyrazem zdegustowania na twarzy.

-Niespotykany widok - mruknęła na przywitanie, a ja automatycznie uśmiechnąłem się lekko.

-Dzień dobry, pani Blake. Czy mogę wejść? - Mój głos brzmiał bardzo dziwnie. Przy wypowiadaniu samogłosek drżał wyraźnie. Wówczas poczułem, że pocą mi się dłonie.

-Ostatnim razem, gdy cię tu przywiało, nie potrzebowałeś pozwolenia - rzuciła, przepuszczając mnie jednak w drzwiach. Uśmiechnąłem się do niej ponownie, wchodząc do środka.

-Właśnie… Chciałbym przeprosić za tamto, ale musiałem zobaczyć się z pani córką – powiedziałem korzącym, zupełnie do mnie niepasującym głosem. Kobieta cmoknęła, składając ręce na piersiach.

-I pewnie była to sprawa niecierpiąca zwłoki, mam rację? - rzuciła sceptycznie, znacząco spoglądając w dół. Wyszczerzyłem zęby w niewinnym uśmiechu.

-Tak bym tego nie nazwał. Proszę - powiedziałem, podając jej bukiet białych lilii. - To dla pani.

Oczy Miriam zabłysły przez jeden, krótki moment, przypominając mi o oczach mojej ukochanej. Wbrew pozorom, były do siebie bardzo podobne.

-A z jakiej to okazji dla mnie? - spytała podejrzliwe, jednak odebrała swój prezent z wyraźnym zadowoleniem. Postanowiłem jednak przemilczeć to pytanie.

-Lori jest w salonie - powiedziała w końcu, jednak, co dziwne, nie na tej informacji zależało mi najbardziej.

-A pani mąż?

Kobieta zamrugała zaskoczona.

-Też - wydukała i podążyła za mną jak cień, gdy odwróciłem się, ruszając do salonu.

W telewizji leciało Koło Fortuny. Pan Blake siedział w fotelu z pilotem w ręku, podjadając ogórki ze słoika, a Lori leżała na kanapie z nosem w książce. Miała dłuższe włosy i albo mi się zdawało, albo była jeszcze szczuplejsza.

Gdy wszedłem do pokoju, uniosła głowę i spojrzała na mnie zaskoczona, najwyraźniej w głębokim szoku.

-Seth? - zdziwiła się. - Co ty tu robisz? Nie jesteś w Kalifornii?

Jej oczy przeskakiwały raz na mnie, raz na Miriam i na bukiet, który trzymała w dłoniach. Dopiero po chwili pan Blake oderwał się od show na tyle, by zauważyć moją obecność. Również wyglądał na zdziwionego.

-Seth, miło cię widzieć! - zawołał, podnosząc się z fotela i szybko podchodząc do mnie. Uścisnął mi rękę, a ja nie mogłem przestać się uśmiechać. - Co przywiało cię z tego końca świata i to w środku semestru?

-Właściwie, to jest taka, bardzo ważna sprawa - powiedziałem, patrząc na niego uważnie. - Przyjechałem, bo muszę pana o coś zapytać. - Zerknąłem na Lori. Wyglądała tak, jakby przestała oddychać, więc posłałem w jej stronę delikatny uśmiech, po czym ponownie spojrzałem na jej ojca. Wziąłem głęboki oddech. - Kocham pańską córkę i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Wiem, że zapewnię jej godne życie, dlatego przyjechałem, aby oficjalnie poprosić o jej rękę.

Miriam zaszlochała.

William uśmiechnął się szeroko.

A ja otworzyłem oczy.

Przez uchylone okno do pokoju wdzierały się ciepłe podmuchy powietrza, delikatnie poruszając zasłonami. Zamrugałem kilka razy, przyzwyczajając wzrok do światła, gdyż słońce wisiało już wysoko na niebie i opierało się akurat na oknie sypialni.

Na samą myśl o wczorajszej nocy po plecach przeszedł mnie gorący dreszcz. Spojrzałem w dół i zobaczyłem Lori. Dziewczyna leżała z głową na poduszce obok mnie, jedną nogą oplatając mnie w pasie. Nie wiedziałem czy wciąż śpi, ale w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, a na policzku odciśnięty ślad od poduszki. Byliśmy okryci kołdrą tylko w pasie, więc mój łakomy wzrok automatycznie zatrzymał się na jej nagich piersiach. Westchnąłem cicho, obracając się na bok i przez chwilę przyglądałem się jej, jednocześnie myśląc o tym, jaka jest cudowna. O tym, co do niej czuję i jakim jestem cholernie szczęśliwym sukinkotem, że mam ją obok siebie.

Wczorajszej nocy było po stokroć lepiej, niż we wszystkich moich snach i wyobrażeniach. Lori była cudowna, a ja miałem ten cholerny zaszczyt poznawać każdy centymetr jej ciała jako pierwszy. Mimo to nie wiedziałem, co zrobi, gdy się obudzi. Nie chciałem, żeby poczuła się niezręcznie, ale jakoś nie umiałem zmusić swojego ciała do opuszczenia łóżka. Złapałem jedynie za brzeg kołdry i przykryłem ją dokładnie, przytulając się jednak do niej. Gdy moje palce musnęły skórę na jej biodrze, dziewczyna mruknęła cicho i przeciągając się, powoli otworzyła oczy. Wstrzymałem oddech.

Przez dłuższą chwilę po prostu patrzyła się na mnie, z nieodgadnionym wyrazem na twarzy. Gdy w głowie już zaczęły włączać mi się systemy alarmowe, najzwyczajniej w świecie przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała z uśmiechem. Dopiero wówczas poczułem, że mogę odetchnąć z ulgą.

-Dzień dobry - wyszeptała, dotykając mojego policzka opuszkami swoich palców. Przymknąłem oczy, delektując się jej delikatnym dotykiem.

-Chyba mógłbym się do tego przyzwyczaić - powiedziałem, obejmując ją w pasie i przyciągając bliżej do siebie. Chciałem znów poczuć jej ciepło, którego przez sen zaczęło mi brakować.

-Do czego? - zaśmiała się cicho, a ja wbiłem w nią spojrzenie, nie mogąc oderwać od niej oczu.

-Do budzenia się obok ciebie - wyjaśniłem, delikatnie całując jej ramię. Lori zwinęła się w kłębek, wciąż z głową na mojej piersi. Włosy starczały jej uroczo we wszystkie strony i nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wyglądała równie pięknie jak teraz.

-Nie miałabym nic przeciwko - mruknęła, wtulając się we mnie. Położyłem dłoń na jej głowie, delikatnie gładząc po włosach.

-Wczoraj… - zacząłem, ale Lori podniosła się na łokciu i delikatnie przymknęła mi usta pocałunkiem.

-Dziękuję - szepnęła, nie odsuwając swojej twarzy ode mnie. Uśmiechnąłem się nerwowo, czując ciepły skurcz w brzuchu.

-Za co ty mi dziękujesz, Aniele. - Pogłaskałem ją po policzku. - Ja powinienem dziękować tobie, że jeszcze nie kopnęłaś mnie w dupę.

Lori zaskoczyła mnie nagłym napadem śmiechu. Patrzyłem na nią badawczo, mrużąc oczy.

-Z dnia na dzień stajesz się coraz zabawniejszy - powiedziała w końcu.

-Tak? - Uśmiechnąłem się cwanie, na co posłała mi wymowne spojrzenie.

-I monotematyczny.

-Jeśli powiem, że cię kocham… - wydusiłem z siebie po chwili. Oczy brunetki zdawały się świdrować mnie do samego wnętrza. - Czy również mi to przypiszesz?

W czekoladowych tęczówkach dziewczyny zatańczyły dwie, wesołe iskierki, gdy delikatnie pokręciła przecząco głową.

-Kocham cię. - Przesunąłem dłonią po jej nagich plecach, chyba wciąż zbyt oszołomiony po nocnych przeżyciach. Nigdy nie mówiłem takich rzeczy. Nawet w najdziwniejszych snach.

Lori w odpowiedzi wplotła palce w moje włosy i zatapiając się w pieszczotach, świat nie widział nas przez następne kilkadziesiąt minut.



Nie wiem dokładnie, która była godzina, gdy wreszcie wyszliśmy z łóżka. Nie chciałem, żeby Lori w jakimś stopniu się krępowała, więc pierwszy podniosłem się z łóżka i naciągając na siebie bokserki, szybko wyszedłem do kuchni. Wyciągnąłem z lodówki karton soku pomarańczowego i już po chwili mogłem słyszeć cichy szum wody pod prysznicem. Uśmiechnąłem się sam do siebie, delikatnie przymykając oczy.

Pierwszy raz w życiu czułem się tak spełniony. Zupełnie, jakbym już nigdy nie potrzebował niczego więcej - mógłbym tylko budzić się obok niej, czuć jej zapach i delikatny dotyk jej skóry. Nic więcej.

Otworzyłem oczy, gdy poczułem na policzku delikatne muśnięcie. Lori przyglądała mi się z rozbawieniem. Po ramionach, na niebieską bokserkę ściekały jej krople wody z wilgotnych włosów. Objęła mnie za szyję.

-Zamyśliłeś się? - rzuciła, przyglądając mi się uważnie.

Nie odpowiedziałem, tylko podniosłem się z miejsca, wciąż obejmując ją lekko.

-Wskoczę pod prysznic i idziemy coś jeść, co nie? - rzuciłem, na co ochoczo pokiwała głową.

-Jestem wręcz szatańsko głodna. - Uśmiechnęła się i złapała za sok, po czym ja ruszyłem do łazienki.

To był zdecydowanie najlepszy okres mojego życia.



****



Słońce raziło w oczy, paliło skórę, rozgrzewało ciało, ale mimo to siedziałam na kocu, plecami opierając się o klatkę Setha. Jego ramiona oplatały mnie mocno, usta co chwilę odnajdowały szyję, ciepły oddech pieścił skórę, a czułe słowa, które kierował do mojego ucha, rozpraszały moje myśli. Było tak jak pragnęłam, tak jak sobie wyobrażałam i nie chciałam, by te cudowne chwile skończyły się.

-Nie nudzi ci się? - usłyszałam jego szept i zadrżałam, gdy ustami musnął płatek mojego ucha. Lekko odwróciłam w jego stronę głowę, pozwalając, by skradł mi pocałunek. Uśmiechnęłam się.

-Nie, czemu?

-Mówiłaś, że siedzenie całymi dniami na plaży jest nie dla ciebie.

-Takie siedzenie jak najbardziej mi odpowiada – odparłam, bardziej się do niego przytulając. Roześmiał się, znów całując mój kark. Przymknęłam oczy i odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją na jego ramieniu. Nie byłam pewna, czy nadejdzie dzień, w którym będę miała dość jego towarzystwa, bliskości, pocałunków i pieszczot.

-Będziecie tak tutaj siedzieć?!

Ktoś wtargnął do naszego małego światka. Niechętnie podniosłam głowę. Terri stała nad nami, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i z niecierpliwością tupała nogą. Woda skapywała z jej splątanych włosów, skóra lśniła w słońcu, a wyraz twarzy dawał nam do zrozumienia, że bardzo jest niezadowolona naszym „nicnierobieniem”.

-Chodźcie do wody – rzuciła stanowczo i wyciągnęła rękę w moją stronę, chcąc bym wstała. Nie poruszyłam się. - Spalicie się na słońcu.

-Mamy krem do opalania – mruknął Seth. - Zjeżdżaj, Terri. Zrzędzisz.

Zmroziła nas wzrokiem i już zapewne szykowała kolejną, niezbyt miłą wypowiedź, ale w oddali zobaczyła coś albo kogoś, kto momentalnie ją rozproszył. Na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech i zaczęła energicznie machać ręką. Nawet podskakiwała w miejscu. Odwróciłam głową, by dowiedzieć się, co tak przyciągnęło jej uwagę – w naszą stronę zmierzał Jace razem z dwoma swoimi kolegami, z którymi był wczoraj w klubie. Wyprostowałam się i spojrzałam wymownie na Setha. Nie mówiąc nic, wzruszył ramionami i położył się na plecach, na oczy zakładając okulary przeciwsłoneczne.

-Wiedziałem, że was tu znajdziemy.

Terri uśmiechnęła się jeszcze szerzej i podeszła do niego, po przyjacielsku obejmując. Uniosłam brwi, ale szybko przywołałam na twarz uśmiech, gdy Jace rzucił do nas kilka słów na powitanie. Seth tylko machnął ręką i położył dłoń na moich plecach. Podkuliłam pod siebie nogi i wzięłam do ręki książkę, próbując nie zwracać uwagi na towarzyszących nam chłopaków. Jeden z nich, którego imienia jeszcze nie poznałam, usiadł na brzegu naszego koca i zaczął rozglądać się po plaży, swój wzrok dłużej skupiając na opalających się kilka metrów dalej dziewczynach. Sprawiał dobre wrażenie; o wiele lepsze niż Jace i jego drugi kolega. Miał krótkie, kruczoczarne włosy postawione na żel, ciemnobrązowe oczy, ciemna karnacja i czarne kolczyki w uszach, ale w jego spojrzeniu było coś, dzięki czemu od razu darzyło się go sympatią. Musiał poczuć, iż mu się przyglądam, ponieważ zerknął na mnie i uśmiechnął się lekko. Odwzajemniłam gest, po czym szybko odwróciłam wzrok.

-Całkiem niezła książka – usłyszałam. Uniosłam głowę. Głos miał miły; niski, ale przyjemny dla ucha. Dało się słyszeć szczególny akcent, z jakim mówią Brytyjczycy, jednak nie był dość wyraźny, jakby już przez długi czas przebywał wśród Amerykanów.

-Czytałeś? - zdziwiłam się.

-Pobieżnie. Miał lepsze.

Uśmiechnęłam się lekko. Byłam tego samego zdania.

-Jestem Freddie – przedstawił się. Kiwnęłam głową, na co uniósł kącik ust w uśmiechu. - Coś mi się wydawało, że nie pamiętasz.

-Nie dosłyszałam imienia w klubowym zgiełku – odparłam szczerze. - Ja jestem…

-Lori. Pamiętam.

-A ja Seth. - Przeniosłam wzrok na niego, słysząc w głosie ostrzegawczą nutę. - Jej chłopak.

Freddie zdusił śmiech i pokręcił głową.

-Nie jestem zainteresowany, Seth. Mam dziewczynę.

Usta mojego wiecznie zazdrosnego chłopaka rozciągnęły się w uśmiechu i uniósł się na łokciu, wymieniając z nim uścisk dłoni.

-Sorry, stary – mruknął, przesuwając okulary na czoło. - To z przyzwyczajenia.

-Nie ma sprawy. Też zachowuję się jak bałwan, gdy jakiś obcy facet rozmawia z Carmen.

-Bardzo powszechny problem. Seth! - Podskoczyłam z bólu, który nagle poczułam w dole pleców. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. - Uszczypnąłeś mnie?!

-Sama się o to prosiłaś. - Wzruszył ramionami. Jego usta zdobił ten cwaniacki uśmieszek, który z jednej strony był seksowny, ale również bardzo irytujący. - Wiem, że to lubisz.

Wydęłam wargi i zamknęłam z hukiem książkę, wiedząc, że moje policzki już zdobi czerwień. Freddie zaśmiał się tylko i wymienił z Sethem wymowne spojrzenia. Faceci.

-Kretyn.

Seth uniósł się do pozycji siedzącej i pocałował mnie w policzek, ramieniem obejmując w pasie. Starałam się powstrzymać uśmiech i nadal udawać obrażoną, ale zaczął mnie łaskotać. Odskoczyłam, śmiejąc się i trąciłam go łokciem w ramię.

-Seth, przestań!

-Może oboje przestaniecie? - Spojrzeliśmy w stronę Terri. Dziewczyna patrzyła na nas z konsternacją i pokręciwszy głową, wróciła do przerwanej wcześniej rozmowy z Jacem. Seth wzruszył ramionami i ucałowawszy mnie krótko w usta, znów położył się na plecach, oczy zakrywając okularami. Nie przysłuchiwałam się rozmowie, którą Terri toczyła z Jacem, ponieważ niezbyt podobał mi się jej temat, ale zachowanie tej dwójki osobie postronnej mogło wydawać się dwuznaczne. Ich mowa ciała, gesty, rzucane sobie spojrzenia, krótkie muśnięcia dłoni na ciele – nie znałam się na tym zbyt dobrze, ale wyraźnie widać było, że ze sobą flirtowali. Terri zdawała sobie sprawę z tego, że jest atrakcyjna dla płci przeciwnej, wiedziała, jak zwrócić uwagę chłopaków i często to wykorzystywała. Jednak miała chłopaka i nie wydaje mi się, by takie zachowanie było teraz odpowiednie. Czyżby robiła to nieumyślnie, czy specjalnie chciała wykorzystać swoją znajomość z Jacem, by zrobić na złość Chrisowi?

Zauważyłam zmierzającego w naszą stronę Chrisa. Cały ten czas spędził w wodzie, a gdy zobaczył, kto nam towarzyszy, zwolnił kroku. Otrzepał włosy od wody i podszedł bliżej, uśmiechając się szeroko.

-Jace! Co za niespodzianka! - zawołał.

Wszyscy popatrzyli na niego, z wyjątkiem Setha, który tylko odwrócił się na brzuch i wziął moją książkę, mając gdzieś, co dzieje się wokoło. Chris uścisnął dłonie całej trójce, choć cały czas patrzył wrogo na Jace’a. Przygryzłam wargę, mając nadzieję, że do niczego złego nie dojdzie. Chris może nie był tak porywczy i zazdrosny o wszystko jak Seth, ale już zdążyłam się zorientować, że nie lubił, gdy ktoś stawał mu na drodze. A nowy znajomy był przeszkodą trudną do usunięcia.

Westchnęłam ciężko i odwróciłam się, zabierając Sethowi moją książkę. Posłał mi krótki uśmiech i ułożywszy przed sobą ramiona, oparł na nich głowę. Nagle dotarł do moich uszu dźwięk komórki i zaczęłam się rozglądać, by zidentyfikować miejsce, z którego dochodzi. Mój wzrok padł na Freddiego – to jego telefon dzwonił. Odczytał wiadomość i na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.

-Czyżby Carmen? - spytałam.

-Kobieca intuicja? - Uniósł brwi. Wzruszyłam ramionami. - Aż tak po mnie widać, że dostałem SMS od mojej dziewczyny?

-Myślę, że coś takiego trudno ukryć – stwierdziłam. - Z tego, co Terri zdążyła mi już kilka razy wytknąć, wiem, że też uśmiecham się pogodnie za każdym razem, gdy dostaję wiadomość od Setha. - Usłyszałam ciche burknięcie, dochodzące z mojej lewej strony. - Carmen nie przyjechała z wami?

-Postanowiliśmy zrobić sobie męski wypad – wyjaśnił Freddie. Jego wzrok spoczął na dwóch kumplach, a na twarzy pojawił się grymas. - Choć, mówiąc szczerze, wolałbym być teraz gdzie indziej.

-Dlaczego?

Pochylił się nieznacznie w moją stronę.

-Jace to skończony dupek – szepnął, a tym razem z lewej dobiegł cichy chichot. - Nie wiem, czemu nadal się z nim zadaję.

-Ej, co powiecie na mały meczyk?! - zawołał nagle Jace, podrywając się na nogi. Ross podskoczył uradowany, wydając z siebie coś pomiędzy piskiem a okrzykiem. Jace zerknął na niego, mrugając szybko. O ile się nie mylę, Ross nie wypowiedział jeszcze ani jednego słowa, od chwili, gdy się poznaliśmy. - Podzielimy się na dwie drużyny.

-Ja sobie daruję - rzuciła od razu Terri. - Grajcie sami.

-No, mała, nie daj się prosić! - Jace padł przed nią na kolana, dłonie składając jak do modlitwy. Terri roześmiała się, ale nadal kręciła przecząco głową. Chris również podniósł się z koca i klepnął Jace’a w plecy, chyba trochę mocniej niżby wypadały. Chłopak poleciał do przodu na piasek, w ostatniej chwili opierając się na rękach.

-Poważnie? Ty chcesz w cokolwiek grać? - Chris roześmiał się głośno. - Wystarczy lekkie pchnięcie, żeby zwalić cię z nóg, koleś!

Jace zmroził go wzrokiem, ale szybko podniósł się, otrzepując od piachu.

-Gramy! - wykrzyknął i machnąwszy ręką, skierował się w stronę pustego miejsca, gdzie do dwóch wysokich drągów przymocowana była siatka. Chris i Ross ruszyli za nim, a Freddie po chwili wahania również wstał, wołając za nimi, że będzie sędziował.

-Seth, rusz się – powiedział ostro Chris, kopiąc go w goleń.

-Odwal się – jęknął niewyraźnie.

-Co jest, kurwa? Czy ja słyszałem jęk?! - Znów kopnął go w nogę, teraz znacznie mocniej. Seth przeklął i podniósł się na rękach. - Dopiero co narzekałeś, że cały dzień nic nie robimy, tylko leżymy na tej pierdolniętej plaży. Co z tobą, Knight?!

-Idę – wysyczał, podnosząc się z koca. Spojrzenie, które rzucił przyjacielowi, niejednego przegoniłoby gdzie pieprz rośnie, ale Chris tylko uśmiechnął się z zadowoleniem.

-No i tak powinno być, Knight! Pokażemy tym nowojorskim sukinsynom, jak w Arizonie traktuje się takich jak oni!

-Proszę, niech nie poleje się krew. - Posłałam Sethowi błagalne spojrzenie. Skomentował to krótkim prychnięciem, po czym pobiegł na boisko, nie oglądając się za siebie. - Mówię poważnie!

-Daj spokój, Lori. – Chris parsknął śmiechem. - Ten bałwan zasługuje na porządny wpierdol.

-Chris!

Spojrzał na Terri. Ze świstem wypuścił powietrze i odwróciwszy się na pięcie, ruszył w stronę trójki chłopaków, z których jeden już zdążył się zniecierpliwić.

-O co mu chodzi?

Terri usiadła obok mnie na kocu, patrząc w stronę chłopaków. Chris i Seth ustawili się po jednej stronie siatki, a Ross i Jace po drugiej; Freddie krążył z boku, mówiąc do nich coś, czego nie słyszałyśmy.

-Wiesz, Terri… - zaczęłam ostrożnie. - Jace jest…

-Jest fajny – wtrąciła. - Zabawny, sympatyczny, przystojny. Jest w porządku, prawda?

Zerknęła na mnie wymownie, zapewne chcąc, bym potwierdziła. W jej oczach dostrzegłam lekkie wahanie.

-Nie mi to oceniać…

-Jasne! - Prychnęła. - Nie mi oceniać zachowanie twoje i Setha. Zrobiliście to wczoraj, nie mylę się?

Zamrugałam. Poczułam jak moje policzki oblewają się gorącem i odwróciłam wzrok, tylko potwierdzając nieznacznym ruchem głowy. Nie skomentowała tego w żaden sposób, ponieważ od strony boiska dobiegł głośny ryk. Seth i Chris przybili sobie piątki, a Jace, z dwoma palcami wskazującymi w ustach, gwiżdże na nich. Ross za to leżał jak długi na piasku i przez chwilę w ogóle się nie ruszał, natomiast piłka leżała kilka metrów za nim. Na jego przyjacielu nie zrobiło to większego wrażenia i ominąwszy go, zabrał piłkę i z całej siły przerzucił ją na drugą stronę. Chrisowi jednak udało się ją złapać i od razu przystąpił do serwu.

-Sporo myślałam po tej naszej wczorajszej rozmowie – odezwała się Terri. Miała poważny wyraz twarzy i wpatrywała się we mnie ze zmrużonymi lekko oczami. - Pamiętam, co mówiłam i co ci radziłam, ale potem doszłam do wniosku, że my przecież bardzo się różnimy.

-Co masz na myśli?

-Dla mnie seks to już coś normalnego, ale dla ciebie… Jesteś osobą bardzo wierzącą, prawda? Więc masz zupełnie inne podejście do pewnych spraw niż ja. Również jeśli chodzi o takie sprawy. Myślałam, że się wahasz, ponieważ boisz się, że nie jesteś jeszcze gotowa, że coś może wam się nie udać, ale nie przyszło mi na myśl, że nie chcesz tego robić ze względu na swoją wiarę.

Zamarłam. Przez cały ten czas, ta kwestia nawet na moment nie opanowała moich myśli. Może na początku, gdy po raz pierwszy targnęły nami zbyt silne emocje, ale wczoraj… Co się ze mną działo? Nigdy nie zapominałam o mojej wierze, o żadnych jej aspektach ani sprawach, które wiązały się z nią.

-Nie chodziło o to? - zdziwiła się Terri, trafnie odgadując moją minę. Gdy nic nie powiedziałam, wytrzeszczyła oczy. - Och… Więc tego… Rozumiem.

-Chyba po raz pierwszy zabrakło ci słów.

-Na to wygląda… - Odchrząknęła. - Wnioskuję z tego, że Seth jest tym jedynym.

-Tak, myślę, że tak – odparłam. - Kocham go bardziej, niż potrafię opisać słowami. A Seth wczoraj… - Na moje usta wkradł się uśmiech. - Powiedział to.

Zmarszczyła czoło, nie rozumiejąc.

-Co powiedział?

-Że mnie kocha.

-Podczas seksu? - roześmiała się. - Typowe!

Terri dostrzegła mój grymas, więc momentalnie spoważniała.

-Powinnaś się cieszyć. Nie tylko dlatego, że wasz związek wskoczył na następny poziom, ale też dlatego że to powiedział. Chris nadal się na to nie zdobył…

-To dlatego próbujesz wzbudzić w nim zazdrość? - spytałam.

-Nie próbuję wzbudzić w nim zazdrości – powiedziała zbyt szybko, bym mogła w to tak łatwo uwierzyć. - Co złego w tym, że zawieram nowe znajomości? Ty też rozmawiałaś z Freddiem.

-Tylko rozmawiałam. Jace cię podrywa, robi sobie nadzieje, Chris się denerwuje, a ty… Ty czerpiesz z tego wielką przyjemność.

-Nie masz pojęcia, o czym mówisz…

-Doskonale wiesz, o czym. Terri, co się z tobą dzieje? Nie poznaję mojej najlepszej przyjaciółki. Nie jesteś sobą!

Terri wpatrywała się we mnie, jakby nie wierzyła w to, co właśnie usłyszała. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to tak, jakbym ją obrażała lub o coś oskarżała. Mój ton głosu nie miał tak brzmieć. Powiedziałam to, mając nadzieję, że coś do niej dotrze i przemyśli swoje zachowanie. Jednak ona momentalnie poderwała się z koca i rzuciwszy mi niezbyt miłe spojrzenie, ruszyła szybkim krokiem przez plażę. Patrzyłam tylko, jak po krótkiej chwili znika pod wodą.



****



Był już wieczór i wszyscy siedzieliśmy na patio w domku Jace’a i jego kumpli, choć nie wszystkim ten fakt przypadł do gustu. Chris nie przestawał łypać na blondyna spod przymrużonych powiek, najwyraźniej biorąc sobie do serca moje słowa. Lori i ja siedzieliśmy oparci plecami o balustradę, a Terri raz po raz rzucała w naszą stronę uważne spojrzenie znad niskiego stolika. Najwyraźniej jeszcze nie do końca przyswoiła do siebie informacje, jednak szczerze powiedziawszy miałem to głęboko w nosie. Raz po raz przejeżdżałem opuszkami palców po plecach Lori, nie mogąc przestać się uśmiechać i nie przywiązując wielkiej wagi do tego, o czym rozmawiają zebrani przy stole. Mimo to zdołałem stwierdzić, że domek Jace’a bardziej mi się podoba od naszego.

Wszystko w środku było utrzymane w iście azjatyckim stylu. Od obić ścian, po drewnianą podłogę i niski stolik do herbaty na patio, przy którym właśnie kończyliśmy jeść ogromną pizzę. Oprócz Chrisa, Terri, Lori, mnie i oczywiście Jace’a, był tu również Freddie - swoją drogą całkiem przyjemny gość - i Ross. Z tym było chyba coś nie tak; chłopak ciągle rozglądał się po kątach, jakby coś miało na niego zaraz skoczyć. Dziwny przypadek.

-Więc pytam się jej… - opowiadał Jace, podczas gdy Terri wpatrywała się w Nowojorczyka z niespotykanym wręcz oddaniem. - Ile homoseksualistów trzeba, żeby zmienić żarówkę? A ona rzuciła mi taki wywód, że już po dwóch zdaniach zasnąłem! - zarechotał, a Terri mu w tym wtórowała, choć do końca nie rozumiałem dlaczego.

-Myślałem, że w Nowym Jorku częściej można spotkać homoseksualistów, niż w miasteczkach na prowincji - syknął Chris, zabierając ze stołu kawałek pizzy. - I że tacy Nowojorscy Bywalcy jak ty, Jace, zdążyli już dawno zaakceptować wolne wybory - dorzucił, wkładając w swoją wypowiedź tyle jadu, ile tylko się dało.

-Chris - syknęła ostrzegawczo Terri, ale Jace zaśmiał się tylko.

-No co ty, stary. Do tego nie da się przyzwyczaić. I teraz jeszcze mają im zalegalizować te ich popaprane związki. Aż rzygać się chce, jak o tym myślę - powiedział blondyn, a ja kątem oka dostrzegłem grymas malujący się na twarzy Lori.

-Koniec tematu, Jace - syknął Freddie, obracając w dłoni butelką piwa. - Robisz się nudny.

-A co? Też chcesz coś powiedzieć, Freddie? - prychnął blondyn. Czarnowłosy z obojętnym wyrazem twarzy pociągnął łyk z butelki.

-Po prostu zauważam, że twoje żarty o homoseksualistach robią się już powoli nudne i za niedługo zacznę podejrzewać, że są czystym odzwierciedleniem twoich ukrytych żądzy, których sam się boisz - rzucił obojętnie, a w miarę jak mówił, usta Jace’a rozwierały się znacznie.

-Coś ty, kurwa, powiedział? Że niby jestem homo?!

-Nie, to ty powiedziałeś. - Freddie posłał mu najsłodszy uśmiech pod słońcem, a ja z trudem powstrzymałem rozbawione prychnięcie. Brunet podniósł się. - Ktoś chce jeszcze piwa?

-Ja poproszę. - Podniosłem rękę, wymieniając z Freddiem porozumiewawcze spojrzenie. Naprawdę, coraz bardziej lubiłem tego gościa.

Gdy Freddie zniknął w domu, przy stole zrobiło się dziwnie cicho. Terri łypała groźnie na Chrisa, który z kolei z szerokim uśmiechem wpatrywał się w najwyraźniej pogrążonego w myślach Jace’a. Lori natomiast wyciągnęła swoją książkę i układając ją na kolanach, zaczęła zagłębiać się w lekturze. Słowo daję, ta dziewczyna dosłownie wszędzie i w każdej sytuacji potrafiła to robić. Swoją drogą, było to coś godne podziwu. Ja potrzebowałem doskonałej ciszy i najlepiej, żeby w pomieszczeniu nie było żadnych mebli, aby nic nie rozpraszało mojej uwagi. A Lori dostatecznie ją rozpraszała.

Pochyliłem się, opierając brodę na jej ramieniu i filując ukradkiem na zadrukowane strony w jej książce. Zerknęła na mnie kątem oka i uśmiechnęła się, wtulając mocniej w moje ramię.

-Całkiem ciekawe towarzystwo, nie sądzisz? - szepnąłem jej na ucho, na co dziewczyna zachichotała.
-Tak. Szczególnie Jace. Barwna postać. - Pokiwała głową, udając poważną.

-Możesz spróbować napisać o nim książkę. Myślę, że dobrze by się sprzedawał. To znaczy, sprzedawałyby się. Te książki.

-Jesteś okropny! - Wymierzyła mi solidną sójkę w bok, a ja nie przestawałem się śmiać.

-Hej, z czego się śmiejecie?! - zawołała Terri, mrużąc oczy.

-No właśnie. Też się chcę pośmiać - dodał Jace, patrząc na nas wyczekująco.

-Wystarczy, że załatwię mu dyktafon - dodałem cicho i tym razem Lori wybuchnęła śmiechem.
Jace już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale na szczęście wrócił Freddie i podał mi piwo. Lori posłała mi Spojrzenie, ale uśmiechnąłem się do niej niewinnie i zahaczając kapsel o brzeg patio, otworzyłem butelkę.

-Zawsze się zastanawiałam, co takiego faceci widzą w piciu - powiedziała, spoglądając wymownie na Freddiego, który również zdążył dobrać się do swojej butelki. Ostrożnie upił pianę i zaśmiał się krótko.

-Wiesz, Lori. Tak jakoś już jest. A piwo jest naprawdę dobre - odpowiedział, wzruszając ramionami.

-I Carmen to popiera? To “dobre” doświadczenie? - rzuciła sceptycznie. Freddie zmieszał się lekko.

-No… Tego…

-Weź, nawet piwo nie jest lepsze od dobrego ruchanka z rana! - zawył Jace, wcinając się do rozmowy, a Terri zachichotała nerwowo.

-Tak. Seth może nam trochę na ten temat powiedzieć, prawda? - rzuciła, a ja miałem ochotę ukręcić jej ten natapirowany łeb, gdy zobaczyłem, jak czerwona zrobiła się Lori. Chris i Freddie zarechotali cicho.

-Zamknij się, ladacznico - syknąłem, jednak zbyt dobrze znałem swoją siostrę, żeby nie oczekiwać rezultatu.

-Posuwasz moją przyjaciółkę - wycedziła przez zaciśnięte zęby.

-A ty mojego przyjaciela. Widzisz? Jesteśmy kwita - warknąłem i upiłem kilka łyków chmielowego napoju. Lori odchrząknęła cicho, nerwowo miętoląc w palcach brzeg strony swojej książki. Złapałem ją ukradkiem za nadgarstek. Nie wiedziałem, co myśli o tym wszystkim i choć miałem gdzieś jej religijne katusze, nie chciałem, żeby choć w najmniejszym stopniu czuła się nieswojo.

Jace właśnie zabrał się za opowiadanie “genialnego” kawału o japońskich rolnikach, gdy odezwał się mój telefon. Lori spojrzała na mnie pytająco, na co wzruszyłem tylko ramionami i przepraszając cicho, zabrałem telefon i wyszedłem na drogę. Dopiero po drugiej stronie wdusiłem zieloną słuchawkę.

-Liam? - powiedziałem, ledwo kryjąc zdziwienie, słysząc rozbawiony głos rudzielca.

-Czółko, Seth! - powiedział, a w tle usłyszałem telewizor i cichy śmiech dziewczyny. Najpewniej Arii. - Co robicie jutro przed południem z Lori, co?

-Sam nie wiem. A masz jakąś propozycję? - Usiadłem na jednym z leżaków, wbijając wzrok w zachodzące za oceanem słońce.

-Co powiecie na tego tenisa, hm?

-Zapytam jeszcze Lori i wyślę ci SMS, okej? Ale myślę, że spoko - dodałem, od razu przypominając sobie komentarz Arii na temat mojej budowy ciała. Automatycznie odłożyłem butelkę piwa na piasek. Po piwie zawsze chce się jeść, a jeśli miałem w planach klatę Jareda Leto, czy jak mu było…

-No to czekamy! Bawcie się dobrze!

-No, na razie - pożegnałem się i wsunąłem telefon do kieszeni spodni.

Wracając na patio, czułem, że będę musiał sporo się nagimnastykować, by przekonać do tego pomysłu Lori.



****



Zegar w kuchni wskazywał jedenastą wieczorem, gdy wreszcie wróciliśmy do naszego domku. Seth zdawał się już przysypiać i lekko chwiał się na nogach po piwach, które wypił. Nie mogłam zaliczyć tego wieczoru do udanych. Towarzystwo nowych kolegów nie było czymś, na czym najbardziej mi zależało podczas tych wakacji. Jace zachowywał się tak, jakby nie miał żadnych ograniczeń ani nie wyznawał żadnych wartości, a Ross wciąż siedział z boku, nie odzywał się i tylko czasami wybuchał śmiechem. Nie wiedziałam nawet, czy w ogóle potrafi mówić. Freddie natomiast całkowicie nie pasował do tego grona. Był spokojny, może trochę nieśmiały, ale po dłuższej chwili bardziej się otwierał, miał swój rozum i wyraźnie było widać, że jego również Jace denerwuje.

Seth wyciągnął z lodówki karton z sokiem, potrząsnął nim i z grymasem na twarzy rzucił na blat. Wywróciłam oczami i zabrawszy go, wrzuciłam do kosza na śmieci pod zlewem. Wyciągnął z lodówki drugi karton i wyjąwszy z szafki dwie szklanki, nalał do nich soku. Oparł się plecami o blat, przyglądając mi się uważnie.

-Miło spędziliśmy wieczór – powiedział z nieukrywaną ironią w głosie. Uśmiechnęłam się krzywo, sięgając po szklankę. - Widzę, że też tego nie komentujesz.

-Nie mam zamiaru. - Upiłam łyk soku i zerknęłam na niego. - Boję się o Terri. Nic do niej nie dociera, a Jace… Myślisz, że mógłby coś jej zrobić?

-Jeśli tak, to będzie to ostatnia rzecz, którą zrobi – warknął. Przygryzłam wargę, zmartwiona.

Terri nie odezwała się do mnie od tamtej rozmowy na plaży. Po meczu siatkówki, który niestety wygrali Jace i Ross, zaprosili nas do swojego domku na grilla. Grilla oczywiście nie było, bo żaden z naszych niezastąpionych mężczyzn nie potrafił go rozpalić, więc musieliśmy zamówić pizze, by nie umrzeć z głodu. Przez cały czas Terri robiła wszystko, by nie zostać ze mną sama. Nawet, gdy zmywałyśmy talerze, towarzyszył nam Jace i tylko z nim rozmawiała, mnie przy tym ignorując. Czułam się okropnie, ale nie wiedziałam, co zrobić. Nie mogłam jej przeprosić, bo nawet nie miałam powodu.

-Lori, co się stało? - Seth złapał mnie pod brodę, unosząc lekko moją głowę. Bez słowa odłożyłam pustą szklankę na blat i objęłam go, przytulając się do jego torsu. Poczułam jego dłonie na plecach i usta na czole. - Czym ty się znowu tak martwisz?

-Pokłóciłam się z Terri – wyjaśniłam szeptem. - Tak myślę… Nie wiem nawet, czy to była prawdziwa kłótnia. Powiedziałam jej, co sądzę o jej zachowaniu wobec Jace’a i próbie wzbudzenia w Chrisie zazdrości. Poza tym…

-A poza tymi głupotami, które wcale nie powinny cię obchodzić? Chodzi o coś jeszcze. - W jego głosie usłyszałam lekkie wahanie. Uniosłam głowę, spoglądając w jego kochane, orzechowe oczy przepełnione troską. - Chodzi o dzisiejszą noc, co? O te wszystkie debilne komentarze.

-Nie… Terri coś mi uświadomiła.

-Co takiego? - spytał nagle czymś spięty. Westchnęłam tylko i znów przytuliłam policzek do torsu chłopaka, wsłuchując się w przyspieszone bycie jego serca.

-Ty tego nie zrozumiesz.

-Lori…

Nie zdążył dokończyć, ponieważ drzwi domku otworzyły się nagle. Podskoczyłam i odwróciłam się, ze zdziwieniem stwierdzając, że owym niespodziewanym przybyszem jest Chris. Był roztrzęsiony, czerwony ze złości i oddychał szybko, jakby przebiegł milę. Podeszłam do niego powoli, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie musiałam nawet pytać – domyśliłam się od razu, co mogło się stać.

Chris spojrzał na mnie, ciężko oddychając. Położyłam dłoń na jego ramieniu w pocieszającym geście; po krótkiej chwili zaczął się uspokajać.

-Mogę tu spać? - wykrztusił, patrząc w stronę Setha. Zerknęłam na mojego chłopaka, po którym wyraźnie było widać, jak bardzo jest niezadowolony z odwiedzin przyjaciela. Po chwili westchnął zrezygnowany i skinął głową.

-Legnij się na kanapę – mruknął, po czym skierował się w stronę łazienki. Gdy drzwi zamknęły się za nim, zwróciłam się do Chrisa.

-Pokłóciliście się o Jace’a? - spytałam ostrożnie. Kiwnął głową. Opadł na kanapę i odchylił głowę do tyłu, przecierając twarz dłońmi. Stanęłam obok, nie bardzo wiedząc, jak się zachować. - Chcesz… o tym pogadać?

-Z tobą? - zdziwił się. - Bawisz się w terapeutę?

-Ja… Nie, ja tylko chciałam… Próbuję…

Pokręcił głowę, nagle się uśmiechając. Zamrugałam, zbita z tropu.

-Blake, komiczna jesteś, jak tak się jąkasz. Normalnie, poprawiłaś mi humor.

Zmrużyłam oczy, ramiona krzyżując na piersi, ale po chwili sama się roześmiałam.

-Nie przejmuj się – powiedziałam, poważniejąc. - Zostały cztery dni do wyjazdu, a potem będzie lepiej.

-Jakoś w to nie wierzę. - Wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia. - Czasami jej nie poznaję. Zachowuje się jak… jakaś smarkula. - Zamrugał, otworzył szeroko oczy i roześmiał się ponuro. - I kto to mówi! Z wami jest inaczej – powiedział, głową wskazując na drzwi łazienki. Również spojrzałam w tamtą stronę. Po chwili wahania usiadłam obok niego na kanapie.

-Nasz związek nie jest prosty – przyznałam cicho. - Czasami mam wrażenie, że to, co się dzieje, nie jest realne. Nagle coś się stanie, coś zburzy nasze szczęście. Zdaję sobie sprawę, że żaden związek nie jest prosty ani idealny. Ale żyjemy dalej, korzystamy z tego, co mamy i staramy się nie myśleć, co będzie później. - Zawahałam się. - Staram się nie myśleć, co będzie dalej, ponieważ boję się, że jeśli nagle zacznę cokolwiek planować, wszystko runie w jednej sekundzie. Nic nie jest takie, jakbyśmy chcieli, by było.

-Święta, kurwa, prawda – mruknął tylko Chris.



****



Lori weszła do pokoju zupełnie bezszelestnie i dostrzegłem jej obecność dopiero, gdy usiadła ze swoim balsamem na brzegu łóżka. Rzuciłem jej przeciągłe spojrzenie znad Pantopa i wróciłem do przeglądania poczty. Nie wiem, dlaczego wciąż czekałem na jakiekolwiek maile z uczelni. Przecież wiedziałem, że nieważne jak długo - żadna mnie nie weźmie. Klamka zapadła, a mimo to wciąż jak ostatni idiota nie umiałem odpuścić.

Zły na siebie i własną głupotę, rzuciłem urządzeniem na szafkę nocną i warknąłem głośno na siebie. Lori uniosła głowę, a jej włosy opadły na twarz, zasłaniając na moment oczy.

-Coś się stało? - spytała, odrzucając je w tył, roztargnionym ruchem ręki. Pokręciłem przecząco głową.

-Dlaczego zawsze, jak moja siostra ma problem, ja muszę przez to cierpieć? - rzuciłem, starając się nie mieszać Lori w moje niespełnienie. Choć z jednej strony, nie skłamałem. Pobyt Chrisa w naszym domku był mi wybitnie nie na rękę. Szczególnie teraz.

-Przecież Chris to twój przyjaciel. Co w tym złego, że śpi na kanapie? - zaśmiała się, nakładając na nogę warstwę kremu. Ach, ta niewinna Lori… Czy ona tylko udaje, czy naprawdę nie rozumie, o co mi chodzi?

-Wiem, że to mój przyjaciel – powiedziałem, zniżając głos i przysuwając się do niej. Położyłem dłoń na jej plecach, delikatnie łapiąc za końcówki jej długich włosów. - Ale są sytuacje, w których nawet najlepszy przyjaciel jest kulą u nogi.

-A niby jaka to sytuacja? - Spojrzała na mnie wymownie, na co momentalnie przybrałem wyraz twarzy niewiniątka.

-Wiesz, dzwonił do mnie Liam i razem z Arią zaprosili nas na jutro, na wspólną partyjkę tenisa - odparłem, wzruszając ramionami. Naprawdę, starałem się nie widzieć niepokoju malującego się na twarzy panny Blake.

-Tenis? I ja? Żartujesz? - Przełknęła głośno ślinę, na co westchnąłem cicho i podciągając się do niej jeszcze bliżej, delikatnie objąłem ją ramieniem.

-Aniele, jeśli chcesz mieć swojego prywatnego Jareda Leto, to musisz mi chyba w tym pomóc - powiedziałem i pochyliwszy się, delikatnie musnąłem wargami jej łokieć. Odchyliła głowę do tyłu i zaśmiała się, rozbawiona.

-Aleś się tego Jareda uczepił - powiedziała, po czym odłożyła krem na szafkę nocną. - Sama nie wiem, czy to dobry pomysł.

-Zobaczysz. Będzie fajnie. Poza tym, zrobimy coś innego, niż prażenie się na plaży razem z Terri i Nowojorskim Surferem - rzuciłem, na co Lori zastanowiła się przez chwilę.

-Tym ostatnim to mnie chyba przekonałeś - uśmiechnęła się delikatnie i pochyliwszy się, pocałowała mnie. Aż miałem ochotę głośno westchnąć. Zastanawiałem się wcześniej, czy kiedykolwiek znudzi mi się jej bliskość. Czy gdy już może “w końcu” będziemy się kochać… Czy po tym przestanę reagować na tak drobne szczegóły. Czy mi się znudzi, tak jak zazwyczaj.

Jednak na to się nie zanosiło, co wpędzało mnie w jeszcze większy zachwyt. Utrzymywało mnie to w przekonaniu, że z Lori jest inaczej; że ja jestem inny. Lepszy.

Przyciągnąłem ją do siebie, wplatając palce w jej wilgotne włosy i rozkoszując się dotykiem jej miękkich ust, zapachem. Znów poczułem, że jej pragnę, ale tak… Zupełnie inaczej. Wczorajszej nocy czułem głównie ciekawość. Teraz, gdy już wiedziałem jak to smakuje, doznałem wszechogarniającej tęsknoty. Chciałem sprawić, by czuła się bezpieczna. Chciałem, żeby nie potrzebowała nikogo innego tylko mnie.

Przesunęła dłońmi w górę, delikatnie unosząc mój podkoszulek. Pogłębiłem pocałunek.

Chciałem… Chciałem… Chciałem…

Przyznaję, że ciężko było mi się w tym momencie skupić na tym, czego chcę, ale z pewnością NIE CHCIAŁEM słuchać czołówki z nocnej edycji Super Lotka.

Lori odsunęła się ode mnie i zaczesawszy dłonią włosy, odwróciła się w stronę zamkniętych drzwi. Zacisnąłem ze złości zęby, a mięśnie szczęki napięły się samoistnie.

-Chyba już zrozumiałam, co miałeś na myśli z tą kulą - westchnęła cicho, ześlizgując się na materac. Spojrzałem na nią przeciągle i mrucząc wściekle pod nosem, ruszyłem w stronę drzwi.

-Tylko go nie zabij - usłyszałem jeszcze, ale już byłem w salonie.

Chris siedział rozwalony na kanapie, z puszką piwa w jednej, pilotem w drugiej dłoni i wielką miską chipsów na kolanach. W telewizorze, włączonym rzecz jasna na pełny regulator, zaczęło się nic innego, jak codziennie multilosowanie. Podszedłem do kanapy i brutalnie pozbawiłem przyjaciela Narzędzia Władcy.

-Hej! - warknął na mnie oburzony, a z jego ust posypały się okruszki. Nie zważając na jego protest, wyłączyłem telewizor i z rozmysłem odłożyłem pilot na drugi koniec pokoju. - Co ty robisz, co?!

-Masz wybór - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Jeden: śpisz na leżaku na plaży. Dwa: zabijam cię bardzo powoli, bo mam ochotę na Mord O Północy. Trzy: zamykasz ryja, bierzesz sobie książkę albo idziesz spać i zachowujesz się tak, jakby cię tu w ogóle nie było.

Chris patrzył na mnie przez chwilę z rozdziawionymi ustami, dając mi tę wątpliwą radość zobaczenia zmielonych kawałków chipsów. Zdecydowanie źle znosił kłótnie z moją siostrą. W końcu przełknął i odchrząknął cicho.

-Chyba bramka numer trzy - wydukał cicho.

-Męska decyzja - warknąłem i tupiąc głośno, wróciłem do pokoju.

Zamknąłem drzwi i odetchnąwszy cicho, odwróciłem się do łóżka, jednak zdałem sobie sprawę, że Lori zdążyła już zasnąć. Uśmiechnąłem się na ten widok i podkradłszy się na palach, położyłem się obok. Chwyciłem za telefon i wystukawszy krótką wiadomość do Liama, umówiłem się z nim na jutro. Odłożyłem telefon, otuliłem pościelą śpiącą dziewczynę i wtulając twarz w jej włosy, również zamknąłem oczy.

***

Ojejku .. To już 50-tka.. *-*.
Nie wiem jak Wy, ale ja się jaram . *.*
Następny pojawi się.. Właściwie to nie wiem .. :c. Jak wiecie.. *jebany brak czasu -,-.*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Gdy przyszliśmy z Lori na śniadanie, Chris i Terri już tam byli. Siedzieli sobie przy stoliku i oboje wyglądali tak, jakby ich związek właśnie zaczynał rozkwitać. Lub, co dla mnie bardziej prawdopodobne, mieli w nocy tak dobry seks, że całe Santa Barbara ich słyszało. Nie można było tego powiedzieć o mnie i o Lori. Oczywiście. Wlokłem się za nią, patrząc spod byka na każdego mijającego mnie przechodnia. Byłem psychicznie zmęczony wiecznym rozszyfrowywaniem, co ona ma na myśl, żeby tylko nic nie palnąć; żeby tylko dotrzymać obietnicy, że nie zrobię nic, czego nie będzie chciała. Problem jednak polegał na tym, że ja kompletnie nie wiedziałem, czego ode mnie oczekuje. Raz jęczy, raz się wycofuje… Zupełnie nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, więc gdy tylko rano się obudziłem, choć nie spałem prawie całą noc, wyszedłem szybko do kuchni, nie chcąc znowu narażać nas oboje na toksyczną sytuację zamkniętego koła. Teraz Lori również była jakaś zamyślona, jednak starałem się o tym nie myśleć w obawie, że to znowu wszystko moja wina. Jak zwykle.

-Dzień dobry, ptaszyny - zaćwierkała do nas Terri, co skwitowałem cichym burknięciem, a Lori skinęła tylko głową, siadając przy stoliku. Odruchowo przysunąłem jej krzesło i usiadłem obok, od razu zaczynając bawić się solniczką. Terri przyglądała nam się uważnie.

-Wyglądacie, jakbyście całą noc nie spali – powiedziała, marszcząc brwi.

-I wzajemnie - odparła Lori, patrząc wymownie na przyjaciółkę, która od razu rozjaśniła pomieszczenie swoim MiałamZajebistyOrgazm uśmiechem.

-Co ci zamówić? - rzuciłem do Lori, powoli podnosząc się z miejsca.

-Jakbyś mógł, to tosty.

Skinąłem głową i bez słowa odszedłem w stronę baru, czując na plecach spojrzenie dziewczyn. Chris był zbyt zajęty swoją jajecznicą, żeby zauważyć kogokolwiek oprócz Terri. Uśmiechnąłem się sztucznie do barmanki i zamówiłem porcję tostów. Ja jakoś nie byłem głodny.

-Proszę - uśmiechnęła się, podając mi zmówienie. - Ciężka noc?

-Można tak powiedzieć - pokiwałem głową i westchnąłem cicho, przecierając oczy.

-Dziewczyna? - spytała, rzucając ukradkowe spojrzenie w stronę naszego stolika. - Ta z długimi włosami?

-Tak – mruknąłem, również spoglądając w tamtą stronę. Lori siedziała nisko, z rękami opartymi na blacie stolika, kreśląc coś palcem wskazującym. Ponownie westchnąłem, odwracając się.

-Problemy w niebie?

-Raczej sprzeczne intencje - odparłem, ale widząc pytające spojrzenie barmanki, pokręciłem tylko głową. - Dzięki.

Postawiłem przed Lori talerz i pochyliłem się, całując ją w czubek głowy.

-Smacznego - powiedziałem, siadając obok, na co spojrzała na mnie zdziwiona.

-Ty nie jesz?

-Nie jestem głodny. Nim wstałaś, wyszczupliłem nasze zapasy lodów pistacjowych. - Wysiliłem się na uśmiech, co najwyraźniej kupiła, bo zaczęła jeść. Miała specyficzny sposób jedzenia tostów. Najpierw odrywała kawałek w palcach, a później dopiero jadła. Nie miałem pojęcia, czemu zwracam uwagę na tak błahe szczegóły, ale tęsknota i to dziwne napięcie między nami, jeszcze bardziej potęgowało we mnie chęć poznania każdego szczegółu w Loraine Blake.

-To co? - odezwała się Terri. - Jemy i lecimy na plażę, nie? - rzuciła, no co momentalnie się skrzywiłem.

-Właśnie nie wiem - powiedziała Lori, obracając w palcach tosta. - Chciałabym pojechać coś pozwiedzać. Plaża nie ucieknie.

-Muzeum też nie, Lori! - jęknęła błagalnie. - Co może być fajniejsze od wylegiwania się na plaży?

-Telewizja – mruknąłem.

-I mecz - dorzucił Chris, ale gdy Terri spojrzała na niego, od razu dodał: - Oczywiście, że ty, kotku.

Prychnąłem.

-Wolałabym pojechać dzisiaj do zoo. - Lori wzruszyła ramionami, kończąc jeść tosty. Terri wytrzeszczyła na nią oczy, a Chris parsknął śmiechem.

-Blake, ale z ciebie jajcara – zarechotał.

-Co w tym takiego zabawnego, Lucas? - Zmrużyła oczy i spojrzała na niego wyzywająco. Lori broniąca swoich pomysłów. Oho, ktoś ma kiepski humor.

-Do zoo chodzą małe dzieci.

-Nieprawda - zaprzeczyła. - Czy wiedziałeś, że w Zoo Santa Barbara, wśród pięciuset gatunków zwierząt, są słonie, żyrafy, lwy, gibony, foki i jedne z najbardziej egzotycznych ptaków świata?

-Nie, ale…

-A wiedziałeś, że znajduje się zaraz nad oceanem i same widoki są zniewalające?

-No nie, ale…

-Czy uważasz, że pięcioletnie dziecko będzie w stanie docenić ten warty kilkanaście milionów dolarów obiekt w pełni tak, jak człowiek dorosły? Nie? To przestań opowiadać głupoty, Lucas.

Razem z Terri przysłuchiwaliśmy się tej wymianie zdań w głębokim oszołomieniu. Lori bankowo coś gryzło, bo jeszcze nigdy nie widziałem, żeby na kogoś tak wyjechała. Nigdy. A Chrisowi po prostu zamknęła usta.

-Pojedziesz ze mną? - spytała ciszej, pochylając się w moją stronę. W odpowiedzi pokiwałem głową i podniosłem się z miejsca.

-Bierzemy twój samochód - powiedziałem, na co Lucas, wciąż zszokowany, po prostu rzucił mi klucze. Złapałem je jedną ręką i ruszyłem za Lori w stronę wyjścia. Nim wyszedłem, usłyszałem jeszcze cichy głos Chrisa.

-Ale mnie zjebała… Normalnie Lori mnie zjebała - mamrotał, na co Terri zaśmiała się nerwowo.

-Masz czegoś chciał.

Wyszliśmy na zewnątrz i od razu uderzyła w nas słodka bryza znad oceanu. Lori wbiegła jeszcze do domku po coś do picia, a ja oparłem się plecami o drzwi samochodu, czekając na zewnątrz. Niebieska blacha już zdążyła nagrzać się od słońca i przyjemnie grzała moje plecy przez materiał ciemnozielonej koszulki z krótkim rękawem. Splotłem ręce na piersi i wbiłem wyczekujące spojrzenie w drzwi. Po chwili otworzyły się i wyszła z nich Lori. Przebrała się w zwiewną sukienkę na ramiączkach, niebieską w kwiatki, a włosy zaczesała w wysoki kucyk. Na nosie miała swoje okulary. Zamknęła drzwi i podbiegła do mnie, podrzucając w jednej ręce butelkę wody niegazowanej. Spojrzałem na jej zdobycz sceptycznie.

-Nie mieliśmy żadnej pepsi ani nic? - mruknąłem, otwierając przed nią drzwi. Minęła mnie i pochyliwszy się, upchnęła butelkę do schowka. Złapałem się na tym, że wlepiam wzrok w jej tyłek, więc szybko odwróciłem głowę, opierając się ramieniem o drzwi. Dziewczyna wyprostowała się i odwróciła.

-Woda lepiej gasi pragnienie, Seth - powiedziała swoim naukowym głosem, na co wywróciłem tylko oczami, kierując się do swoich drzwi.

-Seth? - rzuciła, na co zatrzymałem się gwałtownie.

-Hm? - Zdziwiłem się, gdy podeszła do mnie i oplotła mnie rękoma w pasie, przytulając się do mnie mocno. Uśmiechnąłem się, kładąc dłonie na jej plecach i całując jej czoło. Lori uniosła głowę i czule musnęła moje usta. Westchnąłem.

-Teraz możemy jechać - powiedziała, na co pokiwałem głową i wsiedliśmy do samochodu.

Do Zoo Santa Barbara nie jechało się długo. Już po niecałych trzydziestu minutach zaparkowałem samochód przed wielką bramą z wyrytą nazwą instytucji. Lori wysiadła z samochodu i klasnęła uradowana w dłonie.

-Ale ja lubię takie rzeczy - pisnęła, co skwitowałem niekontrolowanym śmiechem, wyciągając ze schowka butelkę z wodą.

-Uważaj, bo powiem Chrisowi, że zachowywałaś się jak dziecko - zastrzegłem, na co momentalnie spoważniała. Złapałem ją za rękę i ruszyliśmy do kasy biletowej. Gdy kupiłem już wejściówki i weszliśmy do ogrodu, Lori ścisnęła mocniej moją dłoń.

-Myślisz, że Chris będzie na mnie zły? - spytała, gdy podeszliśmy do ogrodzenia z żyrafami. Ich wysokie głowy kołysały się w zabawny sposób na boki, gdy spacerowały po wybiegu. Uśmiechnąłem się.

-Nie żartuj, Lori - uspokoiłem ją. - Lucas nie pamięta o takich rzeczach. Był pewnie w większym szoku ze względu na to, że to ty po nim pojechałaś, a nie, że w ogóle to zrobiłaś.

-Tak myślisz? - dopytywała się, patrząc na mnie niepewnie. Zaśmiałem się.

-Ja to wiem, Aniele.

Słysząc to, dziewczyna rozpromieniła się i pociągnęła mnie w stronę kolejnej zagrody. Chodzenia było dużo, ale Lori tak bardzo ekscytowała się każdym detalem ogrodu, że jakoś nie czułem upływającego czasu. Cały czas śmialiśmy się i wygłupialiśmy, zupełnie jakbyśmy byli dziećmi. Jakby to napięcie, które kumulowało się między nami przez ostatnie dni, wyparowało. Niestety, gdy tylko o tym pomyślałem, od razu wszystko wróciło i znów zacząłem się dręczyć własnymi myślami. Mimo to Lori wciąż trzymała mnie za rękę. Wciąż była przy mnie. A ja wciąż czułem, że kocham ją bardziej niż wszystko inne na tym świecie.

Właśnie oglądaliśmy basen z hasającymi pingwinami, gdy obok nas przystanęła para. Mieli nie więcej jak po dwadzieścia pięć lat. Dziewczyna była wysoką blondynką o krótko ściętych, postrzępionych włosach, a chłopakiem był szczupły i wysportowany rudzielec.

Nagle chłopak powiedział coś, co wzbudziło taką wesołość w blondynce, że przestraszone pingwiny uciekły pod wodę. Lori odwróciła się w ich stronę, również wystraszona nagłym wzrostem decybeli. Blondynka uśmiechnęła się do niej przepraszająco.

-Bardzo przepraszamy. - Zaśmiała się już ciszej. Rudzielec obejmował ją w pasie, również uśmiechając się szeroko.

-Nic się nie stało. - Lori uśmiechnęła się do niej. Zrobiłem to samo, rozbawiony tą dziwaczną sytuacją.
-To wszystko jego wina! - powiedziała blondynka, klepiąc chłopaka w ramię. - Zawsze rozśmiesza mnie w najmniej odpowiednim momencie.

-Oj tam, oj tam - zacmokał rudzielec. - Uwielbiam jej śmiech. To wszystko.

-Przestań być uroczy, bo wezmą nas na parę oszołomów - syknęła blondynka głośnym szeptem, cały czas się jednak uśmiechając. - Jeszcze raz przepraszam. Jestem Aria.

-Liam - wyszczerzył się rudzielec, podając po kolei dłoń Lori i mnie.

-Seth - przywitałem się, gdy Lori również przedstawiła się wesołej dwójce. - Co robicie w takim miejscu, co?

Blondynka uśmiechnęła się, przysuwając się bliżej swojego faceta. Liam spojrzał na nią z czułością.

-Tak się złożyło, że Liam ma w sobie duszę wiecznego chłopca. A wy?

-Chyba podobnie - powiedziałem, rzucając Lori znaczące spojrzenie.

-Przyjechaliście na wakacje, czy jesteście stąd? - zagadnął Liam, na co Lori pokiwała głową.

-Pierwszy raz jestem w takim miejscu.

-I jak? Plaża jest super, co nie? - Aria pokiwała głową, na co Liam zaśmiał się.

-O tak. Z trudem mogę ją stamtąd wyciągnąć. Ale muszę próbować. Za dużo opalonych, muskularnych facetów się tam kręci i boję się, że stracę narzeczoną.

-Jesteście zaręczeni? - Lori nie mogła ukryć zdziwienia. Spojrzałem na nią, ale nie udało mi się nic wyczytać z jej twarzy.

-Tak, od dwóch miesięcy.

-Trzech dni.

-I dwunastu godzin. - Aria spojrzała na Liama, Liam na Arię, a w ich oczach rozbłysło coś, co chyba nazywa się Tą Prawdziwą Miłością. Ścisnąłem mocniej dłoń Lori, ale ta wpatrywała się w nich intensywnie.

-Gratulacje - powiedziała grzecznie.

-Nie dziękujemy. - Aria ponownie się zaśmiała. - A wy? Słodko razem wyglądacie.

Uśmiechnąłem się nerwowo, gdy Lori milczała chwilę.

-Nie ten poziom, ale jesteśmy razem - odpowiedziałem, starając się nie patrzeć na Lori. Nigdy nie zastanawiałem się, jakby to było, gdybyśmy byli ze sobą wystarczająco długo. Czy potrafiłbym się jej oświadczyć? Założyć z nią rodzinę? Pokręciłem głową, odrzucając od siebie te myśli. Nie umiałem o tym myśleć. Za każdym razem, gdy patrzyłem w przyszłość, widziałem tylko białą plamę i nie chciałem niczego planować. Nie mogłem.

Aria, cały czas się uśmiechając, podeszła do Lori i odciągnęła ją na bok, ale nie na tyle, żebym nie mógł usłyszeć, o czym rozmawiają.

-Całkiem niezły ten twój Seth - powiedziała do niej blondynka. - Pewnie musiałaś nieźle się napracować, żeby go sobie wywalczyć.

-W zasadzie, to on znalazł mnie. Czego wciąż nie mogę zrozumieć.

Miałem ochotę uderzyć się dłonią w czoło.

-Liam też mnie znalazł, ale ja tam lubię lepiej zbudowanych. Ten twój zaczyna mieć brzuszek.

Zamarłem, a Lori wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.

-Trudno się dziwić. Nie jesteśmy specjalnie aktywni, a uwielbia lody pistacjowe i masło orzechowe.

-Ach, te dziewczyny i ich dyskretne rozmowy - prychnął Liam, podchodząc do mnie. Zmusiłem się do uśmiechu, choć wciąż byłem wstrząśnięty. Całym sobą powstrzymywałem się, żeby nie spojrzeć na swój brzuch.

-Cóż, taki świat - wzruszyłem ramionami.

-Gdzie się zatrzymaliście? - spytał.

-W domkach, niedaleko Cabrillo Park - odpowiedziałem, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów.

-To całkiem niedaleko do naszego hotelu! - powiedziała Aria, gdy “wróciły” już do nas. - Może powymieniamy się numerami i umówimy kiedyś na tenisa albo coś? - zaproponowała tak entuzjastycznie, że Lori automatycznie pokiwała głową.

Pożegnaliśmy się i gdy odeszliśmy kilka kroków, nie wytrzymałem.

-Lori, czy ja jestem gruby? - wypaliłem, wbijając w nią intensywne spojrzenie. Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu i wybuchnęła śmiechem.

-Seth, ja naprawdę nie patrzę na ciebie pod…

-Ale widziałaś mnie przecież! - mruknąłem zdesperowany. - Jestem?

Lori westchnęła głośno i ściągnęła okulary.

-Jesteś chłopakiem, którego nie umiałam wyrzucić z głowy przez ostatnie trzy lata, Seth - powiedziała, kładąc mi dłoń na policzku. - Kocham cię i nie obchodzi mnie to, jak wyglądasz – skłamała.

-Kłamiesz - zmrużyłem oczy. Jęknęła zrezygnowana.

-No dobrze! Może nie masz rzeźby ciała jak Jared Leto, ale ja nie chcę być przytulana przez kawałek skały, dotarło?

-Czyli jednak siłka - zamyśliłem się, na co Lori uderzyła mnie w ramię. - No co?

-Nic. Chodź do słoni - zaśmiała się, wtulając się w moje ramię. Przytuliłem ją do siebie. - Słoniu.

-Teraz to przegięłaś! - Złapałem ją w pasie i zacząłem łaskotać. Lori zgięła się w pół, śmiejąc się głośno.

-Zostaw mnie, pajacu. Tu trzeba być cicho!

-Ale ja uwielbiam twój śmiech. To wszystko - przedrzeźniałem głos Liama, na co Lori ponownie wybuchnęła śmiechem.

-Są całkiem mili, prawda? - rzuciła, gdy wreszcie dałem jej spokój i oparłem brodę na jej ramieniu. Przytaknąłem, ale od razu wróciły do mnie obrazy pierścionków zaręczynowych i zamilkłem. - Chodźmy do tych słoni. Chcę je zobaczyć.

Posłusznie dałem się wprowadzić ponownie na ścieżkę. Zamyśliłem się na chwilę.

-Lori?

-No?

-Kim jest ten cały Leto?

Po całym ogrodzie znowu poniósł się głośny śmiech Lori. I nie kłamałem. Naprawdę uwielbiałem jej śmiech, choć faktycznie brzmi to kiczowato.



****



Powoli przekroczyłam próg domku Terri i Chrisa i rozejrzałam się uważnie w poszukiwaniu mojej przyjaciółki. Chris przysłał mnie tutaj, ponieważ Terri koniecznie chciała, byśmy razem przygotowywały się do imprezy, o której wspomniał Jace. Nadal nie miałam ochoty, by tam iść, jednak panna Knight jak zwykle nie przyjmowała do siebie żadnych protestów. Twierdziła, że przyjechaliśmy tutaj bawić się i imprezować na całego, nie martwiąc się, że rodzice mogliby wlepić nam za to szlaban.

Ich domek nie różnił się zbytnio od naszego. Położenie pomieszczeń było takie same; różniły się tylko obiciami mebli i kolorami ścian. Ten urządzony był w znacznie żywszych kolorach i panował tutaj o wiele większy bałagan, za który pewnie odpowiedzialny był Chris. Nie wnikałam, czemu kołdra leżała na dywanie w salonie; nawet nie chciałam myśleć, do czego była im tutaj potrzebna.

Terri znalazłam w łazience. Stała przed lustrem i prostowała włosy, nucąc pod nosem jedną ze swoich ulubionych piosenek. Nie usłyszała mnie, więc stałam przez chwilę na progu, czekając aż zwróci na mnie uwagę. Zaczęła śpiewać głośniej i ruszać się w rytm muzyki, przykładając do ust szczotkę, jakby był mikrofonem. Zrobiła piruet, zaplątując się w kabel od prostownicy i wtedy mnie dostrzegła. Momentalnie spoważniała.

-Miło cię widzieć – rzuciła z uśmiechem, gdy przyłożyłam dłoń do ust, by zdusić śmiech.

-Widzę, że imprezowy nastrój już zaczął ci się udzielać. - Weszłam do łazienki i przysiadłam na małym stołeczku, wcześniej zdejmując z niego jej kosmetyczkę. - Naprawdę musimy iść wszyscy? Moglibyśmy o wiele ciekawiej spędzić wieczór.

-Niby jak? Znów do góry brzuchem przed telewizorem? - Wywróciła oczami. - Wybacz, Lori, ale ja mam zamiar jak najlepiej wykorzystać te wakacje. I tobie radzę to samo. Masz okazję spojrzeć na wszystko z innej strony. Już nie żyjesz na uboczu, nie kryjesz się pod własną skorupą, nie uciekasz przed ludźmi. Teraz należysz do tego samego grona, co inni.

-Niby co to jest za grono? - spytałam z konsternacją.

-A takie… - Urwała i zmarszczyła czoło. - Nieważne. I tak zaczniesz protestować. Lepiej mi powiedz, jak ci się mieszka z Sethem. Wielki z niego wrzód na tyłku, prawda?

-Nie. Jest naprawdę… miło. - Odchrząknęłam. Terri popatrzyła na mnie uważnie, najwyraźniej domyślając się, że coś jest nie w porządku. Nawet nie miałam zamiaru udawać. Musiałam w końcu z nią o tym porozmawiać, ponieważ cały mętlik, który miałam w głowie nie pozwalał mi odpowiednio cieszyć się z naszych wakacji. - Potrzebuję twojej rady, ale… Trochę mi niezręcznie rozmawiać z tobą o…

-O seksie z moim bratem? - wtrąciła. Wzruszyła ramionami. - Postaram się zapomnieć, że jest moim bratem i będę na niego patrzeć tylko pod kontem niewyżytego seksualnie samca, jakim jest, od kiedy dowiedział się, że ta część ciała służy nie tylko do pozbywania się z organizmu płynów. Więc, o co chodzi? Nie chcesz tego robić, on cię namawia, ty się wściekasz, on się napala?

-To nie tak… - Zaczęła wykręcać swoje knykcie, wzrok wbijając w jasnozielone kafelki. - My… Ja chcę tego, tak mi się wydaje, ale nie wiem, czy jestem na to gotowa. Seth wciąż powtarza, że nie jestem, że nie chce mnie do niczego zmuszać…

Terri parsknęła śmiechem. Spojrzałam na nią zdezorientowana.

-Seth tak mówi? Niemożliwe! W życiu nie przepuściłby okazji. To nie w jego stylu. - Na krótką chwilę zamilkła, patrząc w swoje odbicie w lustrze. - Choć muszę przyznać, że ostatnio bardzo się zmienił i to, co kiedyś nie było w jego stylu, teraz jest na porządku dziennym. A związek z tobą traktuje bardzo poważnie…

-Terri, nie potrzebuję twoich mądrości, tylko rad, jak mam postąpić – powiedziałam lekko poirytowana. - Cała ta sytuacja coraz bardziej mnie przerasta. Nie jestem… Nie jestem doświadczona w tego typu sprawach. Nawet nie potrafię o tym rozmawiać!

-A rozmawiałaś z Sethem o swoich obawach? - spytała z powagą. - Jakie ty tak właściwie masz obawy? Że zajdziesz w ciążę? O to nie musisz się martwić, bo jestem pewna, że Seth zdążył przetestować już wszystkie typy prezerwatyw i nigdy nie miał żadnej wpadki. Na pewno nie takiej, o której bym wiedziała. A ja wiem wszystko – dodała z uśmiechem. Jednak zaraz spoważniała, widząc, że jej słowa w żaden sposób nie podnoszą mnie na duchu. Wręcz przeciwnie. Gdy myślałam o tych wszystkich dziewczynach, z którymi wcześniej był, czułam się jeszcze gorzej. Terri musiała odpowiednio odczytać grymas na mojej twarzy. Odłożyła prostownicę, odłączając ją od prądu i ukucnęła, opierając się plecami o ścianę. - Czego się boisz?

-Chyba głównie tego, że w pewnym momencie spanikuję – wydusiłam. - Nie mam pojęcia, jak zachowywać się w takiej sytuacji. Boję się, że mój brak doświadczenia wszystko zepsuje. Sama widziałaś, jak się zachowywałam podczas śniadania. Nie mam nawet pojęcia, co we mnie wstąpiło. Ale to przez to, że przez cały czas panuje między nami ta nieprzyjemna, napięta atmosfera, której zaczynam mieć dość, ale nie mam odwagi, by z nim o tym rozmawiać. Nie wiem nawet jak. A nie chcę, żeby Seth…

-Żeby co? - przerwała mi. - Nie jesteś na tyle zdesperowana, żeby oddać się facetowi tylko po to, by go przy sobie zatrzymać. Takie rzeczy robią tylko głupiutkie, naiwne dziewuszki, które mają pstro w głowach. Oboje się kochacie i gdy przyjdzie odpowiedni moment, wszystko samo się potoczy, a ty nawet nie będziesz miała czasu na żadne ataki paniki.

-Nie mam ataków paniki – oburzyłam się, ale wymowne spojrzenie Terri zamknęło mi usta. - Wiem, czasami jestem zbyt rozhisteryzowana i za dużo myślę. Może powinnam przestać… myśleć.

-A bo ja wiem. - Wzruszyła ramionami. - W takich chwilach się nie myśli. Po prostu dajesz się ponieść.

Spojrzała przed siebie rozmarzona. Dałam jej chwilę na powrót do rzeczywistości, a potem wstałam i przyjrzałam się mojemu odbiciu. Nie spałam dobrze tej nocy, byłam zmęczona po długim spacerze po zoo, więc nie wyglądałam zbyt korzystnie. Terri również podniosła się na nogi i stanęła obok, kładąc dłoń na moim ramieniu.

-Zaraz doprowadzę cię do porządku – powiedziała z uśmiechem, grzebiąc coś przy moich włosach. - Poczujesz się lepiej, odprężysz i zobaczysz, że od razu spojrzysz na wszystko z innego punktu widzenia.

Skinęłam głową. Myślałam o tym praktycznie przez całą noc od wczorajszego zajścia wieczorem i doszłam do wniosku, że chciałabym, by to stało się dzisiaj. Czy byłam na to gotowa? Nadal nie miałam pojęcia, ale stwierdziłam, że muszę przestać wszystko analizować. Czas dać ponieść się chwili.



****



Usiadłem na leżaku, wbijając wzrok w ocean. Lori poszła do Terri się szykować z miną cierpiętnicy, a ja zostałem sam w domku, zupełnie nie umiejąc znaleźć sobie miejsca. Zawsze tak miałem, gdy nie było jej obok mnie, ale odkąd opuściliśmy Casa Grande te śmieszne symptomy zakochanego kundla jeszcze bardziej się pogłębiły. Po jakiejś godzinie nie umiałem już wysiedzieć, więc przebrałem się w czarną koszulkę i swoje ulubione dżinsy, po czym wyszedłem na plażę. Chris wybiegł do mnie i teraz siedzieliśmy w milczeniu. W milczeniu, które z Chrisem nigdy nie trwało długo.

-A dziś się pykaliście? - rzucił w końcu, a ja miałem ochotę zgnieść mu na czole tę puszkę pepsi.

-Nie.

-Jak to NIE?! ZNOWU NIE?!

-Kurwa, powiedziałem nie, więc po chuj drążysz temat?! - warknąłem na niego i zacząłem nerwowo podrzucać kamienie w dłoni. Chris gapił się na mnie przez dłuższą chwilę.

-Nie rozumiem, stary. Widać, że chcesz jej bardzo, więc czemu nie wykorzystasz swojego wrodzonego Setha Knighta i po prostu jej nie uwiedziesz?

-Bo nie chcę jej stracić, Lucas - westchnąłem, rzucając przed siebie kamień. Zatoczył głęboki łuk w powietrzu i z pluskiem wylądował w wodzie. - Ona nie jest taka jak Terri. Boję się, że zrobię coś nie tak…

-Pierdolisz jak prawiczek - mruknął, co skwitowałem głośnym westchnieniem.

-Wiem – przyznałem. - To jest najgorsze.

-Co jest najgorsze?

Wstałem i podszedłem do brzegu. Słona woda podmywała piasek pod moimi butami. Fale były spokojne, delikatne. Wsunąłem dłoń we włosy i zacisnąłem ją w pięść.

-Ten cholerny strach. To, że się boję. Że ją skrzywdzę, że ją zrażę do siebie i…

-Boisz się, że zrazisz Blake do seksu? - powtórzył, po czym prychnął głośno. - Chyba faktycznie dawno nic nie pieprzyłeś, bo się zapominasz. - Wstał i podszedł do mnie, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Jesteś Seth Knight, stary. Najlepszy w te klocki. Nawet Blake będzie cię błagać o więcej!

-Pierdolisz debilstwa - warknąłem, strącając jego dłoń. Chris westchnął głośno, zirytowany.

-Ja pierdole, Knight. Weź się ogarnij, co? Ty po prostu zapomniałeś, o co chodzi w te klocki. Pewnie Lori już dawno rozłożyłaby przed tobą nogi, gdybyś nie zrobił się takim pierdolonym myślicielem! Sam sobie wmawiasz, że nie jest gotowa!

-Ty, kurwa, nic nie rozumiesz!

-Nie! To ty nic nie rozumiesz! - warknął, patrząc na mnie zupełnie poważnie. Zacisnąłem wargi w wąską linię. - Kocham twoją siostrę i właśnie między innymi dlatego z nią sypiam. Nie dlatego, że jest w tym dobra. Nie dlatego, że mam chcice. Bo ją kocham. A ty przestań udawać pierdolonego Romea, który ma jedną niepowtarzalną, najważniejszą na świecie Julię. Bo jest takich jak wy na pęczki. Ale wy, oboje jesteście po prostu wyjątkowo tępi. Bardziej ode mnie.

Patrzyłem na niego zdezorientowany, zupełnie nie wiedząc, skąd w moim przyjacielu wzięły się tak pokręcone mądrości życiowe.

-Dzięki, stary - mruknąłem szczerze, czując, że chyba właśnie Chris Lucas poukładał mi w głowie.



****



Jak dla mnie, klub w Santa Barbara nie różnił się niczym od tego w Casa Grande. Ta sama duchota, odór alkoholu i papierosów, ogromny tłok i ogłuszająca muzyka. Znaleźliśmy wolny stolik, a Terri wciąż rozglądała się wokoło, zapewne w poszukiwaniu nowo poznanego blondyna. Wydawał mi się w porządku, choć Seth miał rację – sposób w jaki patrzył na Terri był dość nie na miejscu.

Seth obejmował mnie ramieniem, w drugiej dłoni ściskając szklankę z nieznanym mi drinkiem. Prosiłam tylko o pepsi, nie chcąc dziś nic pić. Po ostatniej imprezie i tych kilku drinkach czułam się dość dobrze, nie nękały mnie żadne bóle głowy czy mdłości, ale tego wieczora chciałam mieć trzeźwy umysł. Panować nad tym, co robię. Nie było znaczenia, czy do czegoś między nami dojdzie, czy nie. Ten wieczór miał być równie przyjemny, jak wszystkie inne, spędzone w jego towarzystwie.

Minęło może dwadzieścia minut, może więcej, a może tylko minuta, ale ja powoli miałam dość. Terri kończyła już drugiego drinka i zaczynała zachowywać się jak ktoś, dla kogo nie jest ważna grawitacja. Podskakiwała na swoim miejscu, śpiewając na cały głos, wymachując włosami na wszystkie strony, a Chris wciąż wpatrywał się w nią jak w obrazek. Kiedy wskoczyła na siedzenie i zaczęła tańczyć, wyciągnął ją na parkiet. Oparłam głowę na ramieniu Setha, próbując zapomnieć o tym, gdzie jestem. Byłoby to łatwiejsze, gdybym nie czuła dudnienia w uszach, które pewnie będzie prześladować mnie do samego rana.

-Ej, to wy!

Podniosłam głowę i rozejrzałam się. Przy stoliku zatrzymał się wysoki blondyn, w którym rozpoznałam Jace’a. Za nim stało trzech chłopaków; najniższy z nich ledwo trzymał się na nogach, więc posadzili go przy sąsiednim stoliku i pozostawili samego sobie. Jace wsunął się na miejsce Terri, ściskając w dłoni w połowie pusty kufel piwa, a drugą ręką ścisnął dłoń Setha. Mój chłopak miał na ustach sztuczny uśmieszek, który zwykle nie wróżył nic miłego.

Jace machnął ręką, wskazując na swoich towarzyszy.

-To Ross i… - Drugiego imienia nie dosłyszałam, ponieważ odwrócił głowę. - A ten nawalony to Carlos.

Dostrzegłam niepewny uśmiech tego, którego imienia nie poznałam i odwzajemniłam gest, zaraz po tym odwracając głowę. Wciąż stał przy stoliku, dłonie trzymając głęboko w kieszeniach spodni. Cały czas obrzucał salę nieprzychylnymi spojrzeniami, jakby również nie chciał tu być. Seth zaczął rozmawiać z Jace’m i jego kolegą, ale nie wsłuchiwałam się dokładnie, czego dotyczyła. Sięgnęłam do torebki po telefon. Umówiłam się z mamą, że codziennie będę dzwonić do niej właśnie o tej godzinie. Dzisiaj to nie wchodziło w grę, więc zatelefonowałam do niej przed samym wyjściem. Linia była jednak zajęta, więc oczekiwałam tylko na połączenie od niej.

Podniosłam głowę, akurat w momencie, gdy Terri zjawiła się przy stoliku. Na widok chłopaków wrzasnęła, ramiona wyrzucając w górę i ze śmiechem straciła równowagę, lądując prosto na kolanach Jace’a. Oboje wybuchnęli śmiechem, a on pomógł jej zsunąć się na miejsce obok. Patrzyłam niepewnie, jak jego dłonie przesuwają się po jej tali znacznie wolniej niżby wypadało. Ona jednak nie zwróciła na to uwagi i zaczęła mówić mu coś do ucha, próbując przekrzyczeć muzykę.

-Idziemy tańczyć?! – usłyszałam nad uchem głos Setha. Popatrzyłam na niego z lekkim grymasem. Nie chciałam zostawiać przyjaciółki samej w ich towarzystwie. W takim stanie była zbyt podatna na czarujących i pociągających facetów, których dopiero co poznała.

Mimo to Seth pociągnął mnie za rękę, wyciągając na parkiet. Nie sprzeciwiałam się i zarzuciłam ręce na jego szyję, cały czas patrząc w stronę naszego stolika. Seth wziął mnie pod brodę, obracając moją głowę w swoją stronę i pocałował mnie krótko w usta. Moje usta momentalnie rozciągnęły się w uśmiechu, który odwzajemnił.

-Co ona wyrabia?! - spytałam, stając na palcach, by mnie usłyszał. Wzruszył tylko ramionami, dając mi do zrozumienia, że nic go to nie obchodzi. Pokręciłam głową, próbując dostrzec wśród tłumu Chrisa. Poczułam jak dłonie chłopaka zsuwają się na moje biodra i kiedy przeniosłam na niego wzrok, zobaczyłam tylko jego cwaniacki uśmieszek. Przygryzłam wargę, posyłając mu wymowne spojrzenie. Nic sobie z tego nie robiąc, przyciągnął mnie bliżej do siebie, ruszając się w rytm muzyki. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że znam tę melodię.

-Pamiętasz?! - Uniósł brew. Uśmiechnęłam się i stanąwszy na palcach, zanuciłam do jego ucha: - My first kiss went a little like this… - I cmoknęłam go w usta. Roześmiał się, dodatkowo potrząsając głową.

-Jasne, że pamiętam! Jeszcze wtedy upierałaś się, że nie umiesz tańczyć.

-Bo nie umiem!

Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. Wyswobodziłam się z jego objęć i okręciłam w miejscu, starając się kręcić biodrami. Gdybym tylko potrafiła ruszać się, jak te wszystkie dziewczyny wokół mnie i gdybym była pewna, że nie wyglądam w tym momencie jak kupka nieszczęść, czułabym się znacznie pewniej.

Piosenka zmieniła się. Seth podszedł bliżej, obejmując mnie od tyłu w pasie. Przeczesał dłonią moje włosy, a jego usta spoczęły na mojej szyi, gdy razem ze mną zaczął poruszać biodrami. Docisnęłam plecy do jego klatki, gdy przesunął dłonie na moje biodra, nie pozwalając, by dystans między nami zwiększył się. Moje ciało zadrżało, gdy poczułam znacznie więcej, niżbym chciała. Nie, pragnęłam poczuć więcej. Chciałam stąd natychmiast wyjść. Chciałam robić z nim wszystko to, do czego prawdopodobnie nigdy nie będę odpowiednio przygotowana.

Odgłosy wokół zaczęły zanikać, gdy całkiem poddałam się tej chwili. Serce tłukło się w mojej piersi. Odwróciłam się do niego, opierając dłonie na jego piersi. Pod materiałem wyczułam jego mocno bijące serce, w rytmie podobnym do mojego. Przesunęłam dłoń na jego kark, chcąc, by pochylił głowę, a gdy to zrobił, złożyłam na jego ustach pocałunek, który mówił to, czego nie miałam odwagi z siebie wyrzucić.

-Chodźmy stąd – usłyszałam jego zachrypnięty głos, który sprawił tylko, że wszystkie moje nerwy napięły się. Kiwnęłam głową i złapawszy go za rękę, zaczęłam pierwsza kierować się do wyjścia.



****



Trzymałem Lori za rękę, gdy spacerowaliśmy wzdłuż brzegu. Fale delikatnie obmywały piasek, a ich delikatny szum był kojącą odmianą po głośnym dudnieniu w klubie. Księżyc wisiał wysoko na granatowym niebie, a gwiazdy zdawały się migotać bardziej. Zatrzymałem się, siadając na pisaku, wciąż trzymając Lori za rękę. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie i z wdziękiem usiadła przede mną. Wtuliła się plecami w moją klatkę, a ja oparłem brodę na jej ramieniu, obejmując ją w pasie. Westchnęła cicho, mocniej wtulając się we mnie. Dłonie wczepiła w oplatające ją moje ramiona.

-Jest cudownie – wyszeptała, a ja pocałowałem delikatnie jej szyję.

-To ty jesteś cudowna - mruknąłem, muskając ustami jej ucho.

Tam w klubie, gdy mnie pocałowała… Było w tym coś więcej niż zwykle. Zupełnie tak, jakby dawała mi coś do zrozumienia. Coś bardzo ważnego. Przygryzłem płatek jej ucha. Lori odwróciła się lekko, by mogła widzieć moją twarz. Miała przymrużone powieki, a jej słodki oddech muskał moją twarz, mieszając się z chłodną bryzą znad oceanu. Uśmiechnąłem się, gdy trąciła mnie nosem. Po chwili musnęła moje usta, nieśmiało łapiąc za dolną wargę.

-Wiesz, co ci powiem? - spytała, cały czas szepcząc. W odpowiedzi pokręciłem głową. Nie otwierałem oczu, łaknąc jej wszystkimi innymi zmysłami. Słuchem, węchem, smakiem i dotykiem.

-Coraz bardziej podobają mi się te wakacje. - W odpowiedzi pocałowałem nieudolnie jej policzek.

-Jest już dość późno - mruknąłem, gładząc delikatnie jej plecy. - Chcesz już wracać?

Lori przyglądała mi się chwilę w milczeniu, a jedyną rzeczą, jaką słyszałem, był jej cichy oddech, mieszający się z szumem fal.

-Możemy wracać - wyszeptała cicho.

Powoli podniosłem się i podając jej dłoń, pomogłem jej się wyprostować. Gdy stanęła przede mną, wiatr rozwiewał jej włosy, a mgliste światło księżyca rozświetlało jej bladą skórę, mogłem myśleć tylko o tym, jaka jest piękna i jak bardzo ją kocham.

Splotła nasze palce razem i powoli ruszyliśmy do domku w akompaniamencie głośnego bicia naszych serc.



****



Moja dłoń drżała, gdy wyciągałam z torebki klucz do naszego domku. Ściskałam go mocno, nie chcąc wypuścić z dłoni i przez krótką chwilę mocowałam się z zamkiem. Było zbyt ciemno, bym mogła trafić kluczem w odpowiednie miejsce. Seth stał obok mnie, barkiem opierając się o ścianę i wbijał we mnie to swoje intensywne spojrzenie, od którego miękły mi nogi. Starałam się na niego nie patrzeć. Wydawał się zbyt opanowany, kiedy ja cała wręcz dygotałam. Nie z zimna, ale na myśl o tym, co może się stać, gdy znajdziemy się w środku. Jednocześnie ze strachu i podniecenia, nad czym nie mogłam zapanować.

-Daj mi to – westchnął i wysunął klucz z mojej dłoni. Przeszedł po niej prąd, który czułam zawsze, gdy mnie dotykał. Zerknął na mnie i uśmiechnął się, otwierając drzwi. Weszłam do środka i zapaliwszy światło, skierowałam się w stronę lodówki. Usłyszałam tylko zgrzyt zamykanego zamka w drzwiach, a potem jego kroki. Pociągnęłam za drzwiczki lodówki. Przez krótką chwilę stałam w bezruchu, całkiem zapominając, co chciałam z niej wyjąć. Co się ze mną działo?

-Jest tam coś ciekawego?

Odwróciłam się powoli. Stał jakiś metr ode mnie, opierając się plecami o wysoki blat. W dłoni podrzucał pomarańcz i cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku. Kącik jego ust uniósł się w krzywym uśmiechu, lekko aroganckim, ale i seksownym, który tylko sprawił, że moje serce przyspieszyło bieg. Przygryzłam wargę i odwróciłam się do niego plecami, wyjmując z lodówki butelkę wody mineralnej. Z szafki wyciągnęłam szklankę i skrzywiłam się z niezadowoleniem, gdy część wody znalazła się poza naczyniem.

-No co jest?! - zirytowałam się, zbyt energicznie odstawiając butelkę na bok. Na dłoń chlusnęła mi kolejna porcja wody, a za sobą usłyszałam cichy śmiech. Seth podszedł do mnie i stanąwszy za moimi plecami, chwycił moją dłoń i przetarł ją ręcznikiem.

-Poważnie, czasami jesteś strasznie dziecinna – parsknął. Odwróciłam się. Spojrzałam głęboko w jego orzechowe tęczówki, które spoglądały na mnie z czułością. Wspięłam się na palce, po czym delikatnie musnęłam jego usta. Jeszcze przez moment miał zamknięte oczy, gdy dłoń trzymałam na jego policzku, wpatrując się w niego z miłością. To miała być ta chwila. Musiałam podjąć decyzję.

-Kocham cię, Seth – wyszeptałam. Otworzył oczy, a na jego usta wstąpił uśmiech, który znaczył dla mnie więcej, niż te dwa słowa. Sposób w jaki na mnie patrzył. W jaki mnie całował, dotykał, trzymał za rękę, gładził po policzku. Sposób w jaki trzymał mnie w swoich ramionach. Każdy jego gest dawał mi do zrozumienia, że jego uczucie jest silne, nie do pokonania.

Przesunęłam dłoń po jego włosach i uniosłam się na palcach, przybliżając do jego twarzy. Przymknął powieki, wychodząc mi naprzeciw, a gdy nasze usta spotkały się, świat wokół nas zawirował. Tak, jak wtedy, gdy całowaliśmy się po raz pierwszy. Wszystko, każdy dotyk, zdawał się być tym pierwszym.

Ujął moją twarz w swoje dłonie. Pocałunki stały się głębsze, gwałtowniejsze. Oddech przyspieszał, nasze serca nieustannie dawały nam znak, jak ważna jest ta chwila. Fale gorąca rozlewały się po moim ciele, gdy jego dłonie przesuwały się po mojej tali w górę i w dół, gdy jego usta pieściły moje wargi prawie brutalnie, z niepohamowaną namiętnością. Nie mogłam złapać tchu. Nie mogłam go puścić. Jęknęłam w jego usta, a on wtedy przerwał pocałunek. Nie teraz…

-Nie mogę… Nie każ mi przestawać – wydusił przy moich ustach, wręcz z błaganiem w głosie. Czułam jego słodki oddech na mojej twarzy. Jego oczy były zamknięte, wargi zaciśnięte. Jego ciało powoli uspokoiło się i byłam pewna, że zaraz się odsunie. Co powinnam zrobić? Co powiedzieć? Czy na pewno właśnie tego pragnęłam? Tak, kochałam go. To liczyło się najbardziej. Nadszedł czas na kolejny krok. Teraz wszystko zależało ode mnie.

-Nie chcę przestawać – wyszeptałam z trudem. Chciałam, by mój głos brzmiał pewnie, ale męczyło mnie zbyt wiele uczuć. Seth uniósł powieki, a w jego oczach dostrzegłam wahanie i jakby strach. Niemożliwe. Czego on mógł się bać?

-Jesteś pewna?

Przygryzłam wargę, odwracając wzrok na moment. Słyszałam, jak wypuścił ze świstem powietrze i odsunął się o krok. Wszystko było nie tak. Dlaczego znów się wahałam? Podjęłam decyzję. Chciałam tego. Dlaczego nie mogłam mu tego powiedzieć?

-Seth, ja… - zaczęłam cicho. Powoli podniosłam wzrok. Stał do mnie tyłem, dłonie opierając na blacie. Zeskoczyłam na podłogę i podeszłam do niego powoli, przesuwając dłonią po jego plecach, a drugą złapałam go za rękę. Od razu splótł razem nasze palce, ale nadal na mnie nie patrzył. Musnęłam ustami jego rozpalony policzek. - Seth, daj mi chwilę…

-Na co? - syknął. Przełknęłam ślinę, widząc, że jest na mnie zły. Znów byłam na tyle głupia, by zepsuć wszystko, co jest między nami.

-Pójdę do łazienki i… - Zamknęłam oczy, próbując uspokoić nerwy. - Spróbujemy jeszcze raz.

Zerknął na mnie niepewnie. Uśmiechnęłam się lekko i przyłożywszy dłoń do jego policzka, pocałowałam krótko jego usta.

-Poczekasz na mnie?

Bez słowa skinął głową. Powoli zaczęłam kierować się w stronę łazienki, nie odwracając się i cały czas patrzyłam na niego, czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Po chwili jego usta rozciągnęły się w niewielkim uśmiechu. Odwzajemniłam go, po czym zniknęłam w środku.

Mogłam odetchnąć. Oparłam się plecami o drzwi i odchyliłam głowę do tyłu. Drżałam na samą myśl o dzisiejszej nocy. To miało się dziś stać. Musiałam odłożyć na bok cały rozsądek i strach przed tym, czy sprostam jego oczekiwaniom, czy nie zniechęci go mój brak doświadczenia, czy będę czuła ból. Nie powinnam myśleć o samych negatywnych rzeczach. Powinnam pamiętać ile przyjemności czerpię z bycia blisko niego, z tego, jak mnie dotyka i całuje. Był idealny dla mnie. Wyśniony, prawie nierealny. Gdy był przy mnie, wszystko inne traciło sens. W jego ramionach stawałam się zupełnie inną osobą.

Wzięłam długi prysznic, odrzucając od siebie wszystkie myśli. Nie wiem jak długo tam stałam, ale letnia woda odpędziła ode mnie wszystkie negatywne emocje. Stanąwszy boso na podłodze, podeszłam powoli do lustra i przyjrzałam się swojemu odbiciu. Nienawidziłam mojego ciała, a sama myśl, że miałabym mu się w taki sposób pokazać, przerażała mnie jeszcze bardziej. Z drugiej strony, widział mnie już nie raz w samym bikini. Nie powinnam więc zachowywać się jak tchórzliwa gąska.

Rozpuściłam włosy i przeczesałam je szczotką. Drgnęłam, gdy nagle dotarła do moich uszu cicha muzyka. Czyżby Seth ją włączył? Wypuściłam ze świstem powietrze i owinęłam się ręcznikiem, co uznałam za dość odważny krok z mojej strony. Nastrojowe dźwięki piosenki Trading Yesterday ukoiły moje zmysły, sprawiły, że już teraz chciałam znaleźć się w jego ramionach.

Nadszedł czas. Nie było już odwrotu.

Podeszłam powoli do drzwi i pociągnęłam za klamkę. Skrzywiłam się, gdy te cicho zaskrzypiały i na moment zamarłam. W korytarzu panował półmrok, a jedyne światło biło od niewielkiej świeczki, leżącej na podłodze. Uśmiechnęłam się do siebie, widząc, że zadbał o odpowiedni nastrój.

Objęłam się ramionami, uważając, by ręcznik nie zsunął się niżej i powoli skierowałam się do sypialni. Drzwi były uchylone, a migoczące światło podpowiadało mi, że tam również palą się świece. Wstrzymałam oddech i przyłożywszy dłoń do drewna, delikatnie pchnęłam je, zaglądając do środka. Po dwie świece znajdowały na stolikach nocnych, na komodzie, a kilka wokół łóżka. Okna zostały zasunięte, choć żaluzje lekko powiewały, popychane wiatrem wpadającym przez uchylone okno. Cicha muzyka sprawiała, że sypialnia zdawała się należeć do zupełnie innej rzeczywistości. A całość uświetniał widok mojego ukochanego.

Siedział lekko pochylony na łóżku, łokcie opierając na kolanach. Zapewne mnie nie usłyszał, zbyt zamyślony. Wiedziałam, że jeśli przekroczę próg, wszystko się zmieni. Zdecydowanie na lepsze.

Powoli podniósł głowę i otworzył usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zrobiłam dwa kroki do przodu, wciąż lekko rozdygotana. Myślę, że tym razem powód był inny, nie mający już nic wspólnego ze strachem. Byliśmy tutaj oboje - pragnący i czujący to samo.

Jego usta rozciągnęły się w czułym uśmiechu i podniósł dłoń, wyciągając ją w moją stronę.

-Chodź do mnie, Aniele.

Odwzajemniłam uśmiech i powoli stawiając kroki na kremowej wykładzinie, podeszłam do niego, chwytając jego dłoń. Splótł razem nasze palce i uniósł je do swoich ust, czule całując wierzch mojej dłoni. Patrzyłam w jego lśniące w świetle świec, orzechowe oczy i myślałam tylko o tym, jak bardzo go kocham. Cały czas. Z każdym uśmiechem, z każdą chwilą coraz mocniej. Przebiegłam dłonią po jego włosach, po policzku i powoli na kark, zatrzymując się dopiero w miejscu, gdzie biło jego serce. Szybko i mocno.

-Jesteś pewna, że…? - Przyłożyłam palec do jego warg, by go uciszyć. Znów przesunęłam dłonie na jego tors i po krótkiej chwili wahania, zaczęłam rozpinać guziki jego czarnej koszuli. Dłonie mi drżały, nie potrafiłam sobie z nimi poradzić. Seth złapał mnie za dłoń, zamykając ją w swojej i spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem.

-Bez pośpiechu – wyszeptał. - Mamy przed sobą całą noc.

Zadrżałam na samą myśl o tym. Obserwowałam, jak jego palce powoli rozpinają resztę guzików, a gdy zsunął ją z ramion, poczułam, że moje policzki oblewa fala gorąca. Rumieniłam się. Znowu! Wystarczyło, że ujrzałam przed sobą jego nagi tors, a co będzie później?

Powoli wstał, cały czas spoglądając głęboko w moje oczy. Przesunęłam dłonią po jego torsie i poczułam, jak zadrżał lekko pod moim dotykiem. Niby niewiele, a sprawiło, że poczułam się pewniej na samą myśl o tym, że również lubi, gdy go dotykam. Nasze ruchy stawały się coraz gwałtowniejsze. Całowałam jego usta, dłońmi poznając fakturę jego ciała. Seth przyciągnął mnie mocniej do siebie, wargami przesuwając po moim karku, lekko pieszcząc językiem rozgrzaną skórę, dłońmi błądząc po plecach i ściskając moje biodra. Coraz bardziej pragnęłam pozbyć się zbędnego materiału, który nas rozdzielał, by poczuć całą sobą ciepło jego ciała.

Musiał wiedzieć, o czym myślę. Nie protestowałam, gdy rozsunął poły ręcznika, powoli, jakby jeszcze dawał mi chwilę na wycofanie się. Nie zrobiłam tego, choć cała drżałam ze strachu i wstydu. Nawet, gdybym mogła się ruszyć, nie uciekłabym, ponieważ to, co zobaczyłam w jego oczach było tego warte.

-Jesteś piękna. - Prawie nie poznałam jego głosu. Przysiadł na brzegu łóżka, ciągnąc mnie za sobą tak, że usiadłam okrakiem na jego kolanach. Całował obojczyk, powoli przesuwał się niżej, a dłoń gładziła skórę tuż pod moimi piersiami. Jęknęłam cicho, gdy chwycił jedną w swoją dłoń i zaczął pieścić. Poczułam rosnące w brzuchu podniecenie, gdy widziałam, jak patrzy na mnie z zafascynowaniem w zamglonych pożądaniem oczach. Wypuścił ze świstem powietrze i umieścił dłoń między moimi piersiami, powoli przesuwając się w dół. W pogoni za nią ruszyły jego usta, a każdy pocałunek, jaki składał, jeszcze bardziej rozpalał moje zmysły. Chciałam, by pieścił ustami moje piersi, ale on wciąż zdawał się specjalnie je omijać, jakby drażniąc się ze mną.

-Seth…

Przywarłam do niego mocniej, ocierając piersiami o jego klatkę, a on tylko jęknął, dłoń zaciskając na moim udzie. Przymknął oczy, a gdy odchylił głowę do tyłu, zatopiłam wargi w jego ustach, przebiegłam dłońmi po jego plecach, lekko drapiąc skórę paznokciami. Wszystko stawało się ostrzejsze, bardziej namiętne, zbyt trudne do opanowania. Obezwładniał moje zmysły, sprawiał, że pragnęłam go coraz mocniej; każda komórka mojego ciała prosiła o niego. Nie liczyło się nic więcej. Czułam tylko powietrze owiewające moją skórę, jego pieszczoty, dźwięki naszych przyspieszonych, nierównych oddechów. Moje imię szeptane przez niego.

Odwrócił się, kładąc mnie na pościeli. Wsparł się na rękach, a spojrzawszy mi w oczy, zaczął kierować się w dół mojego ciała; jego ciepły oddech na brzuchu, czułe muśnięcia warg. A wtedy jego usta dotarły do mojej piersi, a z moich ust wyrwał się cichy jęk rozkoszy. Pieścił sutek językiem, ssał i lizał, doprowadzając mnie do granic wytrzymałości. To uczucie było niesamowite, nieporównywalne do niczego innego. Pragnęłam więcej. Chciałam go dotykać, całować, mieć go nagiego nad sobą. A byłam w stanie tylko szeptać niewyraźnie jego imię.

Znów uniósł się na rękach, wracając do moich ust, a ja przesunęłam dłonie w dół, natrafiając na brzeg jego spodni. Chciałam, by je zdjął, ale czy byłabym w stanie wypowiedzieć na głos to, o czym myślę?

-Seth, mógłbyś… - Głos uwiązł mi w gardle, gdy podniósł głowę, patrząc mi w oczy. Jego spojrzenie było niezwykle hipnotyzujące. Ułożył się na boku obok mnie, choć wciąż blisko trzymał mnie przy sobie.

-Jeszcze nie – szepnął i lekko musnął językiem płatek ucha. Zadrżałam. - Najpierw poczujesz coś innego.

Nie wiedziałam, co miał na myśli. Znów zadrżałam, gdy wierzchem dłoni przesunął po rowku między moimi piersiami, zataczając koło wokół naprężonych sutków, a gdy skierował się przez brzuch jeszcze niżej, z moich ust wyrwał się kolejny jęk.

Na początku były to tylko delikatne muśnięcia opuszkiem palca, jednak samo to wzbudzało we mnie takie dreszcze, że wręcz nie mogłam nad sobą zapanować. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w oświetloną blaskiem świecy twarz Setha, który z niezmiennym zachwytem przyglądał się mojemu ciału i temu, jak reaguję na jego choćby najdelikatniejszy dotyk. Nagle chłopak wsunął we mnie cały palec, tym samym przysuwając mnie mocniej do siebie. Zachłysnęłam się powietrzem i zamrugałam, jednocześnie zaskoczona i zachwycona tym doznaniem.

-Spokojnie - wyszeptał z uśmiechem, muskając swoim oddechem moją twarz, po czym pocałował delikatnie moje rozchylone wargi i przeniósł się ustami na szyję, nieprzerwanie czarując mnie swoimi palcami tam na dole.

Nie wiedziałam, co mam zrobić. Coś zupełnie niematerialnego utkwiło mi w gardle, sprawiając, że nie mogłam wydusić z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Seth ponownie się wyprostował, wbijając we mnie przenikliwe spojrzenie, które normalnie krępowałoby mnie, ale teraz tylko potęgowało moje podniecenie. Chciałam, żeby na mnie patrzył. Chciałam, żeby widział jak na mnie działa i jak bardzo go pragnę.

Gdy niespodziewanie wsunął we mnie również drugi palec, z moich ust wyrwał się urwany, głośny jęk, który Seth zdążył stłumić własnymi ustami. Poczułam, że muszę to przerwać, bo zaczynałam odchodzić o zmysłów.

-Seth, nie… Nie… - wydukałam z wysiłkiem, łapiąc za nadgarstek jego prawej ręki. W jego oczach pojawił się zawód, gdy pokręciłam przecząco głową, chcąc dodać wiarygodności swoim niespójnym słowom. Przysunęłam się jednak, obejmując go mocno za szyję. - Chcę… ciebie - wydusiłam z siebie wraz z płytkim, urwanym oddechem. Seth patrzył na mnie przez moment z niedowierzaniem. Moje dłonie samoistnie zsunęły się po jego nagim torsie, w stronę brzegu spodni. Teraz to ja wpiłam się w jego usta. Przejęłam inicjatywę, pewniejsza siebie i swojego ciała. Z jakiś przyczyn go zachwycałam, więc chciałam pokazać mu, jak bardzo on zachwycał mnie. Przez cały ten czas.

Usiadłam na nim okrakiem, powoli schodząc pocałunkami niżej, a paznokciami drażniąc jego rozgrzaną skórę. Kątem oka dostrzegłam, jak odchyla głowę do tyłu i poczułam przyjemny uścisk w brzuchu. Nie wiedząc dokładnie, co mam robić, zdałam się na swoje własne pragnienia. Dość niezdarnie, ale z dobrym skutkiem, rozpięłam jego dżinsy, wsuwając pod nie dłoń. Patrzyłam na jego pełne niedowierzania i pragnienia oczy, delikatnie masując jego męskość. Nigdy w życiu nie czułam się tak ważna, jak w momencie, w którym leżał pode mną z zamkniętymi oczami, szepcząc coś niezrozumiale. Gdy wybrzuszenie pod moją dłonią zdawało się już sprawiać mu lekki ból, napierając na materiał spodni, ostrożnie zsunęłam je trochę niżej. Czując to, Seth otworzył oczy i łapiąc mnie mocno w pasie, przewrócił na łóżko, pozbawiając przez chwilę oddechu. Wpił się w moje wargi z niespotykaną zachłannością i żarliwością.

-Poczekaj. Poczekaj - wychrypiał cicho, po czym poczułam, że zupełnie się ode mnie odsunął. Ze wciąż zamkniętymi oczami leżałam w bezruchu, nie umiejąc się ruszyć. Każda komórka mojego ciała płonęła, a on kazał mi czekać. Dlaczego kazał mi czekać?

Nagle poczułam dotyk jego dłoni, przesuwający się w górę moich ud. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego. Podciągnął się na rękach, wplątując palce w moje włosy i całując mnie ponownie. Nie miał już na sobie spodni, a ja nie miałam najmniejszej ochoty się wycofywać. Rozchyliłam nogi, pozwalając mu zbliżyć się do mnie jeszcze bardziej. Położył się na mnie, opierając jedną dłoń na moim brzuchu. Było mi tak niewyobrażalnie gorąco, że po skroniach zaczęły spływać mi kropelki potu. Seth całował na zmianę moje usta, szyję i piersi, bez ustanku masując wewnętrzną część mojego uda. Nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam, ale wiedziałam, że nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze.

-Jesteś taka cudowna… - wychrypiał między pocałunkami. - Taka piękna… Taka seksowa… Boże… Kocham cię.

Nie byłam pewna, czy usłyszałam dokładnie to, co powiedział czy tylko to, co chciałam usłyszeć, ale jednoznacznie sprawił, że dosięgnęłam granicy wytrzymałości. Teraz już musiałam go mieć i czułam, że jeśli jeszcze coś wymyśli, najzwyczajniej w świecie eksploduję.

Gdy zaczął wchodzić we mnie powoli, ponownie zachłysnęłam się powietrzem. Seth patrzył mi w oczy i przybliżał się do mnie z każdą chwilą coraz bardziej, dokładnie obserwując moje reakcje. Gdy poczułam opór, zawahał się, a przez jego twarz przemknął cień strachu. Przez chwilę wyglądał jak przestraszony chłopiec. Ale ja nie byłam już małą dziewczynką. Nie chcąc czekać ani chwili dłużej, złapałam go za ramiona, przysuwając go do siebie jeszcze mocniej. Poczułam, że coś we mnie się rozrywa, a z ust wyrwał mi się głośny, bolesny krzyk.

-Cicho, Lori. Cicho - szeptał, tuląc mnie do siebie. Ból był okropny. Zacisnęłam powieki, próbując się uspokoić, ale jedynie łzy ściekły mi po policzkach. Seth nie przestawał jednak szeptać i całować delikatnie moich policzków. Wbiłam palce mocniej w jego ramiona i choć wciąż czułam go w sobie, ból powoli mijał, zostając jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem. Wzięłam głęboki oddech, a Seth podniósł się na ręce, wpatrzony w moją twarz. Uśmiechnęłam się do niego, chcąc jakoś zmazać to malujące się w jego oczach poczucie winy, jednak na niewiele się to zdało. Złapałam go za kark i złączyłam nasze usta. Wciąż go pragnęłam. Nawet bardziej.

-Nie przestawaj… - wydusiłam w jego wargi. - Seth, ja… pragnę cię…

Z jego gardła wyrwał się stłumiony jęk. Patrząc mi w oczy, zaczął powoli poruszać biodrami. Coraz szybciej, znajdując ze mną ten sam rytm. Nasze oddechy złączyły się w jeden, nasze ciała błyszczały od potu, jęki wypełniały ciszę. Każdy nerw błagał o spełnienie. Spełnienie, które miało nadejść nie jeden raz tej nocy.

***

Więc rozdział dłuższy niż zwykle... Stało się.. ;D.
Widzę, że 8/10 z was nie czyta już mojego opowiadania... A szkoda .. :c.
Ale dodaje to dla resztki Was, która ze mną wytrwała . ♥ .
Dziękuje...
  • awatar Gość: Kocham Twoje opowiadanie, jest cudowne! .;]
  • awatar Loraine .: Kiedy następny ? ;D. Hm.. Nie wiem kiedy napiszę .. :C. Ale postraam się najszybciej jak mogę. x3
  • awatar Gość: ZAJEBISTE :) Masz ogromny talent dziewczyno :) Opis seksu cudowny :D Te uczucia i emocje wyrażone idealnie:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Największa plaża w Santa Barbara zdawała się nie mieć końca, a ludzi wciąż przybywało. Tylko Terri tryskała energią za całą naszą czwórkę. Wyciągała Biednego Chrisa do wody, biegała po piasku, ciesząc się jak mała dziewczynka pierwszy raz widząca morze i najwyraźniej nie czuła zmęczenia. My byliśmy zbyt wykończeni długą podróżą w dusznym samochodzie, by jeszcze dziś odpowiednio rozpocząć nasz pobyt w Santa Barbara. Marzyłam tylko o tym, by jak najszybciej położyć się do łóżka i odespać te kilka godzin. Jednak, gdy tylko o tym pomyślałam, od razu przypominałam sobie, że to łóżko będę dzielić z Sethem… W tym wypadku na plaży moglibyśmy siedzieć do rana.

Uniosłam się na łokciach i przeniosłam wzrok na Setha, który leżał na brzuchu, z głową schowaną w ramionach i najzwyczajniej w świecie spał. Ramiona unosiły się równomiernie i przez krótką chwilę nie mogłam oderwać wzroku od jego nagich pleców, od sposobu w jaki jego mięśnie ruszały się pod skórą, która lśniła w promieniach słońca. Wszystko w nim zdawało się być idealne, wszystko to było piękne. A mimo to obawiałam się bliskości jego ciała. Byłam rozhisteryzowaną, tchórzliwą cierpiętnicą, która sama odbiera sobie szansę na szczęście. Prawdopodobnie zaliczałam się do najbardziej niedojrzałych seksualnie istot na całej kuli ziemskiej.

Drgnęłam, gdy Terri opadła na koc obok mnie i położyła się na plecach, szybko oddychając. Chris wlekł się za nią, wyglądając jednocześnie na wkurzonego i zmęczonego. Zastanawiałam się, czemu po prostu nie sprzeciwi się szesnastoletniej dziewczynie. Najwyraźniej zbyt mocno ją kochał i chciał zrobić dla niej wszystko.

-Lori, dlaczego tak siedzisz? - spytała mnie, również unosząc się na łokciach. - Rozejrzyj się, zobacz jak tutaj wspaniale. Chodź ze mną do wody. Jeszcze będziemy mieć czas na odpoczynek.

-Chyba jednak zostanę tutaj – odparłam. Wykrzywiła usta w grymasie i pochyliła się lekko w moją stronę.

-O co chodzi? Co cię znowu gnębi?

-Nic mnie nie gnębi. - Zapewne zaprzeczyłam zbyt szybko, by mi uwierzyła. Zmrużyła tylko podejrzliwie oczy. - To nie jest rozmowa na teraz. I raczej nie z tobą…

-Dlaczego nie ze mną? - zdziwiła się. Nie odpowiedziałam, tylko skinęłam głową w stronę śpiącego Setha. Popatrzyła na niego, a potem na mnie i zamrugała. Po krótkiej chwili zaczęła się śmiać. - Wstydzisz się Setha? Wiedziałam, że tak będzie!

-Co będzie? - zainteresował się Chris. Położył się na kocu obok swojej dziewczyny, z błogim uśmiechem na twarzy.

-Nie twoja sprawa, Lucas.

Chris uniósł głowę, oburzony.

-No jasne, znowu nie moja sprawa – burknął. - Nikt mi o niczym nie mówi. Potem kończy się na tym, że to do mnie macie wielkie pretensje, bo mylę kemping z domkami letniskowymi! Nigdy o niczym, kurwa, nie wiem.

-Ponoć doskonale wiedziałeś, gdzie jedziesz – wtrąciłam. Zamknął usta i wzruszywszy ramionami, położył się na wznak i założył na oczy okulary przeciwsłoneczne.

-Wrócimy do tego później – szepnęła Terri, co tylko potwierdziłam skinieniem głowy. - Musimy nacieszyć się tym wyjazdem. Dlatego cię ze sobą zabrałam, Lori. Musisz wreszcie nauczyć się odpowiednio bawić. Od prawie roku staram się trochę cię rozerwać i gdy myślę, że już mi się udało, to ty znowu stajesz się…

-Nudną, cnotliwą Loraine – odezwał się Chris. Spojrzałyśmy na niego. Uniósł brew. - Nie to chciałaś powiedzieć?

-Idź się utop – rzuciła i odwróciła się do mnie. - Lori, rozejrzyj się. Zobacz ilu tu fajnych… O, patrz na tamtych! Takich facetów nie ma w Casa Grande.

-Co ty odpierdalasz, Terri?! - Chris podniósł się do pozycji siedzącej, wbijając w nią ostre spojrzenie. - A ja i Seth to niby co? Ufoludki?

-Wyjątki potwierdzające regułę.

-To ci przypomnę, że te wyjątki są waszymi stałymi facetami. Seth by mnie poparł i nieźle cię zjechał za te słowa, gdyby… - Wychylił się, patrząc na przyjaciela. - Gdyby nie śnił teraz o gołych dupach, których nie ma w Casa Grande.

Terri wywróciła oczami, ale mimo to na jej ustach błąkał się lekki uśmieszek. Oczywiste jest, że robiła to specjalnie, by tylko go zdenerwować.

-Skończmy ten temat – wtrąciłam. Terri właśnie uśmiechała się do dwóch chłopaków, którzy obok przechodzili. Oboje odwzajemnili gest, a wyższy z nich zwolnił kroku i prawdopodobnie chciał podejść bliżej, ale Chris poderwał się i wręcz rzucił się na nią, powalając na plecy i gwałtownie pocałował. Patrzyłam z lekkim uśmiechem, jak dwójka chłopaków odchodzi, rozmawiając między sobą.

-Co to było? - zdziwiła się Terri.

-Odświeżam ci pamięć – syknął, unosząc się na ręce. - A teraz wracamy do domku. Już ja ci pokażę, jak świetni są faceci z Casa Grande. Idziemy!

Chris dźwignął się na nogi, szybkich krokiem kierując się do domu. Terri tylko posłała mi wymowny uśmiech, rzuciła krótko, że zobaczymy się na kolacji i pobiegła za nim, wskakując mu na plecy. Jeszcze przez moment słyszałam ich radosny śmiech. Westchnęłam, kładąc się na kocu i zerknęłam jeszcze na zegarek na nadgarstku Setha. Dochodziła szósta. Nie chciałam go budzić, więc wzięłam do ręki książkę, którą zaczęłam podczas podróży. Nie zwracałam uwagi na otaczający mnie świat. Dopiero, gdy poczułam czyjąś dłoń na moim brzuchu, zorientowałam się, że Seth już nie śpi. Odwróciłam głowę i ujrzałam jego twarz bardzo blisko mojej. Głowę opierał na ręce, uśmiechając się czarująco. Na krótką chwilę straciłam oddech, czekając tylko na pocałunek, jednak szybko otrzeźwiałam, gdy poczułam jak jego dłoń przesuwa się wyżej.

-Długo spałem? - spytał lekko zachrypniętym głosem.

-Niecałą godzinę. - Złapałam jego dłoń i posłałam mu wymowne spojrzenie. Wywrócił oczami i przewrócił się na plecy, dłonie przykładając do twarzy. Kciukiem przetarł zaspane oczy, a po krótkiej chwili podniósł głowę, by rozejrzeć się po plaży.

-Gdzie Terri i Chris?

-Wrócili do domku – odparłam, znów skupiając wzrok na książce. Zmarszczył czoło.

-To Terri tak wyciąga nas na plażę, a teraz… - Urwał gwałtownie, a jego usta zacisnęły się w wąską linię. - Jasna cholera - warknął po chwili. Patrzyłam przez chwilę na jego zacięty wyraz twarzy, zastanawiając się, jak mogłabym jakoś to wszystko załagodzić.

-Seth, przecież to nic takiego - powiedziałam w końcu, kładąc dłoń na jego przedramieniu. - Skoro tego chcą i się kochają…

-Lori, mi naprawdę nie chodzi o to, że moja siostra właśnie pieprzy się z moim najlepszym kumplem. Serio - odparł zirytowany. - Z ręką na sercu.

-No to o co chodzi? - zdziwiłam się.

-Martwi mnie trochę fakt, że jeśli będę za dużo przebywał w ich towarzystwie, mogę nie wytrzymać.

-Chyba nie zamierzasz pobić Chrisa?!

-To nie to. Obiecałem sobie kiedyś pewną rzecz i muszę wyznać, że im dłużej patrzę na ciebie, a już szczególnie w tym bikini – przebiegł wzrokiem po mojej sylwetce - ciężko mi będzie dotrzymać tej obietnicy. To prawdziwa próba sił, moja droga.

-Co takiego?

Popatrzył na mnie uważnie.

-Nieważne – westchnął. Na krótką chwilę zaległa cisza, a ja zastanawiałam się w jaki sposób odebrać jego słowa. Czyżby miał na myśli to, co wydawało mi się, że miał? Potrząsnęłam głową i otworzyłam książkę na stronie, na której przerwałam czytanie.

-Głodny jestem.

Pokręciłam głową z uśmiechem.

-Co cię tak bawi, Aniele? - Znów odwrócił się w moją stronę, głowę opierając na ręce.

-Nic. Widzę, że tobie wiele do szczęścia nie potrzeba. - Zerknęłam na niego. - Trochę snu, żarcie, telewizja i masz wakacje idealne.

-Zapomniałaś o bardzo ważnej rzeczy. - Uśmiechnął się. - O tobie.

Roześmiałam się, choć zrobiło mi się ciepło w środku, gdy usłyszałam te słowa. Jednak szybko mina mi zrzedła, gdy Seth jednym zwinnym ruchem wyciągnął książkę z mojej dłoni i rzucił na piasek. Nie zdążyłam nawet zaprotestować, bo zamknął moje usta pocałunkiem. Słodkim i czułym, rozgrzewającym moje serce jak wakacyjne słońce. Przesunęłam dłoń na jego kark, pogłębiając pocałunek i rozchyliłam usta, pozwalając na odważniejsze pieszczoty. Seth odwrócił się tak, że klęczał nade mną, a jego dłoń błądziła po mojej tali i przesuwała się na biodro.

-Ktoś się chyba zapomniał.

-Jasna cholera. - Seth westchnął, chowając głowę w moim ramieniu i uniósł się na rękach, patrząc na kogoś z nienawiścią. Dopiero po chwili zorientowałam się, że owy głos należy do Chrisa. - Co tak szybko?

-Bo tak, kmiocie – prychnęła Terri i pochyliła się, podnosząc z piasku swój koc. - Zbierajcie się. Idziemy coś zjeść.

Szturchnęła Chrisa, by pomógł jej wytrzepać koc, ale on nie ruszył się. Patrzył na mnie z wymownym uśmieszkiem.

-Blake, nie wiedziałem, że lubisz ostre zabawy na plaży – powiedział. Podniosłam się do pozycji siedzącej, nie wiedząc zbytnio jak zareagować. Policzki paliły mnie ze wstydu. - I to tak przy ludziach. Nawet Terri…

-Lucas, zamknij się. - Terri uderzyła go otwartą dłonią w tył głowy. Chris, wzruszywszy ramionami, zaczął pomagać Sethowi w zbieraniu naszych rzeczy. Terri podeszła do mnie.

-Wiesz, Lori – zaczęła szeptem – jeszcze ci nie podziękowałam za pomoc.

-W czym? - zdziwiłam się.

-W spakowaniu Chrisa. – Parsknęła śmiechem, widząc moją zdziwioną minę. - Naprawdę myśleliście, że się nie zorientuję? On sam nigdy nie poskładałby rzeczy tak starannie. Ale cieszę się, że zaczynacie się dogadywać jak prawdziwi przyjaciele. Na początku obawiałam się, że nie znajdziesz z nim wspólnego języka albo się nie polubicie.

-Chrisa nie da się nie lubić – powiedziałam. Obie patrzyłyśmy, jak chłopcy próbują wytrzepać koc. Na ustach Setha pojawił się złośliwy uśmieszek i pociągnął za swój koniec, zwalając przez to Chrisa z nóg. Wymieniłyśmy spojrzenia.

-Ale mają radochę. Jak dzieci – westchnęła Terri, kręcąc głową. - Pośpieszcie się!

Seth wsadził koc pod pachę i zarzuciwszy na ramię moją torbę, wyciągnął w moją stronę dłoń. Podeszłam do niego i splotłam nasze palce. Razem skierowaliśmy się w stronę naszych domków, śmiejąc się z wkurzonego Chrisa, który próbował wytrzepać piach z włosów.



****



Westchnąłem głośno i ukontentowany położyłem się na kanapie. Zaraz po tym, gdy tylko udało mi się wreszcie uciec z plaży, udaliśmy się na kolację, na której razem z Chrisem wpałaszowaliśmy dwie pizze giganty. Lori i Terri przyglądały się nam z nieskrywaną fascynacją, czego normalnie bym nawet nie zauważył, gdyby Chris nie mruknął w końcu czegoś na temat kultury przy jedzeniu. Terri odgryzła mu się tym samym. Ciekawe, o co mogło jej chodzić?

Lori zamknęła drzwi do domku i przeszła do kuchni, nalewając sobie do szklanki wodę mineralną. Obserwowałem ją spod półprzymkniętych powiek.

-Chcesz też coś?

-Nie, mam wszystko, czego potrzebuję właśnie tu - westchnąłem, poprawiając sobie poduszkę pod głową. Lori usiadła obok mnie, odstawiła opróżnioną do połowy szklankę na stoliku i zebrała z niego swoją książkę, którą zdążyła już wyciągnąć ze swojej torby. Swoją drogą podejrzewałem, że była to pierwsza rzecz, którą wyciągnęła. Nie licząc paczki moich prezerwatyw. Prychnąłem.

-Jeszcze masz siły, żeby to czytać?

-Chciałam się kąpać, ale myślałam, że ty jesteś bardziej zmęczony…

-Nie! Idź, idź - Uśmiechnąłem się do niej, zwijając się w kłębek. - Ja tu sobie jeszcze muszę poleżeć.

-No dobrze. - Pokiwała głową, zamknęła książkę i zniknęła za drzwiami łazienki.

Leżałem nieruchomo, wsłuchując się w szum wody dochodzący zza zamkniętych drzwi i starałem się nie zamykać oczu. Za każdym razem, gdy tylko to robiłem, od razu pojawiało się tam wyobrażenie panny Blake pod prysznicem. Nagiej.

Potrząsnąłem głową i podniosłem się z kanapy, szybko przebiegając do sypialni. Uklęknąłem przy swojej torbie i z bocznej kieszonki wyciągnąłem paczkę papierosów. Razem z moją słodką zdobyczą uciekłem na taras. Odpaliłem jednego i przez chwilę przyglądałem się nieufnie stojącym tam meblom w obawie, że gdy tylko na nich usiądę, rozwalą się z głośnym hukiem. Gdy to jednak zrobiłem, nic takiego się nie stało, więc odchyliłem się wygodnie, rozkoszując chwilą spokoju z dala od mojej siostry. Swoją drogą, to starałem się nie myśleć o tym, co Terri może właśnie wyprawiać z moim przyjacielem… Chociaż było to lepsze niż myślenie o Lori.

Im więcej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że czeka mnie w te wakacje prawdziwa szkoła przetrwania. Umiałem się powstrzymać w krótkich chwilach uniesienia, ale czy mogłem w stu procentach zagwarantować, że utrzymam ręce przy sobie, gdy obiekt mojego pożądania będzie leżał obok mnie w tym samym łóżku? Pod tą samą kołdrą?

Jęknąłem cicho i przetarłem oczy palcem wskazującym i kciukiem. Wyrzuciłem niedopałek do stojącej nieopodal doniczki akurat, gdy w rozsuwanych drzwiach stanęła Lori. Miała na sobie granatowe legginsy do kolan i czerwony podkoszulek z nadrukowanym na środku ogromnym łosiem. Włosy rozpuściła, a te przy nasadzie głowy były wilgotne. Na policzkach malowały jej się delikatne wypieki, najpewniej od gorącej wody. Uśmiechnąłem się, uświadamiając sobie, że w życiu nie widziałem czegoś piękniejszego.

-Paliłeś - powiedziała, wbijając we mnie oskarżycielskie spojrzenie. Wyszczerzyłem się niewinnie.

-Ależ skąd. Tak sobie tutaj siedzę i czekam, ponieważ będę kontemplował piękno gwiazd.

-Krętacz.

-Despotka.

-Idź się myć.

Podniosłem się ze swojego wygodnego leżaczka i ruszyłem do domku. Gdy mijałem ją w przejściu, zatrzymałem się na chwilę.

-Właśnie o tym mówię - rzuciłem i zadowolony z siebie udałem się do łazienki.

Prysznic był chyba dokładnie tym, czego potrzebowałem. Zamiast ciepłego, wziąłem chłodnawy i od razu odświeżyło mi umysł. Już nie byłem aż tak zmęczony, a kark przestał mnie boleć. Muszę jednak przyznać się, że przed wyjazdem chwilę zastanawiałem się nad tym, w czym mam wyskoczyć jako piżamie. Tak, to absurdalne, szczególnie jak na mnie, ale jakoś nie chciałem niczego prowokować - w domu śpię tylko w bokserkach, a kto wie jak moja idealna klata może podziałać… Na Lori i na mnie. Ostatecznie naciągnąłem na siebie i bokserki i szarą koszulkę z krótkim rękawem. Trzeba łączyć wygodne z pożytecznym… Czy coś.

Wyszedłem z łazienki i zgasiwszy światło, zdałem sobie sprawę, że cały domek tonie w ciemności, nie licząc delikatnej poświaty lampki nocnej z sypialni. Przełknąłem bezwiednie ślinę i wszedłem do pokoju. Lori leżała na łóżku na brzuchu, wywijając zgiętymi w kolanach nogami i czytając książkę. Nie wiedziałem czemu, ale ten widok najzwyczajniej w świecie jakoś tak… Nie wiem. Poczułem dziwaczny uścisk, jakby ktoś położył mi coś ciężkiego na żebrach, a całe powietrze po prostu ze mnie wyleciało.

Nieuważnie potknąłem się o leżącą w przejściu walizkę, a z ust wyrwało mi się ciche przekleństwo. Lori podniosła głowę znad lektury i spojrzała na mnie z politowaniem. Miałem wrażenie, że znowu próbuje coś przede mną zagrać. Była dobrą aktorką.

-Uważaj, bo się zabijesz - zaśmiała się i podniosła się do pozycji siedzącej. Wciąż nie mogłem oderwać od niej wzroku. Odchrząknąłem.

-Ponawiam propozycję – powiedziałem, przyglądając się jej bardzo uważnie. - Mogę spać na kanapie. Żaden problem…

-Nie, nie. - Pokręciła głową, jednak zrobiła się momentalnie czerwona. Była dobrą aktorką, ale jej ciało za każdym razem ją zdradzało. - I tak już nie chce mi się czytać.

Podszedłem do łóżka, podczas gdy Lori zamknęła i odłożyła książkę na szafkę nocną. Zgasiła światło i w pokoju zapanował mrok. Usiadłem na brzegu łóżka, przez chwilę czekając aż mój wzrok przyzwyczai się do ciemności i wsłuchując się w niespokojny oddech Lori. Chyba oboje mieliśmy pewne wątpliwości, co do tej nocy, choć każdy - z goła odmienne. Ja bałem się sam siebie, jednak nie wiedziałem, o czym myśli Lori.

Jednak z drugiej strony jestem Seth Knight i po prostu nie w moim guście było rozmyślanie nad wszystkim. Z poważaniem zostawiłem to Lori. Położyłem się więc, jakby nigdy nic, wzdychając głęboko i układając prawą rękę pod głową.

-Dobranoc - mruknąłem i zamknąłem oczy.

Przez jakiś czas leżałem jeszcze, nasłuchując, co wyprawia Lori. Dziewczyna najpierw położyła się na samym brzegu łóżka sztywno, na plecach. Miałem cholerną ochotę ją dotknąć, więc wyciągnąłem rękę spod kołdry i przysunąłem się do niej ze swoją poduszką. Objąłem ją w pasie, a twarz utkwiłem w jej włosach. Delikatnie gładząc palcami jej plecy, zasnąłem, czując, jak całe napięcie najzwyczajniej w świecie z niej spływa.



****



Gdy otworzyłam oczy, przez krótką chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Przed sobą miałam pustą ścianę i obraz, przedstawiający zatłoczoną plażę. Uniosłam się na łokciu, mrugając kilka razy oczami, by bardziej się rozbudzić. Znajdowałam się w sypialni, w domku w Santa Barbara, a obok mnie spał Seth Knight.

Leżał na brzuchu, jedna ręka bezwładnie zwisała z łóżka, zaś głowa zsunęła się z poduszki, pod którą wsunął drugie ramię. Kołdra całkiem zsunęła się na moją stronę, a jego koszulka lekko uniosła się w górę, okazując dół jego pleców. Ostrożnie wysunęłam się spod pościeli, by czasami go nie obudzić i okrążywszy na palcach łóżko, okryłam go kołdrą. Drgnął lekko, ale spał nadal. Pochyliłam się nad nim, przyglądając jego spokojnej twarzy. Mogłabym patrzeć na niego godzinami i wciąż nie mogłabym uwierzyć, że jest przy mnie, że należy do mnie. Ten poranek był zupełnie inny od poprzednich, ponieważ dotarło do mnie, że chciałabym budzić się przy nim codziennie.

Skierowałam się do szafy i wyciągnęłam z niej krótką, zwiewną sukienkę na ramiączkach, a potem skierowałam się do łazienki. Nie chciałam go budzić, ponieważ pragnęłam chwili samotności. Wzięłam dłuższy, orzeźwiający prysznic, wykonałam poranną toaletę, uczesałam włosy w ciasny kok i ubrawszy się, wyszłam z łazienki. Rzuciłam tylko okiem do sypialni, jednak Seth nadal spał, choć tym razem odwrócił się w drugą stronę, przytulając do mojej poduszki. Uśmiechnęłam się do siebie i skierowałam do kuchni. Zabrałam jedno jabłko i już miałam wstawić wodę na kawę, gdy zorientowałam się, że nigdzie jej nie ma. Nie robiliśmy wczoraj żadnych zakupów, ponieważ kuchnia była dość dobrze wyposażona, a kolację i tak jedliśmy w jednej z restauracji przy plaży. Postanowiłam udać się do sklepu i kupić jeszcze kilka innych potrzebnych do życia rzeczy. Byłam pewna, że zdążę wrócić, zanim Seth się obudzi, ponieważ zegar wskazywał dopiero ósmą.

Wyszłam na zewnątrz, minęłam domek, w którym mieszkali Terri i Chris, i skierowałam się w dół alejki, gdzie stało więcej domków. W przeciwnym kierunku szło się do restauracji, w której byliśmy wczoraj, a dalej wyjeżdżało się na główną drogę. Chevrolet Chrisa stał na parkingu, który mieścił się przy naszej alei, a za nim wychodziło się na plażę. Teraz kręciło się po niej niewielu wczasowiczów. Minął mnie jakiś chłopak na rowerze, zaraz za nim para niewiele starsza ode mnie na rolkach, a trochę dalej spacerowało wolno małżeństwo w średnim wieku. Chłopiec na rowerze zdawał się być ich synem, ponieważ mężczyzna wołał za nim, by nie jechał zbyt szybko. Kobieta posłała mi przyjazny uśmiech, który odwzajemniłam – o ile się nie myliłam, byli naszymi sąsiadami. Skręciłam w prawo, wchodząc po schodkach na niewielkie zbocze. Po chwili wyszłam na główną ulicę, gdzie po drugiej stronie mieścił się market.

Stwierdziłam, że dzisiaj sama zrobię śniadanie, byśmy nie wydawali pieniędzy w restauracji, więc kupiłam coś do kanapek i obowiązkowo pudełko lodów pistacjowych, o których Seth napomknął podczas kolacji. Nie było dużej kolejki, więc dziesięć minut później wracałam z powrotem, myśląc nad dzisiejszą nocą. Czułam się cudownie, mogąc zasypiać w jego ramionach. Całe napięcie uleciało ze mnie momentalnie, nie bałam się już niczego. Wszystko zdawało się zmierzać w takim kierunku, w jakim pragnęłam ułożyć nasze życie.

Kiedy weszłam do domu, wciąż panowała w nim cisza. Zaczęłam wypakowywać zakupy i skrzywiłam się z niezadowoleniem, widząc, że pudełko z lodami otworzyło się, brudząc nie tylko zawartość torby, ale również moje dłonie. Skierowałam się do łazienki, uważając, by niczego nie dotknąć. Oparłam łokieć na klamce i przydusiłam go, biodrem otwierając drzwi. Podeszłam do umywalki i dopiero po chwili dotarło do mnie, że nie jestem w pomieszczeniu sama. W lustrze dostrzegłam, jak kotara od prysznica rozsuwa się. Pisnęłam zaskoczona i odwróciłam się, widząc mojego chłopaka - jak go Pan Bóg stworzył. Przez moment wyglądał na zdezorientowanego, ale szybko na jego ustach wstąpił cwany uśmieszek.

-Co tak stoisz, Lori? - spytał. - Przyłącz się do mnie.

Zamrugałam. Przesunęłam wzrokiem po jego nagiej sylwetce. Woda skapywała z jego włosów na ramiona, spływała po torsie i brzuchu. Starałam się nie spojrzeć ponownie w dół. Rozsądek podpowiadał mi, że powinnam stąd wyjść, ale nogi odmawiały posłuszeństwa.

-Seth… Mógłbyś się zakryć?

-Naprawdę tego chcesz?

-Seth!

Parsknął śmiechem i kręcąc głową, sięgnął po ręcznik. Obwiązał go wokół bioder i wyszedł spod prysznica, powoli podchodząc do mnie. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Czułam, że staje przede mną, a po chwili jego palce znalazły się na moim policzku. Zadrżałam.

-Co się oburzasz? - parsknął. - Celowo tutaj weszłaś.

Otworzyłam oczy.

-Czy ty choć przez chwilę mógłbyś być poważny? - spytałam rozdrażniona. - To ty robisz wszystko celowo.

-Nie brałem prysznica, tylko po to, żebyś zobaczyła moje wyposażenie. - Nie potrafił ukryć rozbawienia, co jeszcze bardziej mnie denerwowało.

-Mogłeś zamknąć drzwi.

-Mogłaś zapukać.

-Myślałam, że śpisz.

-Myślałem, że poszłaś do Terri.

Zamilkłam i wydęłam wargi. Seth wciąż się szeroko uśmiechał, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. Dłonie mi się trzęsły, cała skóra aż płonęła i ledwo nad sobą panowałam. Nie mogłam pozbyć się jego widoku z głowy.

-Nie wracajmy do tego – mruknęłam, po czym wyszłam z łazienki. Seth jednak ruszył za mną i stanął przy blacie, kiedy zajęłam się przygotowywaniem śniadania. Próbowałam opanować nerwy, ale z powodu drżących dłoni tylko tłukłam się po szafkach, próbując znaleźć deskę, sztućce i inne rzeczy.

-Ten temat się nie skończy tak po prostu – odezwał się, opierając łokciami na blacie. - Jest tylko jedno wyjście z tej dość niezręcznej dla ciebie sytuacji.

Oczywiście. Niezręcznej tylko dla mnie. Jego to najzwyczajniej w świecie bawi!

-Niby jakie?

Wciąż stałam tyłem do niego, starając się wyrównać oddech. W prawej dłoni ściskałam nóż, a w lewej bułkę, ale byłam zbyt roztrzęsiona, by ją rozkroić bez obawy, że się skaleczę.

-Kolej na ciebie. - Nóż z głośnym brzdękiem wylądował na podłodze, a gdy odwróciłam się, gotowa wyzwać go za te dwuznaczne słowa, zobaczyłam, jak dusi się ze śmiechu. Zacisnęłam wargi i rzuciłam w jego bułką, przed którą sprawnie się uchylił.

-Lepiej zejdź mi z oczu – syknęłam, poniósłszy z podłogi nóż. Nadal chichocząc, kiwnął głową i skierował się w stronę łazienki. - I zadzwoń do Terri, że mają przyjść na śniadanie!

-Tak jest! - Zasalutował i zniknął w drzwiach, widząc, że nóż zaczyna niebezpiecznie drżeć w mojej dłoni. Wypuściłam ze świstem powietrze i rzuciłam go na blat, twarz chowając w dłoniach. Mogłam się irytować, wkurzać na niego, ale prawda była oczywista. Widok mojego chłopaka w całej okazałości wywarł na mnie zbyt wielkie wrażenie, bym mogła tak po prostu przejść do porządku dziennego.



****



Zastanawia mnie, co takiego jest w plaży i słońcu, że dziewczyny tak za tym szaleją. Potrafią leżeć godzinami w bezruchu i pozwalać sobie na zagrożenie rakiem skóry. No, ale nie wszystkie. Już dawno zdałem sobie sprawę z tego, że Lori różni się od innych dziewczyn. Ma zupełnie inaczej poukładane w głowie, ubiera się inaczej i lubi zupełnie inne rzeczy. No, może z jednym wyjątkiem. Nawet Lori uwielbia mnie. To całkiem zrozumiałe. Ale jakby długo o tym myśleć, to nawet to ją różni. Ponieważ to ją uwielbia Seth Knight i nikogo innego.

Założyłem na nos okulary i oparłem się o leżak, schowany w głębokim, kojącym cieniu parasola. Spędziliśmy na plaży już całe przedpołudnie, południe i jak na razie nic nie wskazywało na to, żebyśmy mieli się stąd urwać. Odwróciłem głowę, opierając ją o zagłówek i po raz kolejny przyjrzałem się pannie Blake.

Lori siedziała na drugim leżaku obok mnie, z nosem w swojej książce. Duże, czarne okulary słoneczne miała wsunięte na czubek głowy, zaczesując tym samym kłopotliwe kosmyki rozpuszczonych włosów do tyłu. Miała na sobie mocno wykrojony biustonosz - granatowy w różowe małe kwiatki - i całe granatowe bikini. Za każdym razem, gdy mój wzrok przesuwał się po jej udach i piersiach, czułem jak w żołądku mi się przewraca i momentalnie zaczynały swędzieć mnie dłonie. Odwróciłem wzrok i westchnąłem głośno z utęsknieniem. Z dnia na dzień pragnąłem ją jeszcze bardziej. Z dnia na dzień robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.

Terri leżała plackiem w pełnym słońcu, a jej skóry błyszczała od balsamu do opalania, natomiast mój przyjaciel leżał obok, przesypując ze znudzeniem piasek między palcami. Gdy podniósł głowę i spojrzał na mnie z nadzieją, szybko zamknąłem oczy mimo, że miałem na oczach okulary słoneczne i udałem, że śpię.

Nagle Terri zerwała się ze swojego miejsca i spojrzała na nas z szerokim uśmiechem na twarzy.

-Ale zgłodniałam - wyznała szczerze, zapewne ukontentowana z iście aktywnie spędzonego dnia. Chris wywrócił oczami.

-Z nudów zjadłem wszystkie twoje kanapki, więc bardzo mi przykro - odparł głosem, który wyraźnie wskazywał na to, że wcale tak nie jest. Terri wzruszyła jednak ramionami, jakby nic się nie stało. No, ja to bym zabił gada.

-No to idę do baru. Chce ktoś coś?

-Nie, dzięki - odparliśmy zgodnym chórem, na co moja siostra wywróciła tylko oczami i ruszyła po gorącym pisaku w stronę zabudowań. Chris odprowadził ją wzrokiem, po czym westchnął głośno.

-Ja się zaraz tu usmażę! - warknął głośno. - Knight, chodź do wody.

Spojrzałem z nadzieją na Lori, żeby mnie zatrzymała, ale niestety miałem okulary, więc nic nie zauważyła.

-Idźcie, idźcie. Ja przypilnuję rzeczy.

Jasna cholera.

Podniosłem się ze swojego miejsca z ociąganiem, zrzuciłem okulary na leżak i pochyliłem się nad Lori, spontanicznie całując jej usta. Uśmiechnęła się do mnie i poklepała delikatnie po policzku. Westchnąłem i ruszyłem w stronę Lucasa, który przebierał już nerwowo nogami w piasku. Odeszliśmy tylko kawałek, no i się zaczęło…

-No to teraz opowiadaj - powiedział, unosząc znacząco brwi. Spojrzałem na niego pytająco, ładując się do wody. Była przyjemnie chłodna, ale nie zimna. Również cudownie czysta.

-Chyba nie wiem, o czym rozmawiamy.

-Pierwsza noc z Loraine Blake! Jak było? - zarechotał, ochlapując mnie wodą po twarzy. Uśmiechnąłem się krzywo, ścierając słone krople.

-Nie spałem z nią, Lucas - przyznałem szczerze, a w moim głosie było słychać więcej rozczarowania niżbym tego chciał. Chris zamrugał gwałtownie oczami.

-Jak to… NIE? - Piękne było to, jak naprawę i szczerze był zdziwiony. - Seth Knight z dziewczyną w jednym łóżku i jej nie przeleciał? A może wywaliła cię na kanapę? - zarechotał.

-Nie, nie wywaliła - warknąłem, patrząc na niego spod byka. - My po prostu… To nie o to chodzi, okej?

-Nie rozumiem cię, stary. Wcześniej jebałeś wszystko, co się rusza, a teraz, gdy magicznym sposobem masz laskę, która, co naprawdę dziwne - biorąc pod uwagę, że to TA Loraine Blake - ma ciało i na dodatek twierdzisz, że to coś poważnego…

-Nie ma pośpiechu - mruknąłem, zanurzając się na chwilę.

-Tak, właśnie widziałem wczoraj i dziś na plaży - zarechotał ponownie, nie mając dla mnie litości. - Cały czas masz ten wyraz twarzy! - Przyszła większa fala i zatkała mu usta wodą. Przez chwilę cieszyłem się, że woda wlała mi się do uszu, bo nie musiałem go słuchać, jednak po chwili szybko wypłynęła.

-Niby jaki wyraz?

-Jakbyś musiał się ze wszystkich sił powstrzymywać, żeby nie dobrać się jej do majtek.

Już chciałem mu coś odpowiedzieć, ale kolejna fala skutecznie zamknęła mi usta. Gdy po chwili wypłynęliśmy trochę na płytszą wodę, zobaczyłem, że Chris cały czas patrzy na mnie wymownie i szczerzy się jak popierdolony.

-A weź spierdalaj - warknąłem i wyprowadzony z równowagi wyszedłem z wody.

W miarę jak zbliżałem się do naszych leżaków zdawałem sobie sprawę z trzech rzeczy. Pierwszą było to, że Cholerny Chris W Dupę Pchany ma rację i faktycznie - lada moment mogę zacząć wywierać mało przyjemną presję na Lori. Drugą sprawą było to, że Terri wróciła już ze swoją porcją frytek, a trzecia, że nie była sama.

Obok stał wysoki, szczupły chłopak przypominający wyglądem australijskiego surfera. Miał bardzo jasne blond włosy i tak jasne, niebieskie oczy, że mogłem zauważyć to już z daleka. Od surfera różnił go tylko brak deski pod pachą i kolor skóry. Był bledszy nawet od Lori.

Podszedłem do nich i rzuciłem pytające spojrzenie Lori. Dziewczyna jednak wyglądała na nie mniej zdezorientowaną ode mnie.

-Kto to? - rzuciłem, stając obok leżaka Lori. Blady Surfer zmierzył mnie od góry do dołu takim samym spojrzeniem jak ja jego. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwała się moja siostra.

-To Jace - wyjaśniła, szeroko się uśmiechając. Uścisnęliśmy sobie dłonie. - Wpadliśmy na siebie przy barze.

-Dosłownie. Wpadliśmy - zaśmiał się Blady Surfer, uśmiechając do mojej siostry.

-Seth Knight, a to moja siostra - powiedziałem, rzucając krótkie spojrzenie na Terri. Momentalnie poczułem szczypnięcie w okolicy kolana. Zerknąłem na Lori, ale nie odezwała się słowem.

-Nawet jesteście podobni - powiedział, przenosząc swoje niebieskie gały ze mnie na Terri. - Chociaż, bez obrazy, twoja siostra jest ładniejsza.

Terri zachichotała. Lori uśmiechnęła się nerwowo. Ja usiadłem na leżaku.

-Naturalnie. Wakacje czy miejscowy? - zapytałem, starając się w myślach przywołać tu Chrisa.

-Wakacje. - Jace przeciągnął się ostentacyjnie, rozprostowując swoje umięśnione ramiona. Zmrużyłem oczy. - Ale na co dzień mieszkam w Nowy Jorku.

-Żartujesz?! - zapiszczała Terri, co było zupełnie do przewidzenia. Blady Surfer wzruszył ramionami.

-Jak się tam urodziłeś, to nie widzisz w tym nic nadzwyczajnego.

-Łatwo mówić! Zawsze chciałam tam… - zaczęła entuzjazmować się Terri, ale na całe szczęście przyszedł Chris. Łypnął spod byka na Jace’a, a raczej na dystans, który dzielił go od Terri. Lub jego brak.

-Co to za gość? - syknął. Blady Surfer wyprostował się i podał mu dłoń.

-Jace, miło mi.

-Chris - mruknął Lucas, marszcząc brwi. Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. Dobrze tak draniowi, cholera. Mimo wszystko jednak, na wszelki wypadek przesiadłem się na leżak Lori, co skwitowała, marszcząc brwi i od niechcenia zacząłem jeździć palcami po jej kolanie. Nic na to nie powiedziała, ale nie była głupia. Wiedziałem, że pomyślała sobie o mnie nie jedno.

-My przyjechaliśmy z Casa Grande - powiedziała Lori, a Jace i Terri usiedli obok siebie na piasku. Blady Surfer uniósł brwi.

-Arizona, co? - Pokiwał głową. - Nigdy tam nie byłem. Macie tam dużo tych takich z zębami, co nie?

-Gady raczej są na bagnach. Tam, gdzie wszystkie gady powinny zostać - odpowiedział Chris, wciąż łypiąc na Jace’a podejrzliwie. Terri rzuciła mu jedno ze swoich ostrzegawczych spojrzeń, ale Lucas nie zwrócił na nią uwagi.

-My na szczęście tego nie mamy. - Jace zignorował jad w głosie Lucasa. - Ale turyści… To koszmar.

-Ale tak czy siak… To musi być cudowne…

-Jesteś tu sam? - przerwał Terri gwałtownie Chris. Jace przeniósł na niego spojrzenie.

-Z paczką znajomych. Możemy się wszyscy spotkać jutro w klubie, jak chcecie.

-Jasne! - Terri aż promieniała. Kątem oka zauważyłem, że Lori krzywi się znacząco. Już najwyraźniej wiedziała, co ją jutro czeka. Kolejna męczarnia z Terri w roli głównej.

-Wy tak w czwórkę, tak? - zaśmiał się nagle Jace, za co Chris ponownie spiorunował go spojrzeniem. - Słodko.

-Tak. Uroczo. - Pokiwałem głową i złapawszy Lori za rękę, podniosłem się z leżaka. - Idziemy do wody?

-Przed chwilą…

-Ale chcę iść z tobą. Idziemy - przerwałem jej, i uśmiechając się głupkowato w stronę Chrisa, jak najszybciej ulotniłem się stamtąd.

-Pajac z ciebie - mruknęła Lori, gdy doszliśmy nad brzeg. Uśmiechnąłem się, obejmując ją ramionami od tyłu w pasie.

-Wiem - przyznałem. - To dlatego wdarłaś mi się pod prysznic dzisiejszego ranka?

Nie mogłem się powstrzymać. Zaśmiałem się.

-Myślałam, że nie będziemy do tego wracać - warknęła, uderzając mnie łokciem w żebra. Odsunęła się, a ja nie mogłem przestać się śmiać.

-Przyznaj się. Zrobiłaś to celowo.

-Wcale nie!

-Wcale tak!

Dobiegłem do niej i choć zaczęła uciekać z piskiem, złapałem ją bez problemu, po czym ruszyłem do wody.

-Pajac, pajac, pajac! - wrzeszczała, wierzgając nogami.

-Pajac, który ma zamiar zapewnić ci lepsze wspomnienia, niż w tych twoich książeczkach, Aniele - mruknąłem i runąłem z nią w wodę, zupełnie nas zanurzając. Gdy cała mokra wyłoniła się na powierzchnię, myślałem, że mnie zabije. Ale nie ona. Lori zaczęła się śmiać. Tak melodyjnie i cudownie, że nie mogłem nad sobą zapanować i po prostu porwałem ją w ramiona.

Uwielbiałem ją i nie mogłem wyobrazić sobie tych wakacji z kimś innym w moich ramionach.



****



Wtulałam się w tors Setha, patrząc z przejęciem w ekran telewizora. Było już dość późno, okolica dawno ułożyła się do snu, ale nasza wesoła gromadka była zbyt skupiona na poznawaniu coraz to ciekawszych produkcji. Dziś przyszedł czas na „2012”, który chłopacy oglądali prawdopodobnie już po raz setny; wyglądali na bardzo znudzonych, ale na mnie wywarł ogromne wrażenie. Seth oczywiście żartował ze mnie, że tak wszystko przeżywam, ale cały czas mocno trzymał mnie w swoich objęciach, jakby chcąc mnie obronić przed złym wpływem filmu. Chris siedział na podłodze, opierając się o fotel Terri i zdawał przysypiać. Jego głowa chybotała się w przód i w tył, a powieki powoli opadały. Terri szturchała go raz po raz, a on podskakiwał i rozglądał zdezorientowany wokoło. W końcu zasnął na dobre, ale Terri już go nie obudziła, a gdy film się skończył, wstała ostrożnie z fotela.

-Jaki on jest uroczy, kiedy śpi – wymamrotała, przykładając dłonie do serca. Seth prychnął. - Co ci nie pasuje?

-Przecież nic nie mówię.

-Twoje irytujące prychnięcie wyraża więcej niż tysiąc słów – zadrwiła. Przeciągnęła się i ziewnęła głęboko, zarażając mnie tym przy okazji. Przyłożyłam dłoń do ust i otrząsnęłam się.

-Idziemy spać? - spytał szeptem Seth. Pokręciłam głową, mocniej się do niego przytulając. Było mi tak przyjemnie.

-Nie chce mi się stąd ruszać… Posiedźmy tutaj jeszcze chwilę.

-Ja wracam do siebie – stwierdziła Terri, szturchając swojego chłopaka w ramię. Nie zareagował. - Super. Jak się obudzi, przyślijcie go do mnie, jasne?

-Idź już. - Seth pomachał jej ręką, nawet na nią nie patrząc. Terri zaczęła go przedrzeźniać, wymachiwać ręką i robić głupie miny, a kiedy odwrócił głowę w jej stronę, uśmiechnęła się słodko i rzuciwszy nam „Dobranoc”, wyszła z domu. Mocno trzasnęła drzwiami, na co Chris poderwał się, momentalnie rozbudzając.

-Co do diabła…

-Koniec seansu – mruknął Seth. - Spadaj stąd.

-Bądź milszy.

-Nie wymagaj od niego zbyt wiele, Lori. - Chris dźwignął się na nogi i rozejrzał. - Gdzie Terri?

-Poszła już do siebie – odparłam. Chris skinął głową i skierował się powolnym, ospałym krokiem w stronę drzwi. Podniosłam głowę. Seth marszczył czoło, jakby nad czymś intensywnie myśląc.

-Lucas, czekaj – rzucił, prostując się z poważnym wyrazem twarzy. - Jedna sprawa. Pilnuj tego blond skurczybyka, dobra? Coś mi w nim nie pasuje.

-W kim? - zdziwił się. - Mówisz o tym… Jace, czy jak mu tam było. Co ci w nim nie pasuje?

Seth zerknął na mnie, a potem na swojego przyjaciela z grymasem na twarzy.

-Nie zauważyłeś? Ma wyraźną ochotę na Terri.

Chris zamrugał, a potem parsknął śmiechem.

-Daj spokój, stary. Terri jest ze mną.

-No i co z tego?

-No, że jest ze mną i nie myśli o innych. Szczególnie o napakowanych, niedorobionych gogusiach z Nowego Jorku.

-Ty w ogóle nie znasz mojej siostry – westchnął i przetarł dłonią twarz. - Spadaj stąd, Chris. Brak mi słów na ciebie.

-A mi na ciebie. - Chris wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu. - Dobranoc, aniołeczki. Bądźcie grzeczni. Smacznie śpijcie, uważajcie na majteczki.

Roześmiał się, ale zaraz mina mu zrzedła, gdy Seth podniósł się z kanapy ze złością wymalowaną na twarzy. Lucas wciąż rechocząc, wybiegł z domu. Seth przeklął cicho.

-O co mu chodziło? - spytałam zaciekawiona.

-A skąd mam wiedzieć, co roi się w jego zapitym umyśle? - Wzruszył ramionami i usiadł obok mnie, obejmując ramieniem. Pocałował mnie czule w czoło, a potem w policzek, a gdy zaśmiałam się cicho, złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Odwzajemniłam go, a on bez problemu podniósł mnie i posadził na swoich kolanach. Jak zawsze zaskoczył mnie, więc potrzebowałam chwili, by się uspokoić. Seth cały czas patrzył na mnie z błogim uśmiechem na twarzy. Jego oczy lśniły cudownym blaskiem, a kiedy przyłożyłam dłoń do jego policzka, na którym wyczułam delikatny zarost, przymknął powieki i westchnął.

-Chyba mieliśmy iść spać – wyszeptałam, opierając czoło na jego czole.

-Sama chciałaś tutaj jeszcze posiedzieć.

-Tylko posiedzieć. - Musnęłam krótko jego usta. - I pomilczeć. Bez żadnego migdalenia się.

Zaśmiał się.

-Czy Loraine Blake powiedziała „migdalić się”?

-Pajac. - Szturchnęłam go w ramię. Zmrużył oczy. Drgnęłam, gdy poczułam jego dłonie na moich biodrach. Ciepło jego dłoni przedostało się przez materiał i dotarło do mojej skóry. Wszystkie mięśnie napięły się. Jednak zanim zdążyłam zareagować, on bez problemu wstał, jakbym nic nie ważyła. Objęłam go nogami w pasie, a ramiona zarzuciłam na kark. - Co ty robisz?

-Idę spać.

-Seth! – Zaśmiałam się, mocniej do niego przytulając. Dopiero po chwili zorientowałam się, że zwalnia przy łazience. - O nie… Seth, nawet o tym nie myśl!

Uśmiechnął się chytrze. Moje serce zaczęło coraz szybciej bić i zapewne wyczuł to, skoro przylegałam do niego całym ciałem. Nie był w stanie sam otworzyć drzwi, więc przycisnął moje plecy do drewna swoim ciałem. Miałam nadzieję, że natychmiast skończy z wygłupami. Jednak, gdy na niego spojrzałam, dostrzegłam w jego oczach ten specyficzny błysk, który pojawiał się zawsze, gdy sprawy zachodziły zbyt daleko. Już wiedziałam, jaki był podniecony.

-Postawisz mnie? - spytałam ledwo dosłyszalnym szeptem.

-Nie wiem, czy chcę. - Ustami lekko musnął skórę tuż pod moim uchem, a moje ciało zadrżało na ten dotyk. Jego dłonie zacisnęły się mocniej na moich biodrach. - Nie wiem, czy mogę tak dłużej…

Znów wpił się w moje usta. Gwałtownie i namiętnie. Nasze oddechy przyspieszały, ruchy stawały się coraz bardziej desperackie, a wszystko, czego pragnęłam to poczuć jego dotyk. Na całym ciele. Przeszedł przeze mnie dreszcz, gdy wsunął dłoń pod materiał i jęknął w moje wargi, gdy opuszki jego palców dotarły do mojej bielizny. Nie chciałam przerywać pocałunków, ale musiałam, by zaczerpnąć oddechu, a wtedy on przeniósł wargi na moją szyję.

-Seth… - westchnęłam.

-Kocham sposób w jaki wypowiadasz moje imię – wykrztusił mi do ucha, lekko przygryzając płatek. Nigdy wcześniej tego nie robił i nie mogłam uwierzyć, że skóra w tym miejscu jest aż tak wrażliwa na pieszczoty.

-Proszę…

Uniósł głowę, słysząc mój jęk. Spojrzał mi pytająco w oczy. Sama nie wiedziałam, czy prosiłam, by przestał, czy jednak wręcz przeciwnie. Mącił mi w głowie. Im mocniej go pragnęłam, tym ciężej mi z tym było.

Zamknął oczy i zacisnął wargi. Po chwili jego uścisk rozluźnił się. Gdy stanęłam nogami na podłodze, poczułam tylko zawód. Powinnam w końcu odważyć się i powiedzieć mu, jak bardzo go pragnę.

-Cholera, to już któryś raz z rzędu – syknął, opierając dłoń na drzwiach tuż nad moją głową. Oddech nadal miał przyśpieszony, ja również. Bez słowa naparłam na klamkę i otworzyłam drzwi, wchodząc do łazienki. Stał na progu lekko zagubiony, zdezorientowany i może również wściekły. Sama nie wiedziałam czy na mnie, czy na siebie samego. - Nie wracajmy do tego – rzucił tylko i odwróciwszy się na pięcie, zniknął za drzwiami sypialni. Znów to samo. Znów będziemy zachowywać się, jakby do niczego nie doszło.



****



Siedziałem na łóżku przeglądając sieć w swoim iPodzie czując, że jeśli jutro również będę miał gnić cały dzień na plaży, to po prostu sfiksuję. I bardzo możliwe, że nie chodziło tylko o słońce i nudę. Raczej o Lori. Cholera, zawsze chodzi o Lori.

Coraz trudniej radziłem sobie z tymi wzlotami, a po każdym bolesnym upadku coraz ciężej było mi się podnieść. Pragnąłem jej. Krzyczała o nią każda komórka mojego ciała. Gdy zasypiałem, śniłem tylko o tym, że mogę ją mieć całą. Tylko dla siebie, a ona tak samo jak ja łaknie mojej bliskości i dotyku. Niestety rzeczywistość była dość kująca, choć za każdym razem, gdy dochodziło między nami do czegoś poważniejszego, Lori reagowała inaczej. Tak, jakby sytuacja po jej imprezie urodzinowej nabierała na sile. Cholera, jak bardzo chciałem wiedzieć, co ma w głowie. Na dodatek to całe udawanie, że nic nie zaszło stawało się już męczące.

Powód moich wszelkich zmartwień i uniesień wszedł do pokoju ze wciąż mokrymi włosami. Od razu poczułem jej słodki zapach, który podczas deszczu stawał się jeszcze bardziej intensywny. Chciałem, żeby padało, ale ani tu - w Santa Barbara - ani w Casa Grande nie było to zbyt często możliwe. Zerknąłem na nią znad ekranu, na co posłała w moją stronę delikatny uśmiech. Westchnąłem.

-Taki ci ciężko na tych wakacjach? - zaśmiała się, siadając na brzegu łóżka.

-Wręcz przeciwnie - odparłem. Dziewczyna podwinęła nogawki spodenek i zaczęła smarować nogi kremem po opalaniu. W skupieniu śledziłem oczami ruchy jej dłoni, które delikatnie przesuwały się po jej gładkich, lekko zaczerwienionych łydkach.

-Nie wiem, czy tak bardzo chce mi się iść do tego klubu - powiedziała i z irytacją szarpnęła za nogawkę, która jednak nie miała ochoty podwinąć się ani centymetr wyżej niż nad kolano. Warknęła cicho.

-Na pewno nie tak jak Terri, co? - Wyłączyłem iPoda usiadłem na kolanach, odwracając się do niej. Lori popatrzyła na mnie chwilę, uśmiechając się wymownie.

-Jak ty mnie dobrze znasz - powiedziała, a ja również się uśmiechnąłem.

-Troszkę - rzuciłem i pochyliłem się do przodu, kładąc dłoń za jej plecami. - Tylko troszkę.

Dziewczyna wstrzymała oddech, ale zamiast ją pocałować, po prostu odłożyłem iPoda na szafkę nocną. Gdy się odsunąłem, prychnęła rozbawiona.

-Chyba nigdy się nie przyzwyczaję.

-A mi się to raczej nigdy nie znudzi - wyszczerzyłem się do niej. - Mimo że widziałaś już wszystko, co mogłabyś zobaczyć.

-Czy znowu wracasz do tego tematu? - zmrużyła oczy, a jej policzki powoli zaczynały robić się czerwone. Zabrałem jej z dłoni tubkę kremu i odłożyłem go na podłogę.

-Troszkę - powtórzyłem, wplatając palce w jej wilgotne włosy, które zaczęły się już delikatnie skręcać przy końcach. Musnąłem jej wargi i wreszcie poczułem, że mogę odetchnąć. Z jednej strony wiedziałem, że nie mogę cały dzień jej całować, bo może jej się to znudzić, ale gdy tego nie robię, myślę tylko o tym, by to robić. To chyba nie dość skomplikowane, jak na takiego “Pajaca” jak ja.

Przysunąłem się do niej bliżej i delikatnie przyciskając ją do poduszek. Zgięła nogę w kolanie, więc zjechałem dłonią wzdłuż linii jej biodra i delikatnie wślizgując się pod materiał jej spodni. Jęknęła cicho, gdy moje palce zacisnęły się mocniej na jej pośladkach, a ja mogłem tylko przekląć cicho. Znowu znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Znowu miałem poczuć cholerne ukłucie. Znowu trzeba było się wycofać.

Odsunąłem się od niej, wracając do wcześniejszej pozycji na mojej części łóżka. Oparłem się plecami o ścianę i westchnąłem głośno, czując na sobie rozpalone spojrzenie Lori.

-Jak się masz dobrze nakremować, to możesz je ściągnąć. Mnie to nie przeszkadza - powiedziałem, zabierając z łóżka jej książkę i zacząłem nerwowo przekładać strony. Dziewczyna przyglądała mi się z niemałym niedowierzaniem i powiem szczerze, że tylko czekałem na jej tekst typu: O matko, skończ ten temat. Dlatego nie umiałem ukryć zdziwienia, gdy Lori wstała, ściągnęła z siebie legginsy, zrzuciła je na podłogę i złapawszy za krem zaczęła smarować sobie uda. Przełknąłem ślinę. Zdecydowanie za głośno.

-Pasuje? - mruknęła głosem, którego jeszcze u niej nie słyszałem. Byłem jednak w zbyt wielkim szoku, a fale gorąca zaczęły płynąć wzdłuż mojego kręgosłupa na widok jej czarnych, koronkowych fig.

-S-spoko - wydukałem, kiwając nerwowo głową. Odrzuciłem książkę na bok i położyłem się, odwracając od niej głowę. - Dobranoc.

-Dobranoc - prychnęła, a ja zamknąłem oczy z pieprzonym mętlikiem w głowie.


***

Wiem, że długo czekaliście, ale nareszcie jest . Następny dodam... W sobotę albo niedzielę. Obiecuję Wam . . Ale chcę sprawdzić czy o mnie pamiętacie i chcę pod tym postem 10 komentarzy . ♥ .

7 użytkowników zalogowanych i zarejestrowanych, reszta mogą być goście.

KOCHAM WAS, TĘSKNILIŚCIE? :3
  • awatar forgotten .: wooooow *.*
  • awatar Gość: Tak samo jak @Malinowaa. szczerze sie do ekranu :D a rozdzial MEGA <3
  • awatar Malinowaa.: Ludzie co się z wami dzieje? Gdzie komentarze? ;< Ja już chcę kolejny rozdział a wy.. Jak możecie : D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 

Po wstępnych ustaleniach i kilku telefonach Terri, zdecydowaliśmy się ustalić nasz wyjazd na sobotni poranek i choć moja siostra nie miała zamiaru zdradzić mi jak przekonała panią Blake, byłem jej dozgonnie wdzięczny. Naprawdę. Byłem tak podekscytowany wyjazdem, że przez cały piątek nie umiałem wręcz usiedzieć na miejscu.

Właśnie po raz kolejny otworzyłem lodówkę i ją zamknąłem, gdy wpadłem na Terri. Zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem.

-Wiesz, która godzina? - wycedziła, zbijając mnie z tropu. Zerknąłem na zegarek.

-No, dziewiąta dochodzi.

-To dlaczego w twoim pokoju nie ma jeszcze spakowanej walizki?

-Może dlatego, że najzwyczajniej w świecie jeszcze jej nie spakowałem?

-Seth, czy ty sobie robisz żarty!? - warknęła, targając się za włosy. - To nasze pierwsze wakacje bez rodziców...

-Twoje pierwsze wakacje bez rodziców - sprostowałem, na co brunetka zmroziła mnie spojrzeniem. - Sorry.

-Uprzedzam cię, Seth - wysyczała, wbijając we mnie palec. - Nie waż mi się nawet zepsuć tego wyjazdu, bo cię zabiję.

-Też cię kocham, Terri.

-Masz się w tej chwili spakować - warknęła jeszcze i wyszła z kuchni, zostawiając mnie w słodkim, głębokim szoku. Po chwili westchnąłem i wyciągnąłem z lodówki puszkę pepsi. W momencie, w którym ją otwierałem, do pomieszczenia wszedł ojciec. Miał na sobie swoje stare, wytarte dżinsy i flanelową koszulę. Ogolił się, ale na około ust zostawił krótką bródkę. Widząc go w lepszej formie, nie mogłem się nie uśmiechnąć.

-Starcie z Terri? - spytał, podchodząc do lodówki i również wziął dla siebie napój. Pokiwałem głową.

-Ona wszystko bierze tak na poważnie - mruknąłem, opierając się biodrem o blat. - Zupełnie jej nie łapię momentami.

Ojciec pociągnął łyka ze swojej puszki i wzruszył ramionami.

-Młoda kobieta. Tylko ciuchy w głowie.

-Nie wszystkie tak mają - sprostowałem nim zdążyłem ugryźć się w język. Ian spojrzał na mnie wymownie.

-Rozumiem, że rozmawiamy o Lori.

-Pójdę się spakować - rzuciłem i jak najszybciej wybiegłem z kuchni. Mimo to widziałem, jak ojciec uśmiecha się do siebie. Cholera.

Wbiegłem po schodach, rozlewając sobie na rękę pepsi i wpadłem do pokoju. Z chłodną dozą realizmu spojrzałem na leżącą na moim łóżku walizkę. Obok znajdowało się już kilka kupek ubrań. Nie zdziwiłem się. Naprawdę było to do przewidzenia.

Odstawiłem puszkę na biurko i ostrożnie zbliżyłem się do łóżka. Mimo to już z daleka widziałem, że połowę rzeczy po prostu wrzucę z powrotem do szafy. Na samo dno wepchnąłem duży ręcznik i spodnie do pływania. Jeśli o mnie chodziło, tyle by starczyło, ale że jechałem z Terri, byłem pewien, że przetrzepie mi walizkę jeszcze z pięć razy. Kilka koszulek, dwie pary dżinsów - nie miałem najmniejszego zamiaru latać w jakiś obleśnych szortach, bojówkach czy Budda wie, co stworzono. Nie byłem nawet pewny, czy mam coś takiego w szafie. Już miałem zabrać się z tym cholerstwem do łazienki, gdy do pokoju weszła rzecz jasna moja siostra. Zmierzyła cały obrazek swym sokolim okiem.

-Radzisz sobie, jak widzę - prychnęła. Podniosłem głowę i zmierzyłem ją ostrzegawczym spojrzeniem.

-Nie mam pięciu lat, malutka.

-Dobra, dobra cwaniaczku - zaśmiała się wrednie. - Nie zapomnij o płynie do golenia i zapasie golarek.

-Jedna mi starczy - wzruszyłem ramionami, na co Terri zaśmiała się ponownie.

-Nikt nie lubi owłosionych małp, braciszku - wycedziła wrednie.

-Ale ja nie mam włosów na klacie - zmarszczyłem brwi.

-Wiem, ale nie o tym mówię.

Patrzyłem chwilę na nią z pełną konsternacją. Po chwili rozdziawiłem szeroko usta.

-Żadna na mnie nie narzekała! Żadna!

Terri wytrzeszczyła oczy.

-Fuj, zboku. Kurde... - Otrząsnęła się. - Nie o TYM mówiłam!

-To o czym? - zdziwiłem się, zupełnie już nie rozumiejąc do czego zmierza.

-No... - Uniosła ręką.

-Nie będę golił pach jak jakiś pedał - warknąłem, patrząc na nią spod byka. - I radzę ci nie zmuszać do tego Chrisa, bo znienawidzi cię szybciej niż powiesz „Misiaczku“.

-Nie znasz się - wzruszyła ramionami i wyszła na korytarz.

Warknąłem gniewnie i ruszyłem do łazienki z małą kosmetyczką w ręce. Wrzuciłem do środka żel pod prysznic i nową szczoteczkę. Zerknąłem na piankę do golenia. Przekląłem głośno, pakując ją do środka.

Przeklęta smarkula.

Gdy miałem już wszystko, usiadłem na krześle, sceptycznie przyglądając się mojemu dziełu. Jeszcze kilka razy przebiegłem w głowie każdą sytuację, która może się przydarzyć, sprawdzając, czy zabrałem wszystko i... Właśnie wtedy dotarła do mnie jedna sytuacja, o której wcześniej nie pomyślałem. Siedziałem chwilę nieruchomo, jak sparaliżowany, jeszcze raz przebiegając w głowie wszystkie za i przeciw. Po chwili podniosłem się z krzesła i podszedłem do szafki nocnej. Otworzyłem pierwszą szufladkę i sięgnąwszy do niej, wróciłem do torby. Rozpiąłem mały zamek i starając się nie myśleć za dużo, wsunąłem do środka paczkę prezerwatyw.

*

-Jesteś pewna, że masz wszystko? Bieliznę na zmianę, ręczniki, wszystkie ubrania, które będziesz potrzebować? Kosmetyczkę, krem do opalania...

-Tak, mamo, mam wszystko.

Westchnęłam ciężko. Od kilkunastu dni byłam bardzo podekscytowana wyjazdem i nie mogłam się doczekać, aż ten dzień nadejdzie, ale tego ranka cała moja radość z wakacji, które miałam spędzić z przyjaciółmi, powoli znikała. Mama obudziła mnie bladym świtem, by jeszcze raz przejrzeć zawartość mojej szafy i upewnić się, że zabiorę ze sobą odpowiednie rzeczy. Nie spodobała jej się połowa ciuchów, które kupiłam kilka dni temu razem z Terri, ponieważ były zbyt „wyzywające” i urządziła mi dość długie kazanie na temat błękitnego bikini. Wszystko to przyjmowałam ze stoickim spokojem, ponieważ nadal czułam ulgę, że pozwoliła mi jechać tak daleko, razem z rodzeństwem Knight i Chrisem. Byłam pewna, że odmówi, gdy tylko o tym wspomnę, i wiedziałam, że miała taki zamiar. Jednak po rozmowie z Terri, wysłuchaniu wszystkich pozytywnych argumentów i naszym zapewnieniom, że będziemy na siebie uważać, a nasze pokoje będą znajdować się z dala od pokoi Setha i Chrisa, nie miała powodu , by nam odmówić. Oczywiście, zataiłyśmy ten jeden miały szczegół. Terri nie zarezerwowała czterech pokoi w hotelu, a dwa niewielkie domki letniskowe. Praktycznie sama ją do tego namówiłam, wiedząc, że w ten sposób będzie znacznie taniej. Jednak nie przemyślałam pewnej rzeczy – mój domek miałam dzielić z Sethem, a nie z Terri.

Dużo myślałam o tych wakacjach i o tym, co mogłoby się wydarzyć. Nadal nie wiedziałam, czy jestem gotowa na kolejny krok w naszym związku. Musiałam podjąć poważną decyzję, która zmieni wszystko, ale chciałam tego, nie bałam się aż tak bardzo; im więcej o tym myślałam i im częściej poruszaliśmy ten temat, coraz mniej mnie on krępował. Bardzo często zdarzały się różne niewinne sytuacje, które tylko rozpalały we mnie ogień i pragnęły go coraz bardziej. Kochałam go całym sercem, chciałam, by to Seth był tym, z którym przeżyję mój pierwszy raz. Czułam się przy nim cudownie. Czułam się przy nim kochana, nawet jeśli nie usłyszałam od niego tych dwóch słów, to wiedziałam, jak bardzo mu na mnie zależy.

Spojrzałam na moją mamę, która po raz kolejny przeglądała moją szafę. Nie lubiłam jej okłamywać, ale nie mogłam nic poradzić na to, że prawda dla niej była zbyt bolesna. Wciąż myślała, że jestem jej malutką córeczką, która nie potrafi o siebie zadbać, a prawda była taka, że radziłam sobie o wiele lepiej niż ona. To o nią należało dbać, ona potrzebowała ciągłej opieki i wsparcia z mojej i taty strony. To ona nie radziła sobie w życiu. Ja dorosłam, dojrzałam do podejmowania własnych decyzji i choć niektóre z nich mogły wydawać się niewłaściwie, uczyłam się na błędach. A ona nadal krzywiła się na samo wspomnienie o moim chłopaku, mimo że wcześniej zapewniała mnie, że zmienia o nim zdanie.

-Lori, jest jeszcze coś, o czym musimy porozmawiać. - Podniosłam głowę znad walizki. Mama nie patrzyła na mnie, tylko wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w przeciwległą ścianę. Czułam, że chodzi o coś ważnego, więc zaprzestałam pakowania i usiadłam na okiennej ławeczce, na której zostawiłam też kilka ubrań.

-Słucham, mamo.

-Zapewniałaś mnie, że będziesz dzielić pokój z Terri, jednakże... - Urwała na moment i miałam wrażenie, jakby lekko się spięła. - Darzę cię wielkim zaufaniem, dlatego pozwalam ci na te wakacje w towarzystwie dwóch chłopaków, którzy... Wiele mają w głowie, ale na pewno nie są to rzeczy, o których powinna myśleć dziewczyna w twoim wieku.

-Do czego zmierzasz? - spytałam, zaniepokojona i zdezorientowana jednocześnie. Popatrzyła na mnie z powagą.

-Seth jest od ciebie starszy i jestem pewna, że jak przystało na prawdziwego młodego mężczyznę, często myśli o takich rzeczach. A taki wypad bez rodziców to idealna okazja...

-Mamo, przestań – rzuciłam dość ostro. Poderwałam się na nogi i wróciłam do pakowania ubrania, mając nadzieję, że nie dostrzeże moich rumieńców i nie zorientuje się o czym od dłuższego czasu myślę. - Nie musimy o tym rozmawiać.

-Ten temat...

-Ten temat poruszyłyśmy już wiele lat temu i nie wracajmy do tego, dobrze? - Odgarnęłam włosy z czoła i ze zgrozą zorientowałam się, że dłoń mi drży. - Jestem o wiele dojrzalsza, niż ci się wydaje i mam swój rozum. A Seth... Seth nigdy nie zrobiłby czegoś, na co bym się nie zgodziła.

-Więc rozmawialiście o tym? - Jej oczy nieznacznie się rozszerzyły, a twarz nieznacznie spurpurowiała ze złości. Otworzyłam usta, ale zaraz je zamknęłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć, by nie znaleźć się w większych tarapatach. Musiałam szybko zakończyć tą rozmowę.

-To, co jest między nami jest o wiele bardziej poważniejsze, niż ci się wydaje – odparłam powoli, starając się panować nad głosem. - A Seth....

Nagle usłyszałam głośny trzask drzwi i niewyraźny męski głos. Po chwili odezwał się drugi, należący do mojego taty. Na schodach rozległy się szybkie, ciężkie kroki.

-Blake! Lori, jesteś tam?! Potrzebuję pom... Jasna cholera! Przeklęte schody z ich przeklętym dywanikiem, kur...

Wyszłam z pokoju, akurat w momencie, w którym Chris podnosił się na nogi. Podniósł głowę, uśmiechnął się, ale mina momentalnie mu zrzedła, gdy za moimi plecami pojawiła się mama.

-Dzień dobry, Miriam – rzucił, schylając się, by rozmasować stłuczone kolano. Żyłka na jej czole zadrgała niebezpiecznie. Chris pozbierał się na nogi i poprawiwszy koszulkę, wszedł po schodach i zatrzymał się przede mną z niepewnym uśmiechem. - Potrzebuję pomocy.

-Zdążyłam się zorientować po twoich... odgłosach, jakie wydawałeś na schodach – powiedziałam powoli. Chris uśmiechnął się szerzej i złożył dłonie, jak do modlitwy.

-Spakuj mnie, Lori. Nawet ci zapłacę! Wiesz, jaka jest Terri, a nie chcę jej zawieść, czy coś w tym stylu. - Podrapał się po głowie zakłopotany. - Takie rzeczy są nie dla mnie.

-Dobrze, pomogę ci – wtrąciłam szybko, nie chcąc, by Chris zaraz palnął coś, co jeszcze bardziej rozzłościłoby moją mamę. Zbiegłam po schodach, a chłopak za mną, rzucając kilka słów pożegnania do moich rodziców. - Twoja mama raczej mnie nie lubi – powiedział, kiedy znaleźliśmy się przed domem. - Mnie to szczerze nie obchodzi. To Seth robi problem z tego, że twoja mamuśka za nim nie przepada.

-Co masz na myśli? - zdziwiłam się. - Mówił ci coś?

Chris zerknął na mnie kątem oka.

-My nie rozmawiamy na takie debilne, babskie tematy. Wiesz, faceci rozumieją się bez słów. Chodzi o to, że Seth po prostu boi się pani Miriam Jestem-potworem-który-cię-rozszarpie-jeśli-skrzywdzisz-moją-córkę Blake.

Parsknęłam śmiechem i odwróciłam się przez ramię, dostrzegając w oknie sylwetkę mamy. Przeszliśmy przez furtkę i skierowaliśmy się w stronę domu Chrisa. Doskonale wiedziałam, jaki stosunek miał Seth wobec mojej mamy i jak ona go traktowała, ale nie myślałam, że się jej obawia. Oczywiście, przyznał to raz czy dwa razy, ale traktowałam to jako zwykły żart. Czyżby sytuacja była dużo poważniejsza, niż myślałam na początku?

-Właź do środka – rzucił Chris, machając ręką w stronę drzwi wejściowych, które stały otworem. Zapewne nie zamknął ich, gdy jak burza wypadł z domu. Przekroczyłam próg i zatrzymałam się, nie wiedząc, co robić. Często bywaliśmy tutaj, ale zazwyczaj w czwórkę i nigdy nie byłam z Chrisem sama. W jego towarzystwie czułam się już pewniej, to prawda, ale teraz byłam lekko onieśmielona.

-Twoich rodziców znów nie ma? - spytałam niepewnie.

-Nadal nie ma – odparł, zamykając drzwi i wskazał gestem schody. - Nie krępuj się. Przyniosę coś do picia.

Kiedy zniknął w kuchni, skierowałam się na górę, gdzie mieścił się jego pokój. Drzwi były otwarte, więc weszłam do środka i zamarłam. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, gdy zobaczyłam to pomieszczenie, było porównanie do sodomy i gomory. Nic nie znajdowało się na swoim miejscu, nie wiem nawet, czy cokolwiek w tym pokoju miało jakieś odpowiednie miejsce. Porozrzucane wszędzie papiery, ubrania rzucone w kąt, na łóżko, na biurko, a nawet wiszące na ramie okiennej; kubki stojące na parapecie, pudełka po pizzy, puszki i butelki po piwie i wiele innych rzeczy, którym nie zdążyłam się przyjrzeć, ponieważ zjawił się Chris.

-Co tak stoisz?

-Chris, czy ty...? Jak ty możesz tu mieszkać?

-No normalnie – odparł, chyba nie mając pojęcia, co mam na myśli. Lekko trącił mnie łokciem, bym weszła dalej i przeszedł przez pokój. Zrzuciwszy z biurka stos gazet i papierów, postawił na nim dwie szklanki i odwrócił się do mnie. Nadal rozglądałam się po pokoju, nie wiedząc nawet za co się zabrać.

-Czy cokolwiek z tych ubrań jest czyste?

-Te na łóżku. Gosposia je wyprała i tak zostawiła, ale nie wiem, co z tego zabrać ze sobą.

-Rozumiem... Czemu nie chciałeś, żeby Terri ci pomogła? Ona uwielbia tego typu rzeczy.

-Nie wchodzi tu od kiedy jesteśmy razem. Twierdzi, że ma coś jakby wstręt i uraz psychiczny. Nie mam pojęcia czemu – wzruszył ramionami.

Ostrożnie podeszłam do łóżka, by nie wdepnąć w pudełka po pizzy oraz opakowaniach po chipsach, i zaczęłam rozdzielać i składać wszystkie ubrania. Chris po kilku minutach wyszedł znudzony, mówiąc, że będzie siedzieć w salonie i patrzeć na mecz. Pół godziny zajęło mi pakowanie, a kiedy skończyłam, postanowiłam ogarnąć trochę ten bałagan, zgarniając tylko wszystkie śmieci, a potem zabrałam brudne naczynia i zeszłam na dół.

-Wszystko gotowe – powiedziałam głośno. Poderwał się na nogi i podszedł do mnie, patrząc na naczynia, które trzymałam. - Trochę też posprzątałam.

-Po co? - zdziwił się. Nie odpowiedziałam, tylko wzruszyłam ramionami. - No więc tego... Dzięki, Lori. Jak mam się odwdzięczyć?

-Nie musisz – wtrąciłam pospiesznie. - To przyjacielska przysługa.

-W porządku. - Uśmiechnął się i podrapał po włosach. - Ale nie mów o tym Terri, co?

Skinęłam głową, odwzajemniając uśmiech.

-Pozostanie to naszą małą tajemnicą. Ale proszę cię, zadbaj trochę o pokój – popatrzyłam na niego błagalnie. - Terri będzie zachwycona, jeśli zobaczy, że sam posprzątałeś.

-Jasne. Wynajmę gosposię, która jest bardziej odważna i nie ucieka z krzykiem na widok karaluchów wyłaniających się z pudełka po pizzy. Żałosne, co nie?

Zamrugałam, patrząc na niego z lekkim grymasem i nie komentując w żaden sposób jego słów, udałam się do kuchni, by umyć naczynia.



Chris wrzucił moją walizkę do bagażnika obok swojej i zamknął go, klnąc cicho pod nosem. U Knightów mieliśmy być kwadrans temu, ale mama nie chciała nas puścić, dopóki nie skończyła upewniać się, że jesteśmy gotowi, by samodzielnie wyruszyć w podróż i spędzić wakacje w Santa Barbara. Z tego, co widziałam, Chris z całych sił powstrzymywał się przed powiedzeniem czegoś niestosownego. Rozumiałam go i sama ledwo nad sobą panowałam.

-Miriam, pozwól dzieciakom już jechać – odezwał się tata, najwyraźniej dostrzegając nasze miny. - Poradzą sobie.

-Dzięki za wiarę – rzucił z uśmiechem Chris i wsiadł do samochodu. Pospiesznie okrążyłam auto, w razie gdyby mamie przypomniało się jeszcze coś, co chciałaby nam przekazać. - Blake, wsiadaj – syknął, wychylając się przez siedzenie pasażera. - Wiejmy stąd.

Zerknęłam na mamę, a całe rozdrażnienie zniknęło, gdy dostrzegłam jej mokre oczy. Pierwszy raz wyjeżdżałam sama tak daleko na tak długo. Była tym bardziej przerażona niż ja. Podbiegłam do niej i tak po prostu objęłam ją, mocno się do niej przytulając. Pogłaskała mnie po włosach i jeszcze raz szepnęła do ucha, bym na siebie uważała.

-Zadzwonię w połowie drogi – zapewniłam. - Będę ostrożna.

-Ja też będę, jak w końcu uda nam się wyjechać! - zawołał Chris z rozdrażnieniem w głosie. Pożegnałam się z tatą i wsiadłam do samochodu, a Chris ruszył, jeszcze zanim zdążyłam zamknąć drzwi. Wystawił rękę przez okno i pomachał, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. - Wiesz, czasami żałuję, że moi starzy tak rzadko bywają w domu – powiedział powoli – ale teraz jestem z tego cholernie zadowolony. Ty żyjesz jak w jakimś więzieniu!

-Da się wytrzymać – mruknęłam. Popatrzył na mnie z powątpiewaniem, ale nic nie powiedział.

Terri czekała na nas na podjeździe, przechadzając się w tą i z powrotem i patrząc ze zgrozą na komórkę. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, doskoczyła do nas, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Chris przyciągnął ją do siebie i zamknął jej usta pocałunkiem. Uśmiechnęłam się do siebie i odwróciłam od nich wzrok, patrząc na trzy walizki zostawione przed wejściem do domu. W tym samym momencie drzwi otworzyły się i na progu stanął wysoki mężczyzna po czterdziestce, w którym rozpoznałam ojca Setha. Mój chłopak przemknął obok niego i zbiegł po schodach, kierując się w naszą stronę; zajadał kanapkę, która na pewno była z masłem orzechowym.

-Co tak długo? - spytał i w tym samym momencie oberwał od Terri pięścią prosto w ramię. - Czego?!

-To kanapki na podróż! - warknęła. - Sandra zrobiła...

-Sam ją sobie zrobiłem!

-Ach. To przepraszam.

Zmroził ją wzrokiem i podszedł do mnie, przelotnie całując w policzek. Uśmiechnęłam się do niego, ale zaraz mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam, że pan Knight kieruje się w naszą stronę. Przywitał się z Chrisem, który akurat zmierzał po walizki i podszedł do nas, posyłając mi nikły uśmiech; bardzo przypominający uśmiech Setha. Miał takie same brązowe oczy i ciemnobrązowe włosy, przyprószone siwizną. Był tylko o kilka centymetrów od niego niższy, ale tęższy i szerszy w ramionach. Widywałam go kilka razy, ale nigdy nie miałam sposobności by bliżej go poznać. Dziś naszedł ten dzień.

-Więc ty jesteś Lori? - Wyciągnął w moją stronę dłoń, którą nieśmiało uścisnęłam.

-Miło mi pana poznać.

-Mów mi po prostu Ian – powiedział z uśmiechem. - Wiele o tobie słyszałem, Lori – dodał, zerkając wymownie na swojego syna.

Seth odchrząknął.

-To my będziemy się zbierać – wtrącił i pociągnął mnie w stronę auta, obejmując ramieniem w pasie. Chris w tym momencie zamknął bagażnik i wsiadł do samochodu, gestem poganiając Terri.

-Ale, co z mamą? - odezwała się. - Nie pożegnałam się z mamą!

-Kazała przekazać, że życzy wam miłej podróży – powiedział pan Knight, uśmiechając się z wysiłkiem do swojej córki. Terri przez chwilę stała w bez ruchu, z grymasem na twarzy, a potem uściskała go i zajęła miejsce z przodu. Zerknęłam na Setha. Wymienił z ojcem spojrzenia i otworzył mi drzwi, myśląc nad czymś intensywnie.

Kiedy wszystkie drzwi zamknęły się, Chris odpalił silnik, ale pan Knight zapukał jeszcze w jego szybę, nakazując mu ją opuścić.

-Pewnie to męczące gadanie, ale uważajcie na siebie – powiedział, patrząc po nas. - Przed wami długa droga. Zatrzymujcie się często i wymieniajcie, dobrze, Chris? Wiem, że nie lubisz nikomu oddawać kierownicy.

-A który facet lubi? - wtrąciła z uśmiechem Terri. - Jedźmy już, co? Chcę tam być wcześnie i jeszcze zaliczyć plażę.

-Do widzenia – rzuciłam jeszcze do pana Knighta i odetchnęłam, gdy chevrolet znalazł się na drodze. Seth położył ramię na oparciu za moją głową, a gdy wtuliłam się w jego pierś, pocałował mnie w czoło. Splotłam razem nasze palce i podniosłam głowę, uśmiechając się do niego.

-Tydzień tylko dla nas – szepnął.

-Chris, nie wzięłam mapy!

Rozległo się głośne przekleństwo, samochód zatrzymał się gwałtownie, aż rzuciło nas do przodu i zaczął się cofać. Seth tylko pokręcił głową z dezaprobatą.

*

-Boże, przełączcie to!

Spojrzałem we wsteczne lusterko na wykrzywioną gębę mojego kumpla. Terri siedziała obok, wywracając teatralnie oczami.

-Dajcie mi siłę, bo rozpierdolę - warknąłem, zaciskając dłonie mocniej na kierownicy. Ręka Lori instynktownie powędrowała na moje ramię, odrobinę mnie uspokajając.

Odkąd tylko wyjechaliśmy, coś mu przeszkadzało. Najpierw się wkurzał, bo musiał się skupić na drodze, podczas, gdy my śmialiśmy się z tyłu, no to po pół godzinie pierdolenia zgodził się zamienić, a teraz... Wszystko. Źle wbijam sprzęgło, nie włączyłem jebanego migacza, zła piosenka w radiu... No szlag jasny mnie trafiał!

-Chris - odezwała się spokojnie Lori. - Nie będziemy przecież zmieniać stacji za każdym razem, gdy poleci piosenka, której nie lubisz. To jest radio, a nie iPod.

-A jak masz, kurwa problem, to trzeba sobie było kupić porządny odtwarzacz z płytami, kurwa - warknąłem, ponownie ciskając gromami w tylne lusterko.

-Jeb się, Knight. Pamiętaj, że to mój wóz prowadzisz!

-No trzymajcie mnie! - odwróciłem się gwałtownie, na co dziewczyny zaczęły się po mnie wydzierać, że mam patrzeć na drogę. Przekląłem jeszcze raz, wciskając pedał gazu. Prychnąłem jeszcze raz. Lori oparła się o zagłówek i westchnęła głośno.

-No dobrze, dzieci - mruknęła Terri. Wszyscy zerknęli na nią. - Nasza eskapada zapowiada się iście burzliwie.

-Może po prostu przestańmy się kłócić o takie błahostki, co? - spytała Lori. Uśmiechnąłem się.

-Pierdoły - sprostował Lucas. Znowu miałem ochotę na niego warknąć, ale mina mojej dziewczyny powstrzymała mnie od tego.

-Po prostu postarajmy się cieszyć wyjazdem, co? - zaproponowała entuzjastycznie. - Ja na przykład nigdy nie byłam w Santa Barbara. Nigdy nie byłam na plaży...

-Nie?! - odezwaliśmy się w trójkę, na co panna Blake wybuchnęła śmiechem.

-No, tak wyszło - wzruszyła ramionami.

-Ze mną będziesz częściej podróżować - uśmiechnąłem się do niej szeroko, co skwitowała tylko ostrzegawczym spojrzeniem. Westchnąłem, nie mogąc zrozumieć, dlaczego tak bardzo się broni, gdy chcę jej coś kupić albo zafundować. Przecież koniec końców, to nie moje pieniądze, prawda? Chyba nigdy jej nie zrozumiem pod tym względem.

-O, stacja benzynowa! Może zróbmy postój? - zaproponowała Terri.

-Jedziemy dopiero dwie godziny - odezwaliśmy się równo z Chrisem.

-Ale ja chcę się zatrzymać.

-Księżniczka chce siusiu? - wyszczerzyłem się, za co od razu oberwałem w ramię. - Ej! Kierowcy się nie bije.

-Sam się uderz, ćwoku!

-Seth, zjedź - odezwała się cicho Lori, delikatnie dotykając mojego kolana. - Głowa mnie rozbolała, muszę wyciągnąć leki z bagażnika.

Momentalnie zwolniłem, co parka z tyłu skwitowała wymownym cmoknięciem. Zignorowałem ich jednak, wjeżdżając na duży parking. Zaparkowałem w cieniu wysokiego drzewa i gdy tylko zatrzymałem samochód, Terri wyskoczyła na zewnątrz jak strzała. Uniosłem brwi.

-Chyba faktycznie jej się chciało - wzruszyłem ramionami, przeciągając się.

-Boli mnie tyłek - wyznał Chris.

-A mnie kark – dodałem.

-Przecież jedziemy dopiero dwie godziny - przedrzeźniała nas Lori i wyszła z samochodu. Odprowadziliśmy ją spojrzeniami, zachowując milczenie. Dopiero po chwili popatrzyliśmy na siebie konspiracyjnie.

-To co? Może koniec tej szopki, hm? Myślę, że już wystarczy - pokiwałem głową.

-Tak - przyznał. - Teraz będą przekonane, że może być tylko lepiej i będą nam wdzięczne za udany wyjazd.

-Otóż to, bracie - przybiliśmy piątkę. Westchnąłem. - Uwielbiam interesy z tobą.

-Świnie z nas.

-Może tylko troszkę - wyszczerzyliśmy się, po czym wysiedliśmy na zewnątrz.

Upał był jak zwykle, ale myślę, że inaczej myśli się o słońcu, jadąc na wakacje, a inaczej idąc do szkoły. Tak, z pewnością. Chris odszedł do stacji również skorzystać z okazji, a ja oparłem się plecami o drzwi samochodu, delektując się przyjemnym chłodem cienia. Po chwili poczułem dłonie oplatające mnie w pasie. Uśmiechnąłem się obejmując ją również. Pocałowała mnie krótko.

-Koniec zakładu?

Zrobiłem zdziwioną minę, nie dając po sobie nic poznać.

-Jakiego zakładu?

-Może Terri się na to załapie, ale ja... Już nie bardzo - pokręciła głową. Zaśmiałem się.

-Z ciebie to jest większy krętacz ode mnie, Aniele. - Pochyliłem się trącając nosem jej nos. - Kogoś tu głowa bolała.

-Taka mała sztuczka - wzruszyła ramionami, robiąc skromną minę.

-A masz jeszcze jakieś? - wymruczałem, przyciągając ją bliżej do siebie. Zaśmiała się.

-Zobaczę, co tam się jeszcze znajdzie - uśmiechnęła się. Również się zaśmiałem.

Coś mi mówiło, że to będą najlepsze wakacje mojego życia.


Terri podniosła głowę znad mapy i marszcząc brwi rzuciła okiem na drogę. Ja i Lori siedzieliśmy na tylnym siedzeniu. Dziewczyna spała z głową na moim ramieniu, a ja z sceptyczną miną wpatrywałem się w widok za oknem, starając się nie denerwować. Na ostatnią turę Chris zamienił się kierownicą z Terri, bo - jak sam powiedział - chciał być tym, który doprowadzi nas do Ziemi Obiecanej. Problem polegał jednak na tym, że dziewczyny oglądały okolicę naszych domków w internecie i nie przypominałem sobie, żeby była gdzieś mowa o polach pieprzonej kukurydzy. Zbliżała się już szósta, a my wciąż kluczyliśmy po bocznych drogach.

-Miśku - odezwała się słodko moja siostra. - Jesteś pewien, że dobrze jedziemy?

-Jasne, że tak - żachnął się mój kumpel, zarzucając przydługawymi już włosami na prawą stronę. - Po prostu ty, jako kobieta nie masz tak cudownego kompasu.

-A ty jako facet tak? - Uniosła wyzywająco brwi. Ojej.

-Oczywiście, że tak, Terri.

-Stary, nie chciałbym cię skompromitować przed dziewczyną, ale chyba tym razem jestem z Terri - odezwałem się, odsuwając dłoń od ust. Czułem, jak Chris łypie na mnie groźnie we wstecznym lusterku, ale nie czułem się winny. Byłem zmęczony, jak chyba już wszyscy w tym samochodzie, na dodatek bolały mnie nogi i kark. Chciałem jak najszybciej wyjść z tego cholernego Autobusu Zagłady i wyciągnąć się na łóżku. Na kanapie. Na podłodze. Gdziekolwiek.

-Panikujecie oboje, okej? - mruknął, skręcając w wąską drogę między kłosami dwóch, sąsiadujących ze sobą pól. - Jedziemy dokładnie na miejsce. Jak dojedziemy do końca tej drogi, będzie rozwidlenie. Skręcimy w lewo, podjedziemy troszkę prosto i będziemy na naszym polu namiotowym.
-Co?! - wrzasnęła Terri, a Chris wdepnął hamulec tak gwałtownie, że gdybym w porę nie złapał Lori, dziewczyna wpadłaby pod siedzenia. Brunetka usiadła powoli, przecierając zaspane oczy. Wyglądała ślicznie.

-Co się dzieje? - spytała słabym głosem. Zamrugała kilka razy. - I dlaczego zabijacie Chrisa wzrokiem? Chris, co narobiłeś?

-Ja? Nic nie narobiłem. Odwożę nas na miejsce...

-Na pole namiotowe! Na jebany kemping, głąbie! - warknąłem na niego. Terri miała taką minę, jakby miała ochotę przeszyć go anteną samochodową.

-No, a gdzie indziej mam was wieść, do cholery?! Było mówione, że mieszkamy na kempingu. To jedyne pole namiotowe w okolicy - wzruszył ramionami.

-Domki letniskowe - wycedziła Terri głosem tak potwornym, że aż ciarki przeszły mi po plecach. Lori zerknęła na mnie przerażona.

-Co?

-Mieszkamy w domkach letniskowych, Lucas! - wrzasnęła.

-Ej, spokojnie! - Lori wsunęła się między przednie siedzenia, chcąc utrzymać miotającą się Terri w bezpiecznej odległości od Chrisa. Gdybym nie był tak zmęczony tą naszą pożal się Buddo wprawą, pewnie miałbym niezły ubaw. Ale byłem zmęczony. I miałem dość.

Bez słowa wysiadłem z samochodu i otworzyłem drzwi kierowcy. Nim Chris zdążył się zorientować, złapałem go za szmaty i wytargałem na zewnątrz, wpychając w pole kukurydzy.

-Co ty, kurwa, robisz?! - wydarł się na mnie, gdy usiadłem za kierownicą.

-Terri, proszę, daj mi na chwilę mapę - odezwałem się grzecznie, nazbyt spokojnie. Moja siostra była w zbyt wielkim szoku, więc wziąłem ją sobie sam.

-Seth - odezwała się niepewnie Lori, gdy Chris, klnąc głośno, wsiadł do tyłu. Nikt nie zwracał na niego uwagi. - Jesteś pewny, że to dobry pomysł?

-Jak nigdy wcześniej, Aniele - odparłem, wodząc wzrokiem wzdłuż głównej drogi. Jeśli dobrze się orientowałem, na całe szczęście, pole kempingowe Lucasa znajdowało się tylko pięć kilometrów od naszych domków. Nie mogliśmy być daleko, ale to nie zmieniało faktu, że Lucas był idiotą.

-Nawet z twoim...

-Słuchaj, Mała - odwróciłem się, wbijając w nią nieruchome spojrzenie. - Jazda samochodem wychodzi mi o wiele lepiej niż chodzenie, więc może przestań marudzić i zdrzemnij się jeszcze, co?

-Seth - syknęła Terri. Nie patrząc na nią, oddałem jej mapę. Lori spuściła wzrok.

-I się na mnie nie obrażaj. Myślę, że wszyscy jesteśmy już dostatecznie zmęczeni, więc może dojedźmy w końcu na te nasze pierdolone wakacje, co? Wszyscy za?

Tak jak przypuszczałem, już po dziesięciu minutach udało mi się wyjechać na główną drogę, a stamtąd było już naprawdę blisko. Gdy zatrzymałem się na kamienistej dróżce prowadzącej do Głównego Domku, gdzie najpewniej mieściła się recepcja, Chris zaczął się zgrywać.

-Dokładnie wiedziałem, gdzie jadę.

-Zamknij się - syknęła Terri, wychodząc na zewnątrz. Lori zaśmiała się, również wychodząc. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, Lucas patrzył na nią z niedowierzaniem.

-No nie, Blake. Ty też? - Spojrzał na mnie wymownie. - Wielkie dzięki, stary – mruknął.

-Cała pierdolona przyjemność, po mojej, kurwa, stronie - wyszczerzyłem się i złapawszy Lori za rękę, ruszyliśmy w ślady mojej siostry.

Niech żyje Santa Barbara!

*

Seth otworzył drzwi naszego domku i wymacawszy kontakt, zapalił światło, a potem cofnął się, puszczając mnie przodem. Z zewnątrz bardzo przypominał niewielki domek z ogródkiem, z białym tynkiem i ciemnoniebieskimi drzwiami. Wchodziło się prosto do przestronnego salonu, urządzonego w nowoczesnym stylu, składającego się głównie z pastelowych kolorów. Sporej wielkości okno wychodziło prosto na taras, gdzie stały meble ogrodowe; widziałam tam również niewielką, marmurową fontannę. Zaraz przy drzwiach znajdował się wysoki blat, a za nim dobrze urządzona kuchnia. Na blacie stał duży kosz świeżych owoców, udekorowany tak, że szkoda było niszczyć tę piękną kompozycję.

-Całkiem przyjemnie – powiedziałam, odwracając się do Setha. Kiwnął głową i z cichym jękiem postawił walizki na podłodze, a potem zaczął się rozciągać. Coś trzasnęło mu w kościach i znów jęknął.

-Nigdy więcej nie jadę samochodem tyle godzin – mruknął. Przeszedł przed salon i rzucił się na kanapę z cichym westchnieniem ulgi. - Dziś się stąd nie ruszam.

Uśmiechnęłam się, patrząc na niego z czułością. Ta podróż była bardzo męcząca dla nas wszystkich, ale mimo to bawiłam się wspaniale. Udawane sprzeczki chłopaków wiele zdziałały, ponieważ całe negatywne napięcie spłynęło z nas i później było już tylko lepiej. Pomijając oczywiście drobną pomyłkę Chrisa.

Seth sięgnął na stolik i wziąwszy do ręki pilota, włączył telewizor. Typowe.

-Więc ja rozpakuję nasze rzeczy – stwierdziłam po krótkiej chwili namysłu. Wywrócił teatralnie oczami.

-Lori, daj sobie z tym spokój! Choć tutaj, usiądź i odpocznij. Zrobisz to jutro.

-Nie lubię niczego odkładać na później. Pomożesz mi?

Uniósł brwi.

-Ja umieram – jęknął, kładąc się na wznak jak omdlały. - Ratuj mnie, Aniele!

-Kretyn – roześmiałam się i zabrawszy jedną z walizek, skierowałam się w stronę pierwszych drzwi. Okazało się, że jest to podłużna łazienka, urządzona w podobnych odcieniach jak cały salon. Znajdowała się tam wanna z uchwytem na zasłonę od prysznica, niewielka komódka z grubymi, białymi ręcznikami, umywalka z wiszącym nad nią olbrzymie lustrem, zajmujące większą część ściany, i sedes schowany za wąską ścianką, na której wisiał obraz przedstawiający wzburzone morze.

Zamknęłam drzwi i odwróciłam się. Serce podeszło mi do gardła, gdy zobaczyłam własne odbicie w lustrze, którego wcześniej tam nie zauważyłam. Okazało się, że jest wbudowane w drzwi rozsuwanej szafy. Była tak olbrzymia, że bez problemu zmieściłyby się w niej dwie osoby. Zaraz obok niej znajdowało się wejście do sypialni. Olbrzymie łóżko zajmowało przynajmniej jedną trzecią całego pokoju; na jego widok poczułam lekki strach. Zapewniałam samą siebie, że nie obawiam się tego, co może się tu wydarzyć, ale gdy już znaleźliśmy się na miejscu, zobaczyłam ten domek i tę sypialnię, wszystko wróciło ze zdwojoną siłą.

Zostawiłam walizkę pod ścianą i powoli przeszłam przez pokój. Przesunęłam palcami po miękkiej narzucie, zastanawiając się, czy przyjazd tutaj i zakwaterowanie się w jednym domu był dobrym pomysłem. Co jeśli nadal nie byłam gotowa? Co jeśli spanikuję? Co jeśli on mnie wyśmieje?

-Lori, wszystko dobrze?

Odwróciłam się, wystraszona i wypuściłam ze świstem powietrze. Czy nadejdzie taki dzień, w którym jaśnie pan Knight przestanie się tak skradać?

-Tak, jasne – wykrztusiłam. - Bardzo tu ładnie, prawda?

Oparł się barkiem o framugę i skrzyżowawszy nogi, wbił we mnie badawcze spojrzenie. Momentalnie poczułam, że się czerwienię i odwróciłam się do niego plecami, podchodząc do przeszklonej ściany, gdzie znajdowało się wyjście na taras. Rozsunęłam pionowe żaluzje i otworzyłam drzwi, wpuszczając do środka trochę powietrza.

-Lori, jeśli będziesz się krępować...

-Przyniesiesz drugą walizkę? - spytałam, nadal się nie odwracając. Nie słyszałam, żeby wychodził, ale kiedy się odwróciłam już go nie było. Zamknęłam drzwi i oparłam czoło o rozgrzaną w słońcu szybę. Dlaczego musiałam być tak głupia i niedoświadczona? Czego w ogóle się obawiałam? Seth mnie kochał, nie mógłby mnie skrzywdzić i nigdy nie zrobiłby czegoś, co by mi nie odpowiadało. Ufałam mu, więc powinnam zaufać również w tej kwestii.

Otrząsnęłam się i podeszłam do szafy. Była niewiele mniejsza od tej na korytarzu, ale nie posiadała lustra. Postawiłam walizkę na łóżku i zaczęłam po kolei wyjmować z niej ubrania Setha. Tak jak myślałam, nie wziął ich wiele i zapakował wszystko tak, że większość z nich pogniotła się. Skwitowałam to tylko cichym śmiechem, ale nagle zamarłam, gdy w bocznej kieszeni znalazłam coś, co momentalnie przywołało wszystkie moje obawy.

-Dlaczego babskie walizki zawsze ważą dwa razy więcej? - usłyszałam za sobą i podskoczyłam, gdy rozległ się cichy huk, a potem przekleństwo. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak Seth rozmasowuje stopę, na którą przed chwilą musiał spuścić mój bagaż. W dłoni wciąż trzymałam małe pudełeczko. - O co chodzi?

-Co... Co to jest? - wykrztusiłam. Zmarszczył czoło, a gdy podszedł bliżej i przyjrzał się temu, co trzymam, na moment zdębiał. Jednak zaraz uśmiechnął się lekko.

-No jak to co? Pr...

-Och, wiem, co to jest! - Dlaczego mój głos stał się nagle niebywale piskliwy? Co się ze mną dzieje? - Seth, ja...

-Panikujesz, Aniele – rzucił rozbawiony.

-Seth, bądź przez chwilę poważny.

Westchnął zrezygnowany i wyciągnąwszy pudełeczko z mojej dłoni, schował je z powrotem do walizki. Wargi miał zaciśnięte i czułabym się pewniej, gdyby był choć odrobinę zażenowany lub skołowany. Jego spokój i zachowywanie się, jakby nic się nie stało, przerażało mnie jeszcze bardziej.

Wyprostował się i spojrzał mi w oczy, kładąc dłonie na moich ramionach.

-Lori, powiedziałem ci, że poczekamy, aż będziesz gotowa – wyszeptał. - Nie zrobię nic, jeśli nie będziesz gotowa albo sama naprawdę nie będziesz tego chciała. A to, to tak na wszelki wypadek. Nie miej już tak przerażonej miny, dobra?

Kiwnęłam głową i wymusiłam na sobie uśmiech. Odwzajemnił go i pochyliwszy się, pocałował mnie w czoło, a potem jak gdyby nigdy nic zabrał się za rozpakowywanie walizki. Patrzyłam na niego chwilę, nie wiedząc już, co mam zrobić z mętlikiem, który miałam w głowie. Zaczęłam wyczuwać między nami pewne nieprzyjemne napięcie, którego nigdy wcześniej nie było. Miałam wrażenie, jakby przez całe moje niezdecydowanie, strachliwość i brak doświadczenia, pojawiała się między nami pewnego rodzaju bariera.

Podeszłam do niego powoli, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i szybkie kroki, a potem nawoływanie naszych imion.

-Tutaj jesteśmy, Terri! - odkrzyknęłam. Dziewczyna zjawiła się w drzwiach z uśmiechem rozjaśniającym jej twarz. Miała na sobie bikini, które niedawno kupiłyśmy i wręcz podskakiwała z podekscytowania.

-Ale tu jest super! - zawołała. - Wygląda to o wiele lepiej niż na zdjęciach, prawda Lori?! Cudownie! Jak w raju! Och, co macie takie miny? Idziemy na plażę!

Zerknęłam na Setha, który skwitował jej wypowiedź tylko cichym pomrukiem niezadowolenia.

***
Proszę. Niby późno, ale jednak szybciej niż się spodziewałam. Nie oczekujcie ode mnie, że będę je dodawać w dogodnych *dla was* terminach. Będą one dogodne dla mnie. Dodam kiedy napiszę i będę miała czas.
  • awatar Gość: To mój ulubiony rozdział! Wchodzę tu codziennie i sprawdzam czy dodałaś nowy
  • awatar Gość: Zajebiste !
  • awatar Gość: CUDO :D Już się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału:) Niech oni w końcu to zrobią ;P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Nie. Jednak nie opuszczam SS1. Za dużo pracy i czasu w niego poświęciłam, a żeby teraz go porzucić. Rozdziały będą, ale będą się pojawiać *dużo, dużo rzadziej*. Inaczej nie mogę, przepraszam. Aktualnie się zbieram, aby wziąć się za angielski, niemiecki i matmę, ale nie wychodzi mi za bardzo . Tssaa... Jeszcze jutro kartkówka z niemca ! :C.
Dobra, tyle w temacie. Idę się uczyć, cześć. . :3
  • awatar Gość: Nie mogę się doczekać 47 rozdziału *.*
  • awatar Gość: No właśnie kiedy pojawi się kolejny rozdział?
  • awatar Gość: Kiedy dodasz rozdział? :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 

Urodziny Loraine Blake przeszły do historii jako kolejna zajebista impreza w domostwie niejakiego Knighta. Trochę brakowało mi imprezowania, przyznaję, jednak dotarło to do mnie dopiero, gdy zacząłem tak świetnie się bawić. Mimo wszystko, z Lori było inaczej. Lepiej. Chyba nigdy nie zapomnę tych elektryzujących dreszczy przeszywających moje ciało, gdy jej palce dotknęły mojej nagiej skóry.

Leżałem na kanapie w salonie. W telewizji leciał nowy odcinek Hell's Kitchen, a na stole przede mną stało puste opakowanie po lodach pistacjowych. Gdy wracałem myślami do nocy z przyjęcia, nie mogłem się sobą nadziwić. Jak JA, Seth Knight, mogłem nie wykorzystać okazji? Jak mogłem tak po prostu ostudzić pannę Blake, chociaż wcale nie była pijana! Doskonale wiedziała, co robi, a ja, jak ten ostatni idiota... Co ja jej w ogóle powiedziałem? „To nie może być tak? Nie za pierwszym razem?“. BOGOWIE!

Jęknąłem głośno i złapawszy za poduszkę uderzyłem się nią prosto w głowę. Żałowałem, że nie mam pod ręką czegoś twardszego.

-Zniszczysz matce poduszkę - powiedział męski głos od drzwi. Podniosłem się na łokciach i spojrzałem zaskoczony na mężczyznę, który w tym momencie zupełnie nie wyglądał jak mój ojciec. Co prawda wczoraj wieczorem wrócił z giełdy w Maroku, ale jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. Oczy miał podkrążone, był nieogolony i albo mi się wydawało, albo znacznie posiwiał, odkąd widziałem go ostatnim razem. Jeśli miałbym być szczery, to naprawdę dawno go nie widziałem. Chyba jakoś na przedstawieniu...

Mężczyzna przeszedł przez pokój i z głośnym jękiem zagłębił się w fotelu. Przetarł kciukiem i palcem wskazującym zmęczone, zaczerwienione oczy, po czym spojrzał na mnie. Kąciki ust drgały mu lekko, jakby próbował zmusić je do uśmiechu.

-Wyglądasz okropnie - powiedziałem, jeszcze raz taksując go wzrokiem.

Rozbawiło go to.

-Dzięki, synu - zaśmiał się gorzko. - Staram się.

-Nie, serio mówię - podniosłem się, targany nagłymi wyrzutami sumienia. To Ona była winna, nie On, a odwróciłem się również od Niego. Bez słowa wyjaśnienia. Westchnąłem. - Co jest?

-Nie przejmuj się mną, Seth, naprawdę - uśmiechnął się, co tym razem wyszło mu już trochę lepiej. - Z pewnością masz swoje problemy.

-Ja wcale...

-A’propos problemów - przerwał mi, sięgając do tylnej kieszeni spodni. Rzucił przede mnie białą kopertę. W jednym z rogów widniał herb UCLA. Mimowolnie przełknąłem ślinę. Czułem, że ojciec obserwuje mnie uważnie. - Nic nie mówiłeś, że gdzieś aplikujesz.

-Bo z tym, to trochę długa jest historia - mruknąłem, biorąc kopertę do rąk. Mógłbym przysiąc, że w tamtej chwili ważyła tonę.

-Nie otworzysz?

Przełknąłem, starając się pozbyć rosnącej guli w gardle. Nie miałem pojęcia, dlaczego się tak nagle zdenerwowałem. Przecież od samego początku w ogóle nie chciałem składać nigdzie papierów, a teraz...

Przerwałem bok koperty i wysunąłem list, rozkładając go na kolanach. Przebiegłem wzrokiem po tekście, który, choć wcale mnie nie zdziwił, sprawił w jednej chwili, że cały dobry humor uleciał ze mnie jak spuszczone powietrze z materaca. Wypuściłem ze świstem powietrze.

-Widzę po minie, co jest grane - powiedział Ian. Nie podniosłem na niego wzroku, wciąż wpatrując się w list. - Ale i tak mnie to zastanawia. Dlaczego UCLA?

Uśmiechnąłem się do siebie.

-Wiesz, wydaje mi się po prostu, że to prawda, co mówią. Że naprawdę, z biegiem czasu stajesz się podatny na otaczających cię ludzi. Na ich pragnienia. Na to, gdzie oni by cię widzieli. Gdzie chcieliby, żebyś był. Jak powinna wyglądać twoja przyszłość. A gdy jeszcze jest to ktoś dla ciebie ważny... - urwałem, zdając sobie sprawę z tego, jak daleko zabrnąłem. Od kiedy to zwierzam się ojcu, co? Seth, weź się opanuj, do jasnej matki kurwy!

Myślałem, że ojciec będzie zażenowany moim monologiem. Mimo to, Ian uśmiechnął się, pochylając i oparł łokcie na kolanach.

-A jest ktoś taki, mam rację? - powiedział, uśmiechając się do mnie. Przy zewnętrznych kącikach jego oczu pojawiły się wyraźne zmarszczki. - Panna Katarzyna?

-Ma na imię Lori - wypaliłem szybciej, niż zdążyłem zamknąć sobie usta.

-I to ona cię skłoniła do wysłania aplikacji?

-Sama to zrobiła – prychnąłem.

-A to twarda sztuka. - Ian zaśmiał się. Spojrzałem na niego, jednak nie stroił sobie ze mnie żartów. Naprawdę, co zadziwiające, obchodziło go to, co mówię. - A ty, co? Chciałbyś tam być? Studiować? W Los Angeles?

Westchnąłem i spuściwszy wzrok, zacząłem składać list, po czym starannie wsunąłem go z powrotem do koperty.

-Sam o tym nie wiedziałem, ale teraz, gdy mnie odrzucili, zachciało mi się tego bardziej niż zerwania się od kontynuowania nauki, co miałem w planach - rzuciłem, składając list na pół. Bez problemu zmieścił się w kieszeni moich spodni. - Chyba jestem typem psa ogrodnika.

Ojciec westchnął, odchylając się na oparcie.

-Cholera - mruknął. - Dopiero teraz widzę.

-Co? - zdziwiłem się, marszcząc brwi. Mężczyzna odchylił głowę i wbił wzrok w sufit.

-Jak wiele mnie ominęło - odpowiedział cicho. - Jak wiele straciłem i jak wiele z tego już nigdy nie odzyskam.

Wpatrywałem się w niego, zupełnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nie miałem pojęcia, co takiego się stało, że doszedł do takich, co przykre, ale trafnych wniosków. Czyżby dowiedział się o Robalu i matce? Ale chyba wiedział już wcześniej...

Na szczęście uratowała mnie Terri, która wpadła przez drzwi od ogrodu i rzuciła się na ojca z głośnym krzykiem. Ian na powrót stał się wesołym ojcem po podróży. W milczeniu przyglądałem się jak moja prawie siedemnastoletnia siostra ładuje mu się na kolana, ściskając mocno za szyję. Zacisnąłem szczęki, czując rosnącą w gardle gulę.

-Ale się za tobą stęskniłam! - zawołała. - Wreszcie wróciłeś, tato!

-Wróciłem - powtórzył i posłał mi wymowne spojrzenie znad ramienia dziewczyny. Uśmiechnąłem się. Mimowolnie. - I jak na razie, nigdzie się już nie wybieram.

*

Przez duże okna w salonie Lucasów wpadały ostre promienie słoneczne, grzejąc skórę i sprawiając, że po czole spływały stróżki potu. Chris przytargał ze swojego pokoju sporej wielkości wiatrak, który choć trochę rozwiał tę paraliżującą duchotę. Seth rozłożył się na kanapie, zdjął koszulkę i wachlował się gazetą, kątem oka patrząc na mecz. Tylko Terri uparcie tkwiła na zewnątrz w ogrodzie i opalała się w swoim nowym bikini, nadal obrażona na mnie, ponieważ odmówiłam dotrzymania jej towarzystwa.

Postawiłam na stole miskę z chipsami, na które panowie od razu się rzucili i usiadłam obok Setha. Objął mnie ramieniem, nie odrywając wzroku od ekranu i wepchnął sobie do buzi całą garść. Pokręciłam na to głową, ale postanowiłam się nie odzywać i podciągnąwszy pod siebie nogi, oparłam na kolanach książkę i oddałam się przyjemnej lekturze.

-Co ten skurwysyn wyrabia, do kurwy nędzy?! Au! Seth, popierdoliło cię?!

Uniosłam głowę znad książki, by zobaczyć, jak Chris podnosi z podłogi gazetę, a palcem wskazującym i środkowym rozmasowuje skroń. Zerknęłam na Setha.

-Wyrażaj się, debilu – syknął. Chris zamrugał, popatrzył na przyjaciela, a później przeniósł wzrok na mnie. Jego usta rozciągnęły się w złośliwym uśmieszku.

-Lori, aleś go sobie wytresowała – roześmiał się, zwijając gazetę w rulonik. - Normalnie, kurwa, nieprawdopodobne!

-Mówiłem, żebyśmy zostali u mnie. - Seth wywrócił oczami, a kiedy rozbawiony Chris, rozłożył się wygodnie w fotelu, wychylił się i kopnął go w goleń. Wysoki pisk, który wyrwał się z gardła Lucasa, rozśmieszył również mnie, a Terri ściągnął z ogrodu.

-Co się dzieje? - spytała zaciekawiona.

-Starcie samców – odparłam, nie odrywając wzroku od książki. Seth parsknął śmiechem.

-Szczerze mówiąc, po tym co usłyszałem, co do Chrisa mam teraz pewne wątpliwości.

Terri położyła dłoń na ramieniu swojego chłopaka, który już podrywał się, by się zrewanżować za wcześniejszy atak.

-Młoda, ubierz coś – rzucił po chwili Seth, patrząc na nią z grymasem.

-Mi to nie przeszkadza. - Chris pociągnął ją za rękę, sadzając na swoich kolanach. Kątem oka widziałam, jak Seth powoli zaczyna się gotować, gdy obserwował rękę chłopaka na udzie swojej siostry.

-Zaraz ci zacznie przeszkadzać...

-Lepiej pogadajmy o wakacjach – odezwała się Terri, szybko zmieniając temat. - Nie wiem, jak wy, ale ja zdecydowanie jestem za Santa Barbara. Kosmetyczka dała mi świetne namiary. Wszystkie sprawdziłam. Ceny hoteli są tam bardziej przystępne, plaża ładniejsza, jest wiele interesujących miejsc, które można zwiedzić i blisko mamy do parku narodowego, do którego Lori pewnie będzie chciała się wybrać, by nie umrzeć z nudów.

Terri posłała mi wymowny uśmiech, który odwzajemniłam. Jednak wciąż nie wiedziałam, jak rozwiążę sprawę funduszy na ten wyjazd. I czy rodzice się na niego zgodzą. Gdy wspomniałam o tym kilka dni temu, mama była dość sceptycznie nastawiona, jak do każdego przedsięwzięcia tego typu. Tylko tata uważał, że powinnam wyrwać się z domu na jakiś czas, ponieważ zasłużyłam na odpoczynek po ciężkim roku.

-No to Santa Barbara – odezwał się Seth.

-Terri, ja nie wiem, czy...

-Nawet nie zaczynaj, Lori – przerwała mi ostro. - Wiem, co zaraz powiesz i nawet nie musisz się o to martwić.

-O co chodzi? - zaciekawił się Chris, patrząc na mnie badawczo. - Starzy ci nie pozwolą?

-I nie wiem, czy będę miała pieniądze na...

-Przecież ja mam – wtrącił Seth tonem, jakby to było oczywiste. Popatrzyłam na niego gniewnie. - No co? Pojedziesz z nami, czy tego chcesz czy nie. Kasą się nie przejmuj, a rodziców zostaw Terri. Ma dar przekonywania.

-Nigdy nie zawodzi. - Terri uśmiechnęła się z wyższością. - Szczytem moich umiejętności było przekonanie tych dwóch kmiotów do ubrania garniturów. I co? Udało się! Wszystko inne to bułka z masłem.

Westchnęłam, nawet nie zamierzając komentować zbyt wielkiej pewności siebie, którą cechowała się moja przyjaciółka. Nie miałam wyboru, wiedziałam doskonale, że teraz nic nie wskóram, więc tylko kiwnęłam głową i wstałam z kanapy, by udać się do toalety. Terri zaczęła opowiadać chłopakom o wszystkim, co zaplanowała. Mówiła mi o tym już kilka dni temu, więc nie musiałam przy tym uczestniczyć. Jestem pewna, że tylko Chris uważnie jej słuchał, ponieważ Seth znów skupił swoją uwagę na meczu.

Kiedy wyszłam z łazienki, ostrożnie zamykając za sobą drzwi, rozmyślałam cały czas o tegorocznych wakacjach. nagle zderzyłam się z czymś, a moje palce dotknęły nagiej, rozgrzanej skóry. Usłyszałam cichy śmiech, a potem jęk, gdy uderzyłam go w klatkę.

-Miałeś tego nie robić – mruknęłam z wyrzutem. - Nie lubię, jak tak się skradasz.

-A ja nie lubię, jak mnie bijesz – odparł, rozmasowując zaczerwienione miejsce. Uniosłam głowę i uśmiechnęłam się lekko.

-Niemożliwe, Seth Knight daje się pobić kruchej i niewinnej dziewczynie.

Zmrużył oczy. Zdusiłam śmiech i chciałam go wyminąć, by wrócić do przyjaciół, ale nagle poczułam, jak moje nogi odrywają się od podłogi. Po chwili widziałam tylko podłogę i plecy mojego chłopaka.

-Seth, co ty wyrabiasz?!

-Mszczę się na kruchej i niewinnej dziewczynie.

Pisnęłam cicho, gdy rzucił się biegiem na schody, jakbym ważyła tyle co poduszka i po chwili usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Podniosłam głowę, by dowiedzieć się, gdzie ten wariat mnie wyniósł. Wyglądał na pokój, a właściwie na przytulnie i elegancko urządzoną sypialnię.

-Seth, to sypialnia państwa Lucas – jęknęłam.

-No i co z tego? Teraz ich tu nie ma.

-Seth! - Chciałam uderzyć go w plecy, ale z powodu dezorientacji przez wiszenie głową w dół, moja ręka przypadkowo wylądowała znacznie niżej.

-Czy ty właśnie klepnęłaś mnie w tyłek? - usłyszałam jego rozbawiony głos.

-Postaw mnie!

Świat zawirował przed moimi oczami i po chwili widziałam wszystko tak, jak powinnam. Poprawiłam włosy, które zakryły całą moją twarz i zorientowałam się, że siedziałam na łóżku, które... ruszało się. Rozejrzałam się zdezorientowana.

-Mają łóżko wodne. Ale bajer.

Odsunęłam się, gdy Seth rzucił się na nie i jęknął z rozkoszą. Jego mina wyrażała takie samo uwielbienie, jak wtedy, gdy przed sobą widział lody pistacjowe lub kanapki z masłem orzechowym. Rozciągnął się, a ramiona podłożył pod głowę, przymykając oczy.

-Kiedyś takie sobie kupię – mruknął, sennym głosem. - Sama przyjemność.

-Nie powinniśmy tutaj być. - Otworzył jedno oko. - Seth, to pokój rodziców Chrisa. Jeśli się dowiedzą...

-I co nam zrobią? Lori, musisz się wyluzować. - Złapał mnie za nadgarstek, ciągnąc do siebie, ale nadal się opierałam, zaniepokojona konsekwencjami. - Połóż się i zobacz jak fajnie. No dalej.

Nadal niepewna, położyłam się obok niego, patrząc w stronę otwartych drzwi. Słyszałam odgłosy grającego telewizora i rozgrywanego meczu, a także głosy naszych przyjaciół. Może rozumiałabym, co miał na myśli, twierdząc, że to „sama przyjemność”, gdybym nie była tak wystraszona przebywaniem w tym pomieszczeniu.

-Poważnie, kiedyś takie kupię – powiedział. - Świetnie nadaje się do działań rozrywkowych.

-Słucham?

Zerknął na mnie i roześmiał się.

-Tak, mówię o seksie. Będziesz miała taką minę za każdym razem, gdy o tym wspomnę?

Zacisnęłam wargi i odwróciłam głowę, czując, jak palą mnie policzki. Byłam zła na siebie, że wciąż reagowałam na to w ten dziecinny sposób niedoświadczonej cnotki. A jego nagi tors tylko jeszcze bardziej mnie krępował.

-Muszę ci coś powiedzieć – odezwał się, trochę poważniejszym tonem. Taki wyraz twarzy miał zawsze wtedy, gdy musiał powiedzieć mi coś, co mogłoby mi się nie spodobać. Zaczęłam się niepokoić.

-O co chodzi?

-Dziś rano przysłali odpowiedź z UCLA.

Wypuściłam ze świstem powietrze.

-Masz taką minę, dlatego, że cię przyjęli, prawda?

Pokręcił głową.

-Nie przyjęli mnie.

-Och... - wyrwało mi się. Zmarszczyłam czoło. - Więc dlaczego się smucisz?

-Bo jak mnie odrzucili, to nagle zaczęło mi zależeć. - Przeklął siarczyście i przetarł twarz dłonią. - To twoja wina. Masz na mnie zły wpływ.

Uśmiechnęłam się, patrząc na niego z czułością. Pochyliłam się i musnęłam delikatnie jego wargi. Od razu odwzajemnił pocałunek, przesuwając dłoń na mój kark i wplątując palce w moje włosy.

-Nie martw się, masz jeszcze szansę na innych uczelniach – powiedziałam po chwili. - Nie wszystko stracone.

-Dlaczego tak mocno we mnie wierzysz i jesteś cały czas tak optymistycznie nastawiona?

-Ponieważ wiem, że zasługujesz na więcej – odparłam. - Wiem, że stać cię na więcej, Seth. Zgrywasz pewnego siebie twardziela, a mimo to brak ci wiary we własne umiejętności.

Byłam pewna, że zaraz zacznie się wypierać, ale tylko patrzył na mnie, nie odzywając się. Po chwili jego usta rozciągnęły się w uśmiechu i pogładził kciukiem mój policzek.

-Czym sobie zasłużyłem na kogoś takiego jak ty?

Uśmiechnęłam się, choć po tych słowach serce zaczęło szaleć, a po ciele rozniosło się przyjemne ciepło. Pocałowałam go z uczuciem, a potem oparłam głowę na jego torsie, by wsłuchiwać się w spokojne bicie jego serca. Leżeliśmy tak może przez kilka minut, w milczeniu rozkoszując się tą chwilą.

-Całkiem wygodne to łóżko – odezwałam się po chwili. Jego klatka zatrzęsła się lekko.

-Mówiłem.

-Jutro wreszcie zakończenie roku. Kiedy to zleciało?

-Nie wiem... Moment. Powiedziałaś „wreszcie”? Cieszysz się z końca szkoły?

-Ten rok nie był łatwy. Oczywiście, lubię się uczyć, poznawać nowe rzeczy, przyswajać jak najwięcej wiedzy, ale... Większość z tych osób w wielką chęcią zrzuciłaby na mnie wiadro ze świńską krwią.

-Co takiego? - roześmiał się.

-To metafora, Seth. Mam na myśli jedną z książek Kinga, którą ostatnio czytałam.

-Jest film?

-Tak, ale z lat siedemdziesiątych. Z Travoltą.

Mruknął coś niezrozumiałego pod nosem.

-Dasz mi książkę.

Zaśmiałam się.

-Macie ją w księgozbiorze w domu – odparłam. Westchnął.

-Terri pewnie ci mówiła – powiedział powoli. - Ojciec wrócił.

-Mówiła. Bardzo się cieszy z jego powrotu. Stęskniła się. - Uniosłam głowę i popatrzyłam na niego badawczo. - A ty?

-Mówiąc szczerze... - Zmarszczył czoło, wpatrując się nieruchomym wzrokiem w sufit. - Miło się gadało. Tak, jakbym znów miał ojca. Cholera, gadam jak jakiś mięczak. Twoja wina.

Próbował się roześmiać, ale głos mu drżał.

-Powinieneś tak czuć, Seth. Masz do tego prawo. Chcesz mieć normalną rodzinę i pragniesz, by byli przy tobie. To zrozumiałe, więc nie powinieneś tego traktować, jako powód do wstydu.

Nic nie powiedział, tylko przytulił mnie do siebie i pocałował w czubek głowy.

-Co wy tam robicie?! - Rozległ się z dołu głos Chrisa. - Te skurczybyki oczywiście dają sobie skopać tyłki! Seth, chodź zobaczyć!

Podniosłam się do pozycji siedzącej, ale Seth nie zareagował. Trzymał dłoń na moich plecach, patrząc z grymasem w stronę drzwi.

-Naprawdę chcesz z nimi jechać na wakacje? - spytał z niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się tylko i pociągnęłam go za ręce. Chcąc nie chcąc, musiał wstać.


*


Ze sceptyczną miną przyglądałem się swojemu odbiciu w wielkiej, wypolerowanej na wysoki połysk szybie. Na głowie miałem dziwaczną, kwadratową czapeczkę i właśnie zaczynałem pocić się jak świnia w długaśnej, ciemnozielonej todze, którą miałem narzuconą na ubranie. Do tego ten pierdolony, brązowy frędzelek!

-Kurwa! - warknąłem, uderzając w niego wierzchem dłoni. Stojący obok mnie Chris zaśmiał się i poruszywszy głową, zakołysał sobie przed oczyma frędzelkiem. Co. Za. Matoł.

-Co chcesz? Wyjebane to wdzianko - zarechotał, a ja miałem ochotę uderzyć głową w tą pieprzoną szybę.

Ale cicho.... Spokojnie, Seth. Przecież... To już koniec, racja?

Racja, przyznałem w duchu. Koniec tego wszystkiego.

No, teraz tylko zaklepiesz sobie mopa w jakiejś taniej knajpce i aż do pięćdziesiątki.

Zamknij się.

Sam tego chciałeś. Zapracowałeś na to. Należy ci się,

-Kurwa – powtórzyłem, odwracając się i siadając na niskim murku. Mijająca nas grupka dziewczyn z równoległej klasy posłała w moją stronę zaskoczone spojrzenie. Łypnąłem na nie groźnie, więc przyśpieszyły kroku, powiewając swoimi togami. Zniknęły za drzwiami auli.

-Nie mogę uwierzyć, że to już koniec - pisnął uradowany Lucas. Wywróciłem oczami. - Aż się łezka w oku kręci, normalnie! Stary! Czekaliśmy na to...

-Od pierwszej klasy podstawówki. Wiem - mruknąłem i odchyliwszy głowę, oparłem się o szybę. Zamknąłem oczy.

-Co jest, Seth? - Głos mojego kumpla jakby się zmienił. Czułem, że patrzy na mnie, nieco zakłopotany. Jakby zmartwiony.

-Nie zastanawiałeś się nigdy, że może faktycznie dobrze by było jeszcze się czegoś w życiu nauczyć?

-Nauczymy się i tak, Seth. Samego życia. A to dla mnie o wiele ważniejsze - odparł bez zastanowienia. Westchnąłem.

-Niby tak, ale wyobraź sobie taki obrazek. - Otworzyłem oczy i spojrzałem na jego zdezorientowaną twarz. - Żenisz się z kobietą. Zakładasz dom, rodzinę. Ona jest po pedagogice, medycynie - nieważne. I za każdym razem, gdy spotykacie się gdzieś z jej znajomymi, ty zawsze będziesz Tym Chrisem. Tym Bez Wykształcenia. Co wtedy?

Chris zmarszczył brwi i usiadł obok mnie. Josh Walker i kilku jego kumpli minęli nas, znacznie przyśpieszając. Prychnąłem pod nosem, podczas gdy Lucas myślał. W końcu odwrócił się do mnie, uśmiechając się szeroko.

-Wtedy walę ich po mordzie!

-Zaraz chyba ja ciebie walnę po tej twojej zakazanej mordzie - warknąłem zażenowany. Podniosłem się i wszedłem na aulę. Większość licealistów zupełnie olała zakończenie, więc nie zdziwiłem się, gdy w środku zobaczyłem przeważającą ilość zielonych szat, czyli nas - absolwentów.
Przepchnąłem się pod ścianę, a Chris z nietęgą miną podążał za mną. Terri i Lori również nie przyszły, to nie była impreza dla nich. Jedynie kilka nadgorliwców, którzy chcieli pomóc nauczycielom w rozdaniu nam dokumentów przyszło. Miały czekać na nas przed szkołą już po wszystkim. Chciałem, żeby to się już skończyło. Chciałem...

-Witamy was, drodzy absolwenci, na tej auli po raz ostatni...

Abbey weszła na podium ze swoim nierozłącznym szaliczku, a ja pomyślałem, że będzie mi brakować tej kobiety. Jakby nie patrzeć, zawdzięczałem jej w zasadzie wszystko to, co teraz miałem najważniejszego w życiu. Pasję, dziewczynę, kontakt z siostrą...

Gdy wychodziłem na środek po swoje świadectwo, po sali poniósł się stłumiony szept. Uśmiechnąłem się i wyprostowałem dumnie, czując na sobie palące spojrzenie Roxanne Canavan i Walkera. Dwóch osób spośród wszystkich innych, których zdziwiłem najbardziej. Zmieniłem się i byłem z tego cholernie dumny.

Podając mi świadectwo, Robal nie patrzył mi w oczy. Nie uścisnąłem jego ręki, ale intensywnie się w niego wpatrywałem. Zastanawiałem się, czy spotkał mojego ojca. Czy kiedykolwiek spojrzy w lustro i znajdzie swoje zasrane miejsce na tym pieprzonym świecie. Mi się udało. Dzięki Lori. Dzięki Abbey.

Kobieta w szalu podeszła do mnie jeszcze nim zdążyłem zejść z podium i bez ceregieli uściskała mnie czule na oczach całej szkoły. Poklepałem ją po plecach, czując, że kobieta płacze.

-Jestem z ciebie dumna, Seth - wyszeptała mi na ucho. - UCLA potrzebuje kogoś takiego jak ty, a już moja w tym głowa, żeby się o tym dowiedzieli.

Mrugnąłem do niej.

-Dziękuję, pani profesor - powiedziałem, odsuwając ją od siebie. Wiedziałem, że nawet gdyby bardzo chciała, nic nie wskóra. Byłem przegrany. Na własne życzenie. - Za szansę.

Po tych słowach, kobieta wybuchnęła jeszcze głośniejszym płaczem, a ja, nieco skołowany wróciłem na swoje miejsce.

Gdy było już wreszcie po wszystkim, wszyscy ruszyli do wyjścia. Chris spojrzał na mnie pytająco, ale skinieniem kazałem mu iść z resztą. Musiałem jeszcze chwilę tu zostać. Sam.

Cierpliwie poczekałem aż za ostatnimi maruderami zamknęły się drzwi i wypuściłem ze świstem powietrze. Ruszyłem między rzędami wolnym, spokojnym krokiem. Palcami dłoni raz po raz bębniąc w mijane krzesełka. Gdy doszedłem do sceny bez trudu podskoczyłem i usiadłem na jej brzegu. Jak za czasów prób. Poczułem, że uśmiecham się sam do siebie.

Podniosłem głowę, gdy drzwi do auli otworzyły się i stanęła w nich brunetka. Podeszła do mnie powoli i stanąwszy przede mną, położyła mi dłonie na kolanach.

-Będziesz za tym tęsknić? - spytała, hipnotyzując mnie swoimi sarnimi oczami. Westchnąłem i jeszcze raz przebiegłem wzrokiem po pomieszczeniu. Po skrzypiących drzwiach, obitych w czerwoną tapicerkę krzesłach, po starych reflektorach, po kurtynie.

-Tak - przyznałem w końcu, zdając sobie sprawę, że mówię prawdę. - Nawet ja.

Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie i pogłaskała mój policzek.

-Wszystko się ułoży. Zobaczysz.

Zeskoczyłem ze sceny i spuściwszy głowę, splotłem jej palce z moimi. W jednej chwili poczułem się silniejszy. Jakbym wiedział, że mogę wszystko tylko dlatego, że Ona stoi obok mnie.

*

Mustang zatrzymał się przed klubem, który bardzo dobrze znałam, choć byłam w nim tylko raz. To tutaj zobaczyłam Setha wychodzącego z damskiej toalety w towarzystwie nieznanej mi dziewczyny. Pamiętam, co wtedy czułam, choć tamto wydarzenie miało miejsce kilka miesięcy temu. Jednak ten wieczór miał być zupełnie inny.

-Jeśli nie chcesz tu być, pojedziemy gdzieś indziej.

Popatrzyłam na Setha i uśmiechnęłam się lekko. Część jego twarzy schowana była w cieniu, ale oczy świeciły cudownym blaskiem i przez krótką chwilę nie potrafiłam oderwać od niego wzroku.

-Zostaniemy tutaj. Musimy świętować koniec szkoły, prawda?

Seth przekrzywił lekko głowę, marszcząc czoło w zamyśleniu.

-Od kiedy lubisz takie imprezy? - spytał z uśmiechem tkwiącym w kąciku ust.

-Chcę przeżyć wszystko to, co straciłam w ciągu ostatnich lat – odparłam, spuszczając wzrok na moje kolana. - Nie chcę się już bać, stronić od ludzi, unikać wszystkiego. Zaszywać się wśród krzaków i siedzieć tylko w samotności. Chcę być bardziej otwarta, poznać jak najwięcej świata i...

Urwałam, gdy poczułam, jak Seth pochyla się w moją stronę i łapie mnie pod brodę, bym na niego spojrzała. Pocałował mnie z pasją i uczuciem, czule pieszcząc językiem moje podniebienie.

-Skoro chcesz, Aniele – szepnął z uśmiechem, opierając czoło na moim czole. - Tego wieczora zaszalejemy po sethowsku.

Odsunął się, by wysiąść, ale chyba dojrzał wahanie w moich oczach, bo zatrzymał się z ręką na klamce.

-Ale oczywiście wszystko w granicach przyzwoitości – dodał. - Metoda małych kroczków, która najwyraźniej działa, skoro coraz mniej palę.

-Naprawdę? - uśmiechnęłam się podejrzliwie. - Terri powiedziała mi, że palisz w domu.

Zamrugał.

-Już ja zadbam o ten jej długi język – warknął. - Idziemy.

Wysiadłam z samochodu, a Seth od razu objął mnie ramieniem i poprowadził w stronę wejścia, przy którym kłębił się niewielki tłumek. Starałam się nie wyglądać na zbytnio wystraszoną, ale za każdym razem, gdy mijałam tego olbrzymiego ochroniarza byłam pewna, że zaraz złapie mnie za ramię i zrobi scenę przy tych wszystkich ludziach, mówiąc, że nie pasuję do tego miejsca. Jednak tym razem, gdy tylko nas dojrzał, wybuchnął tubalnym śmiechem i w znaczącym geście przetarł grubymi knykciami oczy.

-Knight?! - zawołał zdziwiony. - Uwaga, bo kot zdechnie!

Zerknęłam na chłopka, który tylko się uśmiechał i nadal prowadził mnie w jego stronę, choć uścisk na mojej dłoni trochę się wzmocnił. Uścisnął mężczyźnie dłoń i dał poklepać się po plecach, a potem wciągnął mnie do klubu, ignorując pytania. Klub sam w sobie nie zmienił się od ostatniego razu. Te same rażące światła, grająca głośno muzyka, plątanina tańczących ciał. Seth poprowadził mnie dalej, po drodze ściskając dłonie kilku osobom. Nie przyglądałam się im, tylko rozglądałam po sali w poszukiwaniu pary przyjaciół. Dostrzegłam chevroleta Chrisa na parkingu, ale wśród tego tłumu nigdy nie mogłam ich wypatrzeć.

-Knight, a to kto?! - usłyszałam pytanie i odwróciłam głowę, rozpoznając chłopaka z rocznika Setha. Czasami widywałam go na korytarzach, ale nie miałam pojęcia, że są kolegami. Pasował raczej do grupy Walkera. Poczułam się niepewnie, gdy chłopak zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu. - Ja pierdolę, to przecież Blake! To wy tak na poważnie?!

-Jak komu pasuje – odparł Seth i klepnąwszy go w ramię, pociągnął mnie w stronę stolików. Puścił moją dłoń i tym razem objął mnie ramieniem w pasie, przysuwając mnie do swojego boku. Poczułam jego usta na mojej skroni. - Będziesz chciała wyjść, to powiedz – powiedział.

-Lepiej poszukajmy Terri i Chrisa – zaproponowałam. Kiwnął głową i ruszył wzdłuż przejścia, cały czas obejmując mnie ramieniem, jakby przed czymś mnie chronił. Uśmiechał się, witał się ze znajomymi, którzy byli również na moim przyjęciu urodzinowym, ale rozglądał się czujnym wzrokiem wokoło. Może było to tylko moje wrażenie, ale od dwóch dni, od kiedy dostał odpowiedź odmowną z UCLA, zdawał się być przygnębiony. Mógł się wypierać, ale zależało mu na tym, gnębiło go, że zmarnował tak wiele szans, a teraz żałował, że wszystko zaprzepaścił. Chciałabym coś zrobić, ale teraz byłam bezradna.

Terri i Chris siedzieli przytuleni przy jednym ze stolików. Skierowaliśmy się w ich stronę, ale w pewnym momencie Seth zatrzymał się; razem z nimi siedział również Samuel Barton. Na nasz widok wstał powoli, jakby nie wiedząc, co teraz zrobić.

-Seth, przyniesiesz mi coś do picia? - spytałam głośno, wieszając się na jego ramieniu. Cały czas wpatrywał się w Sama gniewnym wzrokiem. - Seth, proszę...

-Jasne – mruknął i obrzuciwszy Samuela krótkim spojrzeniem, skierował się w stronę baru. Kiedy zniknął mi z oczu, podeszłam powoli do blondyna.

-Cześć, Lori – rzucił z niepewnym uśmiechem, na który odpowiedziałam tylko skinieniem głowy. - Miło cię widzieć.

-Sam, co tu robisz?

Przetarł dłonią kark w zakłopotaniu i zerknął w stronę pary. Terri przyglądała się nam badawczo, ale Chris zbyt zajęty był swoim drinkiem.

-Przyszedłem z kolegami trochę się rozerwać – odparł, wskazując ręką w stronę stolika kilka metrów dalej. Siedziała tam grupka chłopaków, których znałam tylko z widzenia. - Terri mnie zaprosiła do stolika... - Odchrząknął. - Tak naprawdę od dłuższego czasu chciałem z tobą porozmawiać, Lori. Powiedzieć mi, jak bardzo żałuję, że rozstaliśmy się w taki sposób. I chciałem cię za to przeprosić.

-Nie masz za co – powiedziałam szybko. - Źle to wszystko rozegraliśmy, to prawda i też żałuję, że cię zraniłam, ale...

-Teraz jesteś z Knightem – wtrącił, zerkając gdzieś ponad moim ramieniem. - On jest w porządku. Naprawdę tak myślę. Byłbym kretynem, gdybym wciąż go nienawidził bez konkretnego powodu, a mimo wszystko chcę, by między nami były jako takie koleżeńskie relacje. Brakuje mi tych chwil, które spędzaliśmy razem, Lori.

Nic na to nie odpowiedziałam, ponieważ nie miałam bladego pojęcia, co powinnam powiedzieć, by nie zabrzmiało to niewłaściwie. Na początku było nam razem dobrze, lubiłam spędzać z nim czas, rozmawiać o rzeczach, które nas interesowały, ale nadal pamiętałam o tym, jak mnie traktował. Jednak, czy nie obiecałam sobie, że wszystkie złe wspomnienia wyrzucę ze swojej głowy i będę żyć dalej, jak gdyby nigdy nic? Nie mogłam pozwolić, by przeszłość więziła mnie w swoich ciemnych lochach.

-Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy – powiedziałam tylko, posyłając mu lekki uśmiech. Odwzajemnił go i pożegnawszy się z Terri i Chrisem, ruszył w stronę swoich kolegów. Usiadłam przy stoliku, odpowiadając na zmartwione spojrzenie Terri samym krótkim uśmiechem.

Zauważyłam, jak Seth zmierza do nas, dzierżąc w dłoniach niewysoką szklankę.

-Czego chciał Barton? - spytał, siadając obok mnie. Bez słowa przyłożyłam dłonie do jego twarzy i delikatnie go pocałowałam.

-Nie musisz się tym martwić – zapewniłam. Wzruszył ramionami i odchylił się do tyłu, opierając na oparciu, a ramię położył za moimi plecami. Spojrzałam na drink stojący przede mną i skrzywiłam się lekko. - Wiesz, że nie piję.

-To nic mocnego. Spróbuj.

-Poczekaj, Lori. - Chris sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął swój telefon. - Blake z drinkiem. Normalnie trzeba to uwiecznić!

-Kretyn – syknęła Terri i zdzieliło go po głowie, kręcąc głową z politowaniem. Upiłam jeden mały łyk ze szklanki; lekko zapiekło mnie w gardle, ale smak był całkiem dobry.

-Idziemy tańczyć? - spytałam Setha. Uniósł brew, wyglądając na zaskoczonego, ale uśmiechnął się i wstał, ciągnąc mnie za sobą. Na parkiecie przyciągnął mnie do siebie i położył dłonie na moich plecach, a kiedy zarzuciłam ręce na jego szyję, spojrzałam w te kochane orzechowe oczy, w których tańczyły iskierki rozbawienia.

-Co cię tak cieszy?

-Oczywiście, że ty – odparł z uśmiechem i pochylił się, nieznacznie muskając ustami moje ramię i zadrżałam, gdy przesunął się w górę do mojego ucha. - Nie zapomniałaś, czego cię uczyłem.

-Jesteś bardzo dobrym nauczycielem.

-A ty bardzo ponętną uczennicą – wyszeptał mi do ucha i zaśmiał się, czując jak zadrżałam. - Pojętną. Drobne przejęzyczenie.

-Wariat – parsknęłam śmiechem, delikatnie trącając go w ramię. Uśmiechnął się cwaniacko i odsunął się, okręcając mną dookoła, a gdy znów znalazłam się w jego ramionach, objął mnie i namiętnie pocałował. Na krótką chwilę zapomniałam, że znajdujemy się w zatłoczonym, głośnym i dusznym klubie. Świat wirował, a my razem z nim.

Jednak w tym momencie ktoś wpadł na mnie. Ledwo utrzymałam równowagę, a gdy się odwróciłam, przede mną stał Josh Walker. Seth zamarł i zacisnął pięści, a w jego oczach momentalnie pojawił się nieopisany gniew. Walker uśmiechnął się z wyższością, nie spuszczając z niego wzroku.

-A myślałem, że już nie pojawiasz się w takich miejscach, Knight – odezwał się pełnym jadu głosem. - Od kiedy spadłeś na samo dno.

-Seth, chodźmy stąd – poprosiłam błagalnie, próbując odepchnąć go w stronę wyjścia, ale nie poruszył się.

-Muszę przyznać, że z niezła z ciebie laska, Blake – usłyszałam za sobą. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, tylko nadal próbowałam odciągnąć od niego Setha.

-Odwal się, Walker, bo znowu obiję ci mordę – wysyczał gniewnie Seth, cofając się o kilka centymetrów pod moim naporem. Walker nie był sam; za jego plecami stało kilka jego rosłych kumpli, przy których Seth nie miał szans. Stłukliby go na miazgę, a na to nie mogłam pozwolić. Kątem oka widziałam, jak ludzie wokół nas przestają tańczyć i zaczynają przyglądać się nam z zaciekawieniem. Walker miał widownię, ludzie teraz zwracali na niego uwagę, a to zawsze tylko go podjudzało.

-Seth, proszę cię, chodźmy stąd – jęknęłam prawie płaczliwie. Ton mojego głosu zwrócił jego uwagę. Patrzył na mnie chwilę ze zmarszczonym czołem, a potem złapał mnie za rękę i odwrócił się do wyjścia.

-Co jest, Knight?! Tchórzysz?

W tym samym momencie poczułam, jak dłoń Setha puszcza moją, a on sam leci do przodu, popchnięty przez Walkera. Z mojego gardła wyrwał się krzyk. Udało mu się utrzymać równowagę, ponieważ wpadł na grupkę osób stojącą obok i rozeźlony tak, jak jeszcze nigdy wcześniej odwrócił się w stronę Josha Walkera. Nie wiedziałam, co robić. Moje serce zamarło. Stałam, jak sparaliżowana, modląc się, by coś przeszkodziło im w kolejnej bójce. Patrzyłam błagalnie na mojego chłopaka, który oddychał ciężko, dłonie zaciskał w pięści, a z oczu buchały płomienie. Byłam pewna, że wszystko stracone, ale on wtedy spojrzał na mnie i wypuścił ze świstem powietrze. W tym samym momencie tłum rozstąpił się przepuszczając dwóch ochroniarzy, na widok których Walker zdawał się blednąć na twarzy.

-Co tu się wyrabia? - wykrzyknął ten, który witał nas przy wejściu. Spojrzał na Setha, który tylko wzruszył ramionami, a potem przeniósł wzrok na Walkera. - Znowu ty? Mówiłem, że macie tu nie przyłazić! Wypierdalać mi stąd, natychmiast! Koniec zamieszania!

Walker przeklął siarczyście, ale nie zamierzał awanturować się z mężczyzną dwa razy większym od niego. Obrzucił Setha nienawistnym spojrzeniem i ruszył do wyjścia, potrącając po drodze kilka osób. Drgnęłam, gdy Seth podszedł do mnie i objął ramieniem.

-Wszystko dobrze?

-Myślałam, że znów się pobijecie – wydusiłam z trudem. Popatrzył w stronę wyjścia i skrzywił się z odrazą, a potem uśmiechnął się do mnie.

-Przecież ci obiecałem.

*


Nie było aż tak późno, gdy wyszliśmy na parking. Lori uwiesiła się na moim ramieniu, a ja objąłem ją mocno w pasie, przyciągając do siebie. Cóż, może ten pomysł z dwoma malutkimi drinkami nie był taki dobry. Nie miałem pojęcia, że moja dziewczyna ma taką słabą głowę. Oczywiście nie to, żeby była pijana, ale nie dało się ukryć, że humor jej dopisywał. Nawet, gdyby się chciało.

-Pszczółki. Wiesz, ciekawe jak to jest, gdy ludzie, na przykład na Alasce... Nigdy nie widzieć pszczoły - powiedziała, gdy pomogłem jej wsiąść do samochodu. Byłem pewien, że mogła zrobić to sama, ale z niewiadomych przyczyn czerpałem z tego ogromną przyjemność. Zapiąłem jej pas i przykucnąłem obok, patrząc na nią wymownie.

-Mogłaś mnie uprzedzić, że masz taką słabą głowę - powiedziałem, odgarniając jej włosy z czoła. Zaśmiała się.

-Głowę? To ja mam głowę?

-Słodki Buddo...

-Żartuję, Seth. Nie jestem pijana.

Spojrzałem na nią sceptycznie.

-Zachowujesz się jakbyś była.

Zrobiła zamyśloną minę, po czym złapała moją twarz w obie dłonie i złożyła mokrego całusa na czubku mojego nosa. Prychnąłem rozbawiony i podniosłem się. Zamknąłem za nią drzwi i usiadłem na miejscu kierowcy, odpalając silnik. Lori bawiła się puklem swoich włosów.

-Wracając do pszczół - powiedziała, zakręcając włosy na palcu wskazującym. - Miałeś kiedyś taki słodki plasterek. Wyglądałeś wtedy jak Kubuś Puchatek.

Wyjechałem na drogę i zerknąłem na nią kontem oka, skonsternowany.

-Dlaczego akurat Kubuś Puchatek? - spytałem.

Dziewczyna nie odpowiedziała mi. Zatrzymałem się na podjeździe przed jej domem. W żadnym oknie nie paliło się światło. Lori rozpięła pas i odwróciła się w moją stronę.

-Chcesz wejść na chwilę? - spytała, opierając głowę o zagłówek. Jeszcze raz rzuciłem okiem na jej dom.

-Nie ma twoich rodziców?

-Są. Ale już śpią - wzruszyła ramionami, przybliżając się do mnie. - Mają mocny sen.

Przełknąłem ślinę, czując jak puls zaczyna mi skakać. Pokręciłem głową.

-Chyba jednak faktycznie wypiłaś o jednego drinka za dużo - powiedziałem powoli. Ręka dziewczyny zjechała po moim ramieniu i z pewnością miała wylądować na mojej nodze, ale niefortunnie podjechała trochę wyżej. Momentalnie drgnąłem, czując lodowaty dreszcz przebiegający po plecach. Wydałem z siebie niekontrolowany śmiech i szybko zabrałem dłoń dziewczyny, splatając nasze palce. - Cofam to. O dwa za dużo.

-Och, Seth, daj spokój. - Wzniosła dłonie do góry. - Przecież zupełnie nic mi nie jest i chyba należy nam się trochę czasu razem od czasu do czasu, prawda?

-No dobra - zgodziłem się w końcu, myśląc o furii pani Blake. - Ale tylko na chwilę.

Weszliśmy na werandę, przy czym Lori przekonała mnie i siebie, że naprawdę umie jeszcze chodzić. Nacisnęła klamkę i na palcach wślizgnęliśmy się do środka. W korytarzu panował półmrok. Gdzieś z salonu dobiegało nas tykanie zegara. Ale tylko to. Dom spał.

Lori złapała mnie za rękę i pociągnęła w mrok na schody. Ona chodziła nimi dzień w dzień, więc bez trudu trafiała na stopnie. Ja co chwile potykałem się, sycząc pod nosem. Lori chichotała cicho, więc bałem się, że obudzimy jej rodziców, ale żadne drzwi nie otworzyły się z hukiem. Nikt nie przyłożył mi strzelby do pleców.

Odetchnąłem dopiero, gdy wreszcie znaleźliśmy się w pokoju dziewczyny. Lori zapaliła malutką lampkę przy łóżku, a ja rzuciłem się na nie, wzdychając głośno. Spojrzała na mnie pytająco.

-Chyba wciąż boję się twojej matki - wyznałem rozbawiony. Dziewczyna ściągnęła gumkę z włosów i przeczesawszy je palcami, usiadła na brzegu łóżka. Przyglądałem jej się w milczeniu.

-Co myślisz o tych wakacjach? - rzuciła, patrząc na mnie kątem oka. Wzruszyłem ramionami na tyle, na ile pozwalały mi na to poduchy.

-Będzie fajnie. Jeśli tylko Terri i Lucas nie będą przesadzać.

Lori uśmiechnęła się, łapiąc mnie za dłoń. Ścisnąłem ją, myśląc, o tym, jak bardzo jest delikatna.

-Może to głupie, ale cieszę się, że będziemy mogli spędzić dwa tygodnie razem - powiedziała, a jej kciuki zataczały kręgi na moim nadgarstku. - Jeśli tylko moi rodzice się zgodzą.

Uśmiechnąłem się.

-Terri zdziała wszystko. Zobaczysz. - Lori również się uśmiechnęła i uklęknęła obok mnie na łóżku. - Powiesz mi teraz, co chciał Barton?

-Czy to naprawdę takie ważne? - Wzniosła oczy na sufit. Zmarszczyłem brwi.

-Jak robisz z tego taką cholerną tajemnicę...

-Chciał się przyjaźnić - wzruszyła ramionami. - Nie licząc tych despotycznych, były też dobre chwile. Dogadywaliśmy się.

Zacisnąłem wargi w wąską linię i wbiłem wzrok w okno. Uliczna latarnia rzucała swój blask na rosnące w ogrodzie drzewo. Wiał wiatr, a cienie liści i gałęzi tańczyły na podłodze.

-Seth – mruknęła, podnosząc się i nim zdążyłem zareagować, usiadła mi na brzuchu. Uniosłem ze zdziwienia brwi. - Przestań o nim myśleć, dobrze? Samuel to dobry chłopak, mimo wszystko, ale i tak to ty jesteś dla mnie najważniejszy.

Prychnąłem pod nosem, ale położyłem dłonie na jej udach. Westchnęła zniecierpliwiona moim milczeniem.

-Wiesz, że gościa nie cierpię - wydusiłem z siebie w końcu. - Ale nie mam zamiaru się w niego bawić. Nie będę ci niczego zabraniał. Rób, co chcesz, ale gdy tylko położy na tobie swoje brudne łapska...

Lori zaśmiała się i pochylając się, pocałowała mnie w usta. Znowu się uspokoiłem.

-I właśnie dlatego kocham ciebie, a nie jego.

Uśmiechnąłem się, przysuwając ją do siebie. Zacisnąłem dłoń mocniej na jej udzie.

-Tylko dlatego? - uśmiechnąłem się, słysząc jej urwany oddech.

-Nie. Nie tylko - wyszeptała, po czym pogłębiła pocałunek. Złapała mnie za dłonie i przycisnęła mocniej do materaca.

Uciekaj, stary. Wiej!

-A-a-a! - zaśmiałem się i odsunąłem ją od siebie, zwalając na materac. Spojrzała na mnie tymi swoimi sarnimi oczami i już zacząłem się zastanawiać, jak zajebiście silny jestem, mogąc się jej oprzeć. Pewnie gdybym nie czuł do niej tego, co czuję, już dawno bym ją rozebrał.

Dziewczyna obróciła się na plecy i wsunęła palce we włosy.

-Co ty ze mną robisz, Seth - mruknęła bardziej do siebie. - Czuję się teraz, jak jakaś napalona Canavan.

Objąłem ją i przytuliwszy do siebie, pocałowałem w skroń.

-Ale ty nie jesteś Canavan - wyszeptałem. Wplotła palce w moje włosy, przytulając się do mnie. - A ja już nie jestem tamtym Sethem Knightem. Chociaż nie wiem, jak długo jeszcze dam radę się tobie opierać - zaśmiałem się.

Nie odpowiedziała, tylko mruknęła coś niezrozumiale pod nosem, a gdy wychodziłem, pocałowała mnie tak delikatnie, jakbym był ze szkła. Chyba właśnie za to ją uwielbiałem. Nigdy tak naprawdę nie miałem pewności, co chodzi jej po głowie.


*

Przykro mi, ale jest coraz gorzej... Powiem tyle : *nie mam czasu na pisanie opowiadnia..* nie mówię, że go od razu porzucę, ale.. Rodziały będą się pojawiać *dużo, dużo* rzadziej. Może jeszcze nie teraz.. Chcę dla Was pisać, ale to już nie moja wina. :C. Na razie jeszcze się nie poddaje, ale nie wiem co będzie dalej, jak długo wytrwam. Wiem tylko tyle, że *rozdział 50 na 1000 % pojawi się jeszcze na blogu*, a co dalej? Tego już nie wiem. *Przepraszam*. :C. :C.
  • awatar Malinowaa.: Jeśli opuścisz bloga.. To Cię zjem! ;d Pisz rzadziej ale pisz ;3
  • awatar cm_cm: Może powinnaś pisać tylko w weekendy żeby nie zawalać nauki, to by było chyba najlepsze rozwiązanie. A tak w ogóle to rozdział jak zwykle cudowny :) No i czekamy kiedy oni w końcu to zrobią :)Czekam na kolejny rozdział :)
  • awatar Gość: nie bawię się tak ;/ możesz dodawać rozdziały radziej, ale nie waż mi się bloga opuszczać ;p bo bdzie źle :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Drżącą dłonią wybrałam numer mojej przyjaciółki. Siedziałam na łóżku w moim pokoju, z zarzuconą na ramiona marynarką. Całym moim ciałem wstrząsały dreszcze, twarz była opuchnięta od płaczu, a przez głowę przedzierał się pulsujący ból. Długo nie mogłam się uspokoić, siedząc na werandzie i dopiero, gdy łzy wykończyły się, weszłam do domu, który na szczęście świecił pustkami. Nie byłam w stanie odpowiadać na żadne pytania rodziców. Chciałam tylko, by Seth wrócił tutaj, przytulił mnie do siebie, wybaczył mi moją bezmyślność. By wszystko wróciło do normy.

Otarłam policzki, wciąż słysząc głuchy dźwięk oczekującego połączenia. Po czterech takich sygnałach rozłączyłam się i opadłam na poduszki, podkulając do siebie nogi. Telefon ściskałam w dłoni i patrzyłam na jego wyświetlacz, który zdobiła fotografia naszego stawu. Bardzo chciałam, by Seth właśnie teraz zadzwonił do mnie. Jego kojący szept naprawiłby wszystko.

Podskoczyłam, gdy komórka zaczęła wygrywać melodię z refrenu piosenki Trading Yesterday. Co prawda, nie dzwonił Seth, ale i tak odetchnęłam z ulgą.

-Zatłukę tego sukinsyna – usłyszałam gniewny głos dziewczyny. - Próbowałam z nim porozmawiać, ale on oczywiście, wykopał mnie z pokoju!

-Terri, ja...

Głos po drugiej stronie momentalnie ucichł.

-Ty płaczesz? - zaniepokoiła się. - Więc o to chodzi? Dlatego był taki wkurzony? Nie mów, że się pokłóciliście. Wy się nigdy nie kłócicie.

-Dowiedział się o tych wszystkich docinkach - wykrztusiłam, podnosząc się do pozycji siedzącej. - Roxanne mu powiedziała...

-Jak bardzo się wkurzył?

-A jak myślisz? - Pociągnęłam nosem i sięgnęłam do szuflady stolika nocnego po paczkę chusteczek. - Był naprawdę rozgniewany... Terri, miałaś rację. Nie powinnam tego przed nim ukrywać.

-No jasne, że nie – prychnęła. - Nie nauczyłaś się jeszcze, że kłamstwo ma krótkie nogi? Wybacz, Lori, ale znasz moje zdanie na ten temat. Co było to się nie odstanie, ale trzeba żyć dalej. Poza tym, to wasza pierwsza poważna kłótnia z tego, co widzę. Szybko wam przejdzie.

-Ale on mówił takie rzeczy... Terri, nie wiem, co teraz zrobić. - Po moich policzkach znów popłynęły łzy, które szybko otarłam. - Też powiedziałam słowa, których teraz żałuję. Nigdy nie powinien ich ode mnie usłyszeć...

-Co mu powiedziałaś?

-Powiedziałam... - zawahałam się. - Powiedziałam mu, że może Roxanne miała rację, mówiąc, że nie jestem dla niego odpowiednia i że... może nie pasujemy do siebie. Terri, ja tak wcale nie myślę! Miałam takie obawy jeszcze niedawno, ale wiele się zmieniło.

-Myślę, że jemu powinnaś to powiedzieć.

-Tak, powinnam. I chyba zrobię to jeszcze dzisiaj. - Podniosłam się z łóżka, jakby napędzona jakąś nieopisaną siłą. - Nie wytrzymam do jutra. Muszę z nim porozmawiać i wszystko wyjaśnić.

-Dzisiaj? - zdziwiła się. - Lori, jest już późno. Najlepiej będzie, jak poczekacie z tym do jutra. Ty wszystko przemyślisz, on wszystko przemyśli. Poza tym takie działanie w napięciu jest do ciebie całkowicie niepodobne.

-Wiem. Ale mam dość robienia rzeczy, które są do mnie podobne – mruknęłam. Seth nauczył mnie, że życie może być przyjemne, jeśli tylko sami odpowiednio z niego skorzystamy. Nie będę wszystkim bez przerwy się zadręczać. Dłużej tak nie wytrzymam.

-Wiesz co... Przerażasz mnie – roześmiała się i po chwili słyszałam tylko dźwięk urwanego połączenia. Przerażałam samą siebie.


*


Z niespokojnego snu obudziło mnie głośne brzęczenie telefonu. Jęcząc głośno, przewróciłem się na drugi bok i zacząłem błądzić palcami po panelach. Gdy w końcu natrafiłem na telefon, ten zdążył już umilknąć. Przetarłem palcami bolące oczy i spojrzałam na godzinę akurat w momencie, w którym dostałem wiadomość. Od Lori.

Zupełnie zbity z tropu odczytałem wiadomość.

„Mam nadzieję, że cię nie obudzę. Proszę, zejdź na dół. Jeśli chcesz“.

Czy chcę? Dobre sobie.

Odrzuciłem na bok kołdrę i tak jak stałem, rzuciłem się do drzwi. Zachowując już więcej ostrożności, zbiegłem na palcach po schodach. Przez chwilę męczyłem się z zamkiem w drzwiach, ale w końcu udało mi się z nim uporać. Dłonie mi się trzęsły. Nie miałem pojęcia dlaczego...

Moją nagą klatkę piersiową uderzył chłód nocy, ale nie to się liczyło. Przede mną stał mój anioł. Jej ciemne włosy spływały puklami na naciągnięty obszerny sweter w kolorze szarej wełny. Zlustrowałem ją wzrokiem, chłonąc jej obraz. Jej nogi opinały czarne legginsy, a stopy miała wsunięte w balerinki. Czułem się tak, jakbym nie widział jej rok, a nie parę godzin.

Może jednak nie pasujemy do siebie

-Seth - wyszeptała, opuszczając głowę.

-Co się stało? - wysiliłem się na obojętny ton i splatając dłonie na piersi, oparłem się barkiem o framugę drzwi. - Jest pierwsza w nocy.

-Wiem, przepraszam. - Jej wzrok palił mi skórę. - Ale nie mogłam... Nie umiałam... Musimy porozmawiać teraz. Nie wytrzymam do jutra.

-Technicznie rzecz biorąc, już jest jutro - rzuciłem chłodno, na co Lori odwróciła się na pięcie. Szybko złapałem ją za łokieć. - Wchodź.

Przesunąłem się z jej łokcia na dłoń i zamknąwszy za nami drzwi, pociągnąłem ją w głąb domu. Lori szła za mną, stąpając praktycznie bezszelestnie. Wyszliśmy na taras i wciąż nie puszczając jej dłoni, przeprowadziłem ją przez ogród do altanki. Usiadłem na zielonej ławie i puściłem jej dłoń.

-Tu możemy porozmawiać – rzuciłem, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach. Dziewczyna stała chwilę nade mną, po czym westchnęła cicho i opadła z gracją na miejsce obok mnie. Nie musnęła mojego ramienia. Dzielił nas zimny, sztuczny dystans, choć w głębi pragnąłem znaleźć się jak najbliżej niej.

Może jednak nie pasujemy do siebie

-Przepraszam, że nic nie powiedziałam ci wcześniej - zaczęła cicho, bawiąc się palcami. - Bałam się twojej reakcji. Bałam się, że się pokłócimy, ale najwyraźniej na niewiele mi się to zdało - zaśmiała się, bez cienia wesołości. Westchnąłem.

-Trochę namieszałaś - mruknąłem, kiwając głową. - W mojej głowie przede wszystkim.

-Seth, ja...

-Nie - przerwałem jej. Odwróciłem się tak, żebym mógł bez przeszkód spoglądać jej w oczy. Pomimo panujących wokół ciemności widziałem jarzące się, dwie malutkie iskierki. - Jesteś warta więcej niż tuzin Canavan, dlatego nie możesz pozwolić sobie na takie traktowanie. Nie, nie przerywaj mi. - Podniosłem dłoń, widząc, że otwiera usta. Szybko je zamknęła. - W zasadzie już nie wiem, na co jestem najbardziej wściekły. Na Roxanne, na siebie, na całe to miasto, czy na słowa.

-Na słowa?

-Może jednak nie pasujemy do siebie - wyrecytowałem gorzko.

-Ja nie miałam tego na myśli. Ja... - urwała, odwracając głowę. - To prawda, ale...

Wyprostowałem się tak gwałtownie, że spojrzała na mnie. Czułem się tak, jakby właśnie mnie spoliczkowała.

-Jak możesz...

-Nie, nie... Sama gubię się w tym, co chcę powiedzieć... - Pokręciła szybko głową. Poczułem zapach jej włosów. Zakręciło mi się w głowie. Jęknąłem, przeczesując palcami włosy. Po prostu nie-kurwa-prawdopodobne.

-Cholera jasna, Lori! - warknąłem. - Miałem nadzieję, że ten temat mamy już dawno za sobą!

-To powiedz mi! - Zaskoczyła mnie nagła stanowczość w jej głosie. - Spójrz mi w oczy i powiedz mi, że tacy ludzie zwykli ze sobą być. Powiedz mi, że tak jest urządzony ten świat. Że tak naprawdę może być.

-Tak musi być, Lori! - Patrzyłem na nią, a ona na mnie. Westchnąłem cicho, wciąż patrząc jej w oczy. - Nie. Ludzie tacy jak my nie są ze sobą, bo nie ma drugich takich jak my, Lori. A ten świat urządzamy sami! Teraz ty mi coś powiedz - dodałem, gdy opuściła wzrok. Złapałem ją za brodę, eliminując kolejną próbę ucieczki. - Spójrz na mnie i powiedz mi, że nic do mnie nie czujesz. Jako pierwsza osoba na tym pieprzonym świecie powiedziałaś, że mnie kochasz. Patrz więc na mnie i powiedz mi. Powiedz mi, że kłamałaś. Powiedz, że nie czujesz się ze mną dobrze. Powiedz, że mnie nie kochasz, do jasnej cholery.

Milczała, błądząc oczami po mojej twarzy. Słyszałem jej przyśpieszony oddech, gdy podniosła rękę i złapała mnie za dłoń, odciągając ją od swojej brody.

-Nie mogę. - Pokręciła głową. - Nie będę już kłamać.

Nie wytrzymując już dłużej, objąłem ją w pasie i wręcz brutalnie przyciągnąłem do siebie. Wpiłem się w jej usta z taką zachłannością, że aż straciłem dech. Usiadła okrakiem na moich kolanach, błądząc dłońmi po moich włosach. Nikt nie miał racji. Byliśmy dla siebie stworzeni. Tylko ona i ja. Nasze ciała i przyśpieszone oddechy.

Uniosłem ją lekko w górę, jeszcze bardziej przyciskając do siebie. Czułem delikatne drapanie w miejscach, w których jej wełniany sweter ocierał się o moją nagą skórę. Zszedłem ustami na jej szyję, a ona odchyliła głowę do tyłu. Na dłoni, którą ją trzymałem, poczułem dotyk jej długich włosów, a drugą pojechałam w górę, wzdłuż linii jej uda, po biodrze, aż zatrzymałem się na jej lewej piersi, zaciskając na niej dłoń. Czułem się jak pierdolony prawiczek. Jakbym dotykał kobiecych piersi po raz pierwszy. Po moich plecach przebiegł gorący dreszcz. Nie opierała się. Czułem, jak jej paznokcie znaczą moje plecy długimi śladami i wróciłem do góry. Rozchyliłem językiem jej pełne wargi, z których wydobyło się westchnienie, stłumione w moich własnych ustach. Jej dłonie zjechały po mojej piersi, przyjemnie drażniąc mi skórę. Wiedziałem, że jeżeli zaraz nie przestanę, już się nie zatrzymam.

Czując, że tracę luzy w spodniach od piżamy, Lori tym razem nie zwróciła na to uwagi. Przylgnęła do mnie jeszcze bardziej, ale przestała mnie całować. Schowała twarz w zagłębieniu na mojej szyi, oplotła mnie mocniej nogami. Zsunąłem dłoń z jej piersi na biodro i westchnąłem cicho, próbując wyrównać oddech. Nie chciałem jej puścić. Nie potrafiłem.

-Kocham cię - szepnęła cicho, prostując się i spoglądając w moje pokrytą mgłą oczy. - I obiecuję, że już nigdy cię nie okłamię. Nie będę się już bać.

-Nie masz czego. Ten świat i tak należy do nas.

Uśmiechnęła się, ponownie mnie całując.

Kołysałem ją w swoich ramionach, aż wstał blady świt.


*


Całe ostatnie dwa tygodnie zleciały niebywale szybko. Dni w szkole mijały na błogiej sielance, przemykając przez moje palce jak woda i nie zatrzymując się na dłużej w mojej pamięci. Ważny był tylko ten czas, który spędzałam z Sethem. Ktoś kiedyś powiedział, że kłótnie umacniają związek – miał świętą rację.

Postanowiłam, tym razem na dobre, że przestanę zwracać uwagę na otaczający mnie świat. To, co nieważne, nie interesowało mnie. Może takie podejście nie było odpowiednie, ale dzięki temu łatwiej przychodziło mi docenianie tego, co mam. Życia innych są znacznie bardziej pochmurne, a moje ogrzewa moje własne słońce.

Gdy egzaminy ostatnich klas dobiegły końca, szkoła praktycznie opustoszała. Nie wpadłam ani na Roxanne Canavan, ani na inne nieprzychylne mi osoby. Niewiele dni pozostało do końca roku, więc żyłam tylko z myślą o wakacjach i z tym, że ani jej, ani nawet Josha Walkera już nigdy nie zobaczę.

Wszystko zaczęło się układać. Więcej czasu zaczęliśmy spędzać w czwórkę; kilka razy poszliśmy do kina, często przesiadywaliśmy w domu Chrisa, który zawsze świecił pustkami i oglądaliśmy różne filmy na jego czterdziestocalowym ekranie. Terri przekonywała nas również do pójścia na bal maturalny, jednak ani ja, ani Seth nie byliśmy tym zainteresowali. Chris również, ale w końcu uległ namowom Terri. Moja przyjaciółka wyglądała pięknie w długiej jasnobłękitnej sukni, jak na nią dość skromnej. W głębi żałowałam, że ominie mnie ten bal, ale pamiętałam, że już za rok pójdę na mój własny bal maturalny i mam nadzieję, że moim partnerem będzie Seth Knight.

Coraz częściej zaczynałam myśleć o naszej wspólnej przyszłości. O tym, co będziemy robić za miesiąc, za pół roku, za rok i czy nadal będziemy razem za dziesięć lat. Widziałam siebie, podążającą nawą w stronę ołtarza, przed którym stał, nerwowo poprawiając ciasny krawat. Widziałam nas razem wprowadzających się do przytulnego domu gdzieś na przedmieściach. Oczami wyobraźni obserwowałam go, urządzającego pokój dla naszego dziecka i uśmiechającego się tak, jak kochałam najbardziej. Przyglądałam się nam, siedzących i tulących się do siebie w naszym salonie i wspominających czasy, gdy poznaliśmy się nad stawem i spędzaliśmy tam każde wieczory. Śmialibyśmy się z tego, w jakim kierunku potoczyło się nasze życie.

Wszystkie te marzenia były proste, zwyczajne, ale mogłyby się spełnić, gdybyśmy tylko tego bardzo chcieli.

W ciągu tych kilku dni udało mi się zrobić kilka ważniejszych planów. Pierwszym z nich było poszukiwanie pracy na wakacje. Na moje szczęście znalazłam ją dość szybko, dzięki Sandrze. Jej dobra znajoma prowadziła butik w centrum i przyjęła mnie do siebie bez żadnych sprzeciwów czy też podań i listów motywacyjnych. Twierdziła, że miałam idealne rekomendacje, a ja nawet nie wiedziałam od kogo. Pewne było to, że do końca życia będę miała dług wdzięczności wobec Sandry i zapewne nigdy go nie spłacę. Pracę miałam zacząć za kilka dni.

Razem z Terri rozmyślałyśmy również nad wakacjami. Nie byłam pewna, czy będę mogła wziąć jakikolwiek urlop, jeśli zacznę pracować, ale mimo to miło było snuć najróżniejsze plany odnośnie naszego pobytu na zachodnim wybrzeżu. Nigdy tam nie byłam. Nigdy nawet nie wyjeżdżałam na wakacje. Oczywiście, Seth słysząc, co zamierzamy, stwierdził, że ma zamiar relaksować się z dala od ciągle obściskującej się pary. Powiedział również, że wpadł na zupełnie inny pomysł, o którym nie powie mi, dopóki nie przyjdzie odpowiedni moment. Od tego momentu zaczęłam się obawiać tego, na co mógł wpaść i coraz bardziej denerwować, ponieważ nie lubiłam jego niespodzianek. Zapewne dlatego, że przy ukrywaniu ich był tak podejrzanie z siebie zadowolony i niezwykle irytujący.

A dzisiejszego ranka, gdy tylko moje oczy powitały ten nowy dzień, czułam, że czekają mnie wyjątkowe chwile, o których długo nie zapomnę. Dziś były moje osiemnaste urodziny i zamierzałam spędzić je w gronie przyjaciół, mojego chłopaka i ukochanych rodziców, nie planując żadnych większych przyjęć. Niestety, musiałam zapomnieć, że rodzina Knightów nigdy nie przyjmie czegoś takiego do wiadomości.


*


Z ulgą przywitałem sobotę. Egzaminy były jak wrzód na tyłku, a wraz ze wschodem sobotniego słońca poczułem się tak, jakby nigdy go tam nie było. Znów czułem się błogi i wolny, choć nawet nie starałem się zastanawiać nad tym, jak mi poszło.

Od czasu poniedziałkowej sprzeczki z Lori, miałem wrażenie, że zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Gdy tylko się widzieliśmy, dziewczyna prawie instynktownie wtulała się w moje ramię. Dopiero teraz wszystko wyglądało tak, jak zawsze to sobie wyobrażałem. Żadnych granic. Żadnych „bo patrzą“. Staliśmy się panami naszego losu i wreszcie nie musiałem się martwić, czy aby na pewno Lori pozwoli mi się pocałować na stołówce, czy pod klasą. Czy nie trzymam za nisko dłoni. Roxanne Canavan nie pokazała się mi na oczy od pamiętnego poniedziałku, więc byłem z siebie zadowolony, gdy w dwa tygodnie później, w piątek otworzyłem oczy.

Czułem jakiś wewnętrzny niepokój przed dzisiejszym dniem. Razem z Terri i Chrisem planowaliśmy go od tygodnia i chciałem... Naprawdę, pierwszy raz w życiu chciałem, żeby wyszło perfekcyjnie. Nawet bez gadania włożyłem na siebie te ubrania, które przygotowała dla mnie Terri. Na rano miałem mieć czarne, wąskie dżinsy, szerokie w kroku. Do tego ciemnogranatowa bluzka z długim rękawem. Nie wiedziałem, co takiego jest w tej koszulce, bo przecież takie spodnie nosiłem dość często, że Terri wybrała ją dla mnie z szafy, ale nie chciałem się spierać. Mając pewność, że nie tylko ja nad wszystkim panuję, czułem się pewniej.

Nad włosami również spędziłem dłuższą chwilę. Wczoraj wieczorem Terri zaciągnęła mnie do fryzjera i teraz miałem na głowie coś w stylu małego dinozaura. Zaczesałem je palcami do tyłu. Krótkie, pojedyncze pasma ułożyły się, jakby się zdawało samoistnie, ale wciąż coś mi w nich nie odpowiadało.

-Och, przestań do kurwy - warknąłem do swojego odbicia w lustrze i szybko opuściłem łazienkę, z torbą na ramieniu.

W kuchni zastałem już siostrę i Chrisa. Lucas wpieprzał kanapki z awokado, a Terri siedząc obok niego na blacie z miską płatków w dłoni, przeglądała poranną gazetę. Widząc mnie w drzwiach, uważnie zlustrowała mnie spojrzeniem. Zacmokała.

-No, chyba działam cuda - mruknęła, wyraźnie zadowolona. Chris uśmiechnął się do mnie i skinął głową. Warknąłem cicho i przeszedłszy przez pomieszczenie, porwałem z blatu jedno zielone jabłko.

-Sam nie wiem, dlaczego się tak tym wszystkim przejmuję - rzuciłem, siadając obok Terri. Siostra zepchnęła mnie jednak błyskawicznie. Posłałem jej pytające spojrzenie.

-Pobrudzisz się. Mam tu mleko.

-Och, daj mi spokój - warknąłem i ponownie usiadłem obok niej. - Czyli wszystko mamy ustalone, tak? - upewniłem się.

-Jedziemy do szkoły osobno. Po lekcjach odwozisz ją do domu, albo i nie. Na szóstą macie bilety, więc umów się z nią już o piątej - zarządziła Terri. - Możesz ją zabrać, jeśli chcesz.

Pokiwałem pokornie głową, jeszcze raz chłonąc cały plan.

-My w tym czasie urządzamy chatę. Ludzie przychodzą o ósmej, więc nim wrócicie, impreza zdąży się trochę rozkręcić - uzupełnił Chris i poklepał mnie po plecach. Mało brakowało, a zakrztusiłbym się jabłkiem. - Nie panikuj, stary.

-Ja wcale nie panikuję - wycedziłem chłodno, ale wiedziałem, że sam siebie okłamuję.

Zerknąłem na zegarek i przerażony zerwałem się z miejsca. Nie miałem pojęcia, że całe to szykowanie się zajęło mi tyle czasu. Była za kwadrans ósma.

Bez słowa wybiegłem z kuchni i popędziłem do garażu. Gdy poczułem kojący zapach tapicerki mojego mustanga, trochę ochłonąłem, ale i tak zbyt mocno przycisnąłem pedał gazu. Samochód wyskoczył do przodu niczym pantera, o mały włos nie tratując po drodze chevroleta Chrisa. Chyba dopiero odetchnąłem, gdy zatrzymałem się przed jej domem. Ostatni raz przejrzałem się w lusterku wstecznym, ale szybko zganiłem się za to i wysiadłem z samochodu, opierając się plecami o drzwi pasażera. Gdy Lori wyszła na zewnątrz, przyglądała mi się z wielką konsternacją. Podeszła do mnie, marszcząc brwi. Wiatr targał jej włosy.

-Chris i Terri? Jego samochód? - rzuciła na przywitanie, zaglądając za moimi plecami do środka mustanga. Uśmiechnąłem się.

-Zostali w domu. Jakaś wegetacja czy coś - oznajmiłem rzeczowym tonem. Lori spojrzała na mnie podejrzliwie.

-Mam nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z... no.

Zaśmiałem się krótko i przejechałem dłonią po jej policzku. Drugą ułożyłem na dolnej cześć jej pleców i pocałowałem ją, delikatnie ssąc dolną wargę.

-Ani trochę - szepnąłem, zakładając jej kosmyk włosów za ucho i zerknąłem ponad jej ramieniem na werandę. - Dzień dobry, pani Blake! - zawołałem, a Lori odwróciła się błyskawicznie. Miriam schodziła po stopniach z nietęgą miną.

-Dobry, dobry - odburknęła i bez słowa wsiadła do swojego BMW. Nawet otwarta niechęć matki Lori nie mogła popsuć mi nastroju. Dziewczyna odsunęła się ode mnie i ponownie zmierzyła mnie wzrokiem.

-Po prostu nie wierzę - westchnęła w końcu, marszcząc brwi. - Wyglądasz jakoś... inaczej. I jeszcze ta fryzura.

Prychnąłem, udając obojętnego.

-Co? Nie podoba się? - Przejechałem dłonią po włosach i posłałem jej uśmiech modela z reklamy. Odwróciła wzrok, kręcąc głową. Zaśmiałem się i otworzyłem przed nią drzwi pasażera. - Pani pozwoli?

-Seth - syknęła, opierając się dłońmi o wewnętrzną stronę drzwi. Ja stałem po drugiej stronie. - Krótka umowa. Nie chcę żadnych dziwacznych celebracji, dobrze? Nie jestem przyzwyczajona i...

-To się przyzwyczajaj, aniele - wywróciłem oczami. - Przecież nikt ci nie obiecał, że życie ze mną jest piękne i cudowne.

Uniosłem znacząco brwi. Prychnęła jak kotka i zajęła swoje miejsce.

-W istocie - usłyszałem jeszcze. Zaśmiałem się, nie mogąc powstrzymać wesołości.

Musiało być idealnie.

I mając ją obok siebie wiedziałem, że jakoś, ale na pewno będzie.

Dzięki wiszącej nade mną perspektywie niezapomnianego wieczoru, nawet lekcje zdawały się mijać zaskakująco szybko. Nim się obejrzałem, zadzwonił dzwonek na lunch. Zerwałem się z miejsca i jednym ruchem ładując długopis i zeszyt do torby, wybiegłem z sali. Byłem pod klasą Lori za każdym razem, gdy wychodziła i gdy wchodziła. Co prawda przez ostatnie pięć godzin posłała mi tyle morderczych spojrzeń, ile nie zdążyła przez cały okres naszej burzliwej znajomości, ale mało mnie to obchodziło. Tym razem również nie obeszła się bez tego. Widząc, jak podbiegam do niej zaoferowany, prychnęła rozgniewana.

-Czy ty kiedyś zmądrzejesz, Knight? - Wywróciła oczami, gdy objąłem ją ramieniem.

-Wydaje mi się, że nie, ale hej! Trochę wiary! - Podniosła głowę i spojrzała na mnie sceptycznie. - Nigdy nie można być niczego pewnym, racja?

-Nie dość, że głupek, to jeszcze filozof – burknęła.

-Droczysz się, Lori, i nie pozwalasz mi cieszyć się tym pięknym dniem - powiedziałem z wyrzutem, gdy łapiąc ją za dłoń, schodziliśmy schodami na parter. - A siedemnasty czerwiec powinien być okrzyknięty Dniem Zbawienia.

-Co ty bredzisz?

Pochyliłem się, muskając ustami jej włosy.

-Nie wytłumaczę ci, bo znowu mi powiesz, że zmieniłem się w melodramatycznego głupka.

-Głupkiem to ty jesteś cały czas - wzruszyła ramionami. Zaśmiałem się.

-Ano owszem. Dlatego tak mnie kochasz.

Drgnęła i wbiła we mnie mordercze spojrzenie.

-To, że tak nieopatrznie przyznałam to na głos, nie oznacza, że możesz to tak bezczelnie wykorzystywać, Seth - zastrzegła, mrużąc oczy. Wykrzywiłem usta w cwaniackim uśmieszku.

-W miłości, jak na wojnie, wszystkie chwyty dozwolone.

Lori wywróciła oczami i ze świstem wypuściła powietrze.

-Co za kretyn.

Z jeszcze większą satysfakcją spojrzałem w przód, na nadchodzący wieczór.


*


Nie byłam zła. Może tylko nieznacznie zirytowana, ponieważ nadal nie miałam bladego pojęcia, co takiego Seth wymyślił. Próbowałam wyciągnąć od niego jakieś szczegóły odnośnie dzisiejszego wieczoru, jednak milczał jak zaklęty i cały czas miał na ustach ten zadowolony z siebie uśmieszek. Kiedy wróciłam do domu, w pokoju czekała na mnie czarna, elegancka i skromna sukienka, którą zapewne przyniosła tutaj Terri. Seth dał mi godzinę na przygotowanie się, a sam pojechał do domu, twierdząc, iż musi się przebrać w coś mniej wygodnego. Mówiąc to, ten denerwujący uśmiech na krótką chwilę zniknął z jego ust, wzdrygnął się z odrazą i musnąwszy krótko moje usta, wyszedł z domu, zostawiając mnie na progu. Chcąc nie chcąc, udałam się na piętro, wzięłam szybką kąpiel, by choć trochę się odprężyć, a potem zaczęłam się szykować.

Czterdzieści pięć minut później siedziałam na krzesełku przed toaletką, rozczesując włosy, a moje zdenerwowanie już nie miało znaczenia. Liczyło się to, że obchodziłam dziś urodziny i po raz pierwszy miałam je spędzić razem z chłopakiem, którego kochałam nad życie. Nieważne było to, na jaki widowiskowy i zapewne nielegalny pomysł wpadł. Ważne, że mieliśmy być razem.

Rozległo się ciche pukanie i odwróciłam się przez ramię, przywołując na twarz uśmiech, gdy mama weszła do środka. Powoli przeszła przez pokój i stanęła za moimi plecami, opierając dłonie na moich ramionach. Machinalnie położyłam dłoń na jej nadgarstku.

-Ładnie wyglądasz – powiedziała, nieznacznie się uśmiechając. Odwzajemniłam gest i odłożyłam szczotkę na bok, przeczesując jeszcze włosy palcami. Przy końcach delikatnie się kręciły, opadając na moje odkryte ramiona. Na szyi miałam srebrny łańcuszek, który teraz mienił się w świetle lampy. Twarz delikatnie przypudrowałam, oczy podkreśliłam czarną kredką, a wargi przejechałam błyszczykiem. Taki makijaż odpowiadał mi najbardziej.

-Zastanawiam się, co takiego stało się z tobą przez ostatni rok – odezwała się po chwili z powagą wymalowaną na twarzy. Popatrzyłam na jej odbicie w lustrze, dostrzegając jej lekko mokre oczy.

-Dorosłam, mamo – odparłam. Odwróciłam się na krześle, posyłając jej uśmiech. - Wiele się przez ten rok zmieniło. Na lepsze.

-Cieszę się z tego.

Wstałam i objęłam ją ramionami, wtulając twarz w zagłębienie jej szyi. Poczułam, jak jej ramiona lekko się zatrzęsły, więc objęłam ją mocniej i przez dłuższą chwilę po prostu tak stałyśmy. Wiedziałam, że przez ostatnie lata nie byłam idealną córką. Odsunęłam się od niej, postawiłam między nami barierę, którą nie dało się obejść i wiele razy zrobiłam jej przykrość. Nigdy tego nie chciałam. Kochałam ją, była najważniejszą osobą w moim życiu. To ona mnie wychowała, starając się najlepiej jak potrafi. Chciałam to doceniać i pragnęłam, by wiedziała, jak bardzo jestem jej za wszystko wdzięczna.

-Kocham cię, mamo – szepnęłam tylko. Odsunęłam się i spojrzałam w jej oczy, które znajdowały się na tej samej wysokości, co moje. - Nie słyszysz tego zbyt często.

-Nie muszę. Wiem o tym, kochanie. - Odgarnęła mi włosy z twarzy i po raz pierwszy od dłuższego czasu ujrzałam na jej ustach prawdziwy, radosny uśmiech. - Wszystkiego najlepszego, Lori.

Zacisnęłam wargi, walcząc z dławieniem w gardle i łzami napływającymi do oczu. Jeszcze raz przytuliłam ją i usiadłam z powrotem na krześle, zakładając czarne buty na średnim obcasie.

-Wychodzisz z Sethem, tak? - spytała. Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc z jakim trudem przychodzi jej wypowiedzenie jego imienia.

-Tak, ale nie mam pojęcia, gdzie mnie zabiera. Ma to być niespodzianka.

-Na pewno będziecie się dobrze bawić.

Zapięłam buty i wstałam, przyglądając się jej uważnie.

-Zaczynasz się do niego przekonywać?

-Może... - zawahała się. - W pewnym stopniu, powoli zaczynam myśleć, że źle go oceniłam.

-To na razie nam wystarczy – roześmiałam się krótko, zabierając z kanapy czarną torebkę. - Postaram się wrócić wcześnie.

-Nie myśl o tym, Lori. Baw się dobrze.

Zmarszczyłam czoło, dostrzegając w jej spojrzeniu coś dziwnego, ale nim zdążyłam o to spytać, rozległ się dzwonek do drzwi. Moje serce zabiło mocniej i czym prędzej wyszłam z pokoju, ostrożnie schodząc po schodach. Otworzyłam drzwi i zamarłam.

-Nie wierzę – wydusiłam. - Seth?

-Ja siebie też nie poznałem – mruknął. Ubrany był w czarny, bardzo elegancki garnitur, białą koszulę rozpiętą pod szyją, a kiedy zjechałam wzrokiem w dół, roześmiałam się, ponieważ na nogach miał swoje ulubione adidasy. Mimo to przeżyłam ogromny szok, widząc go w takim wydaniu.

Odchrząknął i wyprostował się, poprawiając poły marynarki. Uśmiechnął się szeroko, błądząc wzrokiem po mojej sylwetce, przez co delikatnie się zarumieniłam. Jego spojrzenie zawsze będzie tak na mnie działać.

-Pani pozwoli? - Wyciągnął w moją stronę rękę, za którą złapałam i splotłam razem nasze palce. Pochylił się i delikatnie musnął moje usta, przebiegając językiem po moich wargach. Odsunął się i złapał za klamkę, zaglądając do środka. - Dobry wieczór, pani Blake!

Mama stanęła w drzwiach, a Seth zrobił krok do tyłu, stając o stopień niżej. Kiwnęła w jego stronę głową i spojrzała na mnie.

-Życzę wam miłego wieczoru – powiedziała.

-Na pewno taki będzie – odparł z uśmiechem Seth i skinąwszy szybko głową, pociągnął mnie w stronę swojego samochodu. Otworzył drzwi, ale nie wsiadłam od razu.

-Mogę spytać, gdzie jedziemy?

-Spytać możesz, ale nie ręczę ci, że uzyskasz odpowiedź.

Wywróciłam oczami.

-Seth.

-Lori. – Uśmiechnął się cwaniacko. - Czy kiedykolwiek zdradziłem ci nasz cel, zanim do niego dotarliśmy?

-Mieliśmy mówić sobie o wszystkim.

Potrząsnął głową.

-Tak to nie działa, Aniele.

Westchnęłam z rezygnacją i wsiadłam do samochodu, przytrzymując suknię, by nie zaczepiła się o próg. Seth zamknął drzwi i szybko okrążył auto, zasiadając za kierownicą. Przez tą chwilę zdążyłam rozejrzeć się po wnętrzu, próbując znaleźć coś, co podpowiedziałoby mi, gdzie się wybieramy. Samochód został dokładnie wysprzątany; nie było nawet popiołu od papierosów na podłodze.

-Znasz to znane powiedzenie o ciekawości, co? - rzucił. Popatrzyłam na niego wymownie. - Trochę zaufania do swojego chłopaka. Czy kiedykolwiek zawiodłaś się na moich pomysłach?

-Mimo wszystko wolałabym wiedzieć...

-Uparta i dociekliwa – westchnął, przekręcając kluczyk. Samochód zaskoczył od razu. - Jak zawsze.

-I kto to mówi. - Pochyliłam się w jego stronę, kładąc dłoń na jego kolanie. Silnik nagle głośniej zawył. Spojrzałam w jego zaskoczone oczy i uśmiechnęłam się.

-Czy ty właśnie próbujesz wykorzystywać na mnie swoje niecne, babskie sztuczki? - zdziwił się. Pokręcił głową. - Zły wpływ mojej siostry nareszcie zaczął się ujawniać. Bądź grzeczna, bo nie dostaniesz żadnego prezentu.

Opadłam na fotel, zrezygnowana. Miałam zamiar powiedzieć mu, że nie potrzebuję żadnych prezentów, ale zapewne zignorowałby moje słowa lub odpowiednio to skomentował.

Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkich głupstwach jakie przyszły nam do głowy. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Patrzyłam na jego przystojną twarz, zastanawiając się, czy jego obecność na pewno nie jest snem. Czy nasza miłość nie jest po prostu wytworem mojej wyobraźni. Nie miałam pojęcia, że kiedykolwiek będę kogokolwiek tak mocno kochać, że będę miała przy sobie kogoś tak wspaniałego jak on. To właśnie Seth Knight sprawił, że ten rok był najcudowniejszym w całym moim życiu.

W połowie drogi zorientowałam się, że zmierzamy w stronę Phoenix, jednak przestałam zadawać jakiekolwiek pytania, wiedząc, że i tak mi nie odpowie. Temat szedł na film, który ostatnio oglądaliśmy u Chrisa i z którego oboje cały czas się nabijali. Mimo wszystko widziałam, że Seth oglądał go z wielką uwagą i w głębi mu się podobał. Wystarczył mi rzut oka na jego twarz.

-Wiesz, że ten film otrzymał wiele nagród za reżyserię? - odezwałam się.

-Tylko za to? Nic dziwnego, bo ci aktorzy grali okropnie. Ty lepiej byś wypadła od nich – rzucił, zerkając na mnie.

-Przestań – roześmiałam się, kręcąc głową z dezaprobatą. Nagle przypomniałam sobie o czymś, o czym miałam powiedzieć mu już dawno, jednak wątpiłam, by był to teraz odpowiedni moment. Mógłby bardzo się zdenerwować.

-O co chodzi? - spytał, zapewne zauważając jakieś zmiany na mojej twarzy.

-Powinieneś o czymś wiedzieć – zaczęłam powoli. Zerknął na mnie z lekkim niepokojem. - Razem z Terri... Nic ci o tym nie mówiłyśmy, ponieważ wiedziałyśmy, że będziesz przeciwny, ale...

-Co zrobiłyście?

-Wysłałyśmy kilka podań do różnych collegów.

-Co takiego? - Jego głos uniósł się o kilka tonów. Przygryzłam wargi i spuściłam głowę, zawstydzona. - Wysłałyście... Lori, spójrz na mnie.

-Przepraszam, nie powinnam tego robić za twoimi plecami – wydusiłam. Podniosłam głowę.

-No ja myślę – burknął z wyrzutem. Westchnął ciężko i pokręcił głową. - Dlaczego tak bardzo zależy ci, bym poszedł na studia? Nie każdy ma taki obowiązek i nie wszyscy tego chcą.

-Ale to twoja przyszłość.

-Ta jasne... - parsknął. - Powiedz mi, co ty będziesz robić w przyszłości? Gdzie pójdziesz na studia i jaki kierunek wybierzesz?

-Ja... Mam jeszcze dużo czasu.

Popatrzył na mnie wymownie.

-Ty go nie masz – dodałam. - Wysłałyśmy podania w ostatniej chwili, a...

-Ale się nie dostanę – wzruszył ramionami.

-Więc nie masz powodu do obaw.

Skrzyżowałam ramiona na piersi i odwróciłam do okna. Na krótką chwilę zaległa cisza. Dlaczego on musiał być taki zawzięty? Szkoła średnia nie trwa wiecznie, egzaminy nie poszły mu źle, wszystko na pewno zda, a jeśli nie znajdzie dobrej pracy, jak będzie żył? Wykształcenie jest ważne, a on ma szansę robić to, w czym jest naprawdę dobry. Dlaczego tego nie rozumie?

-Lori. - Złapał mnie pod brodę, zmuszając, bym na niego spojrzała. - Dzisiaj nie będziemy o tym rozmawiać, dobrze? To twój dzień. Ma być wyjątkowy i przyjemny w każdym tego słowa znaczeniu. Tym zajmiemy się później.

-Zawsze ważne sprawy odkładasz na później – mruknęłam. Wywrócił oczami i pochylił się, zamykając moje usta pocałunkiem. Napięcie, które przed chwilą pojawiło się między nami, momentalnie zniknęło. Kiedy się odsunął, zorientowałam się, że samochód stoi na parkingu, a przed nami znajduje się wejście do budynku, który dobrze znałam.

-Teatr? - zdziwiłam się. - Zabrałeś mnie do teatru?

-Wszystkiego najlepszego, Aniele – uśmiechnął się szeroko i wyskoczył z auta. Nadal w lekkim szoku wpatrywałam się w główne wejście, przed którym gromadzili się elegancko ubrani ludzie. Po moim ciele rozlało się bardzo miłe ciepło, a uśmiech momentalnie wrócił na moje usta.



*



Gdy wyszliśmy z teatru Lori miała dokładnie taką minę, jaką chciałem zobaczyć przez cały dzień. Była wprost wniebowzięta, a ja stwierdziłem, że kupno dwóch biletów na Upiora w operze nie był znowu takim złym pomysłem. Ba! Był to pomysł wręcz wyśmienitego formatu, zaiste! Niech żyje Seth Knight!

-To było niesamowite - powiedziała, wsuwając swoją ciepłą dłoń w moją, gdy szliśmy przez parking w stronę mojego samochodu. Uśmiechnąłem się, jeszcze raz chłonąc oczami jej obraz w długiej, czarnej sukience.

-Musiało - odparłem, ściskając delikatnie jej dłoń, chcąc tym samym rozgrzać trochę moją. Byłem lodowaty, choć w środku aż płonąłem z ekscytacji.

Otworzyłem przed nią drzwi i wciąż uśmiechając się z zadowoleniem, obszedłem samochód i usiadłem za kierownicą.

-Wracamy do domu, czy wykombinowałeś coś jeszcze, tym swoim iście diabolicznym umysłem? - spytała, opierając się wygodnie o zagłówek. Zerknąłem na nią kątem oka i bez problemu wyprowadziłem samochód z zatłoczonego placu na ulicę. Po chwili mknęliśmy już autostradą.

-A co ty byś jeszcze chciała, dziewczyno?! - mruknąłem, marszcząc brwi. Uśmiech spełzł jej z twarzy. Zamrugała. - Ja tu się wysilam, do teatru wożę, a tej jeszcze mało!

-Seth, ale...

Zaśmiałem się.

-Ale jestem super.

Jej zwinięta w pięść dłoń momentalnie znalazła się na moim prawym ramieniu.

-Kretyn.

Gdy wjechałem na podjazd przed moim domem, Lori wychyliła się przez okno. W bocznym lusterku widziałem, jak jej czekoladowe oczy rozszerzają się znacznie. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.

-Seth, co to ma być? - wydusiła z siebie, gdy zaparkowałem obok dużego, czerwonego jeepa. Schowałem kluczyki do kieszeni.

-Wybacz, Aniele, ale akcje z nagłym zapalaniem światła i wiwatem „Niespodzianka“ niezupełnie są w moim typie - wyszczerzyłem się do niej, po czym wysiadłem. Lori jeszcze chwilę siedziała nieruchomo, wpatrzona w przytłumione niebieskie i czerwone światło sypiące się przez okna domu; wsłuchana w głośną, rytmiczną muzykę. Zamknęła za sobą drzwi i spojrzała na mnie z niedowierzaniem, ale nie pozwoliłem jej na rozpoczęcie swojej tyrady i złapawszy ją za rękę, pociągnąłem w stronę wejścia.

Cały parter został wzięty w posiadanie tłumu. Ludzie kiwali się w rytmie muzyki, jedni całowali się, siedząc na schodach na piętro. Gdy rzuciłem okiem trochę wyżej, zobaczyłem grubą, przebiegającą przez balustradę, żółtą taśmę zakazu wstępu. Terri zawsze miała łeb na karku, ale nie myślałem, że aż tak. Weszliśmy do salonu, który został rozmyślnie przemeblowany na potrzeby parkietu. Wyglądało tu bardzo podobnie jak w dniu moich urodzin. Z tym, że nie musiałem już rozglądać się wokoło, bo dziewczyna, którą chciałem, trzymała mnie za rękę.

Spostrzegłszy nas, Terri podbiegła, dzierżąc w lewej dłoni kubek z czerwonym drinkiem.

-Wszystkiego najlepszego, Słońce! - zapiszczała, rzucając się Lori na szyję. Puściłem jej dłoń z uśmiechem i spojrzałem na zmierzającego w naszą stronę Chrisa. Głąb był cały czerwony na twarzy i dyszał ciężko.

-Nie wierzę, że dała ci aż taki wycisk – powiedziałem, przekrzykując muzykę i uścisnąłem jego dłoń. Lucas pokręcił głową.

-Nawet mi nie mów - wydyszał. Dziewczyny skończyły już rytuał powitalny Terri i spocony Chris podszedł do Lori, składając jej krótkie, treściwe życzenia. Dziewczyna uśmiechnęła się, pokiwała głową i nie zważając na wydzieliny potowe mojego kumpla, uściskała go przyjaźnie. Gdy odsunęła się od niego, rozglądnęła się po salonie, z niedowierzaniem kręcąc głową.

-Skąd są ci wszyscy ludzie?

-Ze szkoły, a skąd?! - odpowiedziała Terri, wieszając się jej na ramieniu. - Tam jest Greg Falkovic z pierwszej klasy i cała drużyna lacrosse. Tam...

-I wszyscy przyszli tu? Dlaczego?

-No wiesz, Lori. Może i wcześniej nie byłaś popularna - odezwał się Chris. Już zdążył złapać oddech i objął Terri w pasie, ale ja zacząłem się zastanawiać, czy nie lepiej by było, gdyby jeszcze trochę sobie podyszał. On natomiast kontynuował, zupełnie nie zważając na moje ostrzegawcze spojrzenie. - Ale teraz jesteś laską Knighta. Szacunek. Respekt.

-Centrum uwagi? - rzuciła Lori, a ja instynktownie przysunąłem się do niej, łapiąc ją za dłoń.

-To też, ale hej! Wszyscy świętują twoje święto! - zawołał Lucas, na co Terri zdzieliła go dłonią po głowie. Zaśmiał się.

-Świętować święto brzmi tak samo idiotycznie, jak twoje cofanie się w tył - powiedziała, na co wszyscy prychnęli rozbawieni. Chris zaczął przekomarzać się z Terri, co zazwyczaj prowadziło do serii całuśnego zawieszenia broni. Już chciałem odciągnąć Lori na bok, ale ta przerwała im, łapiąc Terri za łokieć.

-Proszę cię. Pożycz mi jakieś zwyczajne ciuchy. Wyglądam jak nie z tej bajki - poprosiła, na co rządna przeróbek Terri zgodziła się od razu i bez słowa pognały na piętro. Wymieniłem z Chrisem kilka uwag na temat udanego wypadu do teatru, po czym doszedłszy do wniosku, że również wyglądam dziwacznie w garniturku, pobiegłem na górę do swojego pokoju.

Marynarkę odrzuciłem na brzeg łóżka i stając przed lustrem, zacząłem nucić pod nosem lecącą na parterze piosenkę, choć zupełnie nie znałem jej melodii. Rozpiąłem wszystkie guziki koszuli i przez chwilę pomyślałem, jakby to było cudownie, gdyby zrobiła to Lori. Wyobraziłem sobie dotyk jej ciepłych dłoni na mojej skórze i uśmiechnąłem się do siebie, rzucając białą koszulę obok marynarki. Wyciągnąłem z szafy zwykły, szary T-shirt, narzuciłem na niego koszulę w niebieskoczarną kratę i przeczesując palcami włosy, wyszedłem na parter, starając się zapomnieć o swoich wybujałych fantazjach. Ten wieczór należał do Lori. Ta noc była jej i nie miałem prawa jej tego zabierać.

Przedarłem się przez tłum do stolika z napojami, po drodze ściskając kilka rąk i wymieniając imprezowe uśmiechy. Jeśli kiedykolwiek byłeś tak słynny jak ja i w twoim domu rozgrywała się właśnie impreza, zrozumiesz od razu, co mam tu na myśli. Wziąłem ze stolika czystą szklankę i wypełniwszy ją do połowy wódką, dolałem drugie tyle soku pomarańczowego i oparłem się barkiem o ścianę, obserwując bawiących się ludzi. Wyglądało na to, że przyjęcie urodzinowe Loraine Blake przejdzie do historii, zaraz po moich osiemnastych urodzinach. Stałem tak dobre dwie piosenki i nie zauważyłam ani jednej osoby, smęcącej w kącie.

Gdy tylko zobaczyłem zbiegającą po schodach Terri, odstawiłem szklankę na stolik i ruszyłem w tamtym kierunku. Lori zeszła zaraz za nią i na moje usta wdarł się niepohamowany uśmiech.

Miała na sobie czarne rurki Terri i beżową bluzeczkę z koronkowymi rękawkami. Cholera. Co tam rękawy. Beżową bluzkę z głębokim dekoltem, na który automatycznie powędrowały moje zdradliwe oczy. Zamrugałem szybko i podszedłem do niej, przywołując na usta szelmowski uśmiech.

-Chyba wolę nas w takim wydaniu - zaśmiała się, gdy objąłem ją w pasie i przysunąłem do swojego boku.

-O tak, zdecydowanie mam dość marynarek na jakieś... pięćdziesiąt lat. - Przesunęliśmy się w stronę parkietu. - Chcesz coś do picia?

-Na razie nie. - Pokręciła głową i momentalnie zmarszczyła brwi, gdy uśmiechnąłem się z zadowoleniem. - Co?

-Nico. Idziemy szaleć - wyszczerzyłem się i przyciągnąłem ją do siebie, wbijając się w samo centrum ciał. Słyszałem, że dziewczyna śmieje się cicho. Piosenka zmieniła się na żywszą.

-O, lubię tę piosenkę - powiedziała do mojego ucha, gdy zaczęliśmy tańczyć. Obróciłem nią i oparłem brodę na jej ramieniu, stając za jej plecami, a dłonie zostawiając na jej biodrach. - Słuchałam jej ostatnio z Terri. Nie mój styl, ale całkiem fajna.

-I tej nocy lustra zaparują?* - powtórzyłem słowa i zaśmiałem się, łaskocząc oddechem jej szyję. - To jakaś obietnica?

-Ja tam nie wiem. - Ponownie nią zakręciłem, tym razem przechylając w tył. Zaśmiała się i powoli spojrzała mi w oczy. Pochyliłem się lekko i w takiej pozycji musnąłem delikatnie jej różowe usta. Dotknęła mojego policzka. - Ale teraz mnie o to nie pytaj.

W tamtym momencie również zacząłem lubić tę piosenkę.



*



Roześmiana opadłam na kanapę w pokoju Setha, wciąż słysząc w głowie grającą muzykę. Godzina była już późna, goście już dawno się rozeszli, ale nie chciałam jeszcze wracać do domu. Przez okno widziałam, jak Chris i Terri powoli oddalają się przytuleni od domu, zostawiając nas samych sobie. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. To zdecydowanie były moje najlepsze urodziny.

Spojrzałam na Setha, który nadal stał w drzwiach i przyglądał mi się z lekkim uśmiechem na ustach. Już dawno pozbył się marynarki, a białą koszulę zmienił na inną. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ wiedziałam, że w tamtym stroju nie czuł się komfortowo. Gdyby to ode mnie zależało, nie zmuszałabym go do noszenia takich ubrań, jednak to Terri zdecydowanie miała więcej władzy.

-Podobało ci się? - spytał po chwili Seth, wchodząc głębiej do pokoju i zamykając za sobą drzwi. Kiwnęłam głową z uśmiechem i przeciągnęłam się, rozluźniając moje wymęczone ciało. Wyciągnęłam do niego rękę, a kiedy usiadł obok mnie, przytuliłam się do jego torsu, opierając głowę na ramieniu.

-Dziękuję ci za to wszystko, Seth – powiedziałam. Podniosłam głowę, patrząc w jego orzechowe oczy. - Nigdy nie zapomnę tych urodzin.

-Specjalnie dla ciebie – odparł z uśmiechem. Ucałowałam jego usta, które smakowały jak lody pistacjowe. Jak zawsze zresztą. Zapewne dlatego, że jedliśmy je niedawno, siedząc na hamaku w ogrodzie. Przypomniałam sobie o jego urodzinach, kiedy to jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo go kocham, ile dla mnie znaczy i jak bliscy sobie będziemy. Tak wiele się zmieniło w przeciągu tych miesięcy.

-Pewnie jesteś wykończona – stwierdził po chwili. Trzymałam dłoń na jego torsie, bawiąc się poluźnionym guzikiem koszuli, który domagał się przyszycia. - Odwieźć cię do domu?

-Już chcesz się mnie pozbyć? - spytałam, udając lekki smutek. Zauważył, że tylko się droczę, więc uśmiechnął się cwaniacko i przesunął kciukiem po moich ustach.

-Gdyby to ode mnie zależało, kazałbym ci tu zostać przez całą noc – wymruczał, przybliżając się powoli do moich warg. Zadrżałam. - Ale nie mam zbyt wiele do powiedzenia.

-Jeszcze trochę zostanę...

Spod przymrużonych powiek widziałam, jak się uśmiecha, a gdy pocałował mnie, mocniej przygarniając do siebie, straciłam cały rozsądek. Wpił się w moje usta, jego lewa dłoń błądziła po moim kolanie, prawą obejmował mnie mocno, a kiedy na krótką chwilę oderwałam się, by zaczerpnąć oddechu, jednym szybkim ruchem posadził mnie na swoich kolanach. Nie speszyło mnie to. Pocałowałam go jeszcze raz delikatnie i z uczuciem, choć cała drżałam, pragnąc czegoś więcej. Zatraciłam się całkowicie w jego pieszczotach; czułam jego dłonie przesuwające się po mojej tali, plecach, po całym ciele. Objęłam go za szyję, bardziej zmniejszając odległość między nami. Jęknął pod moimi ustami i przesunął wargi niżej, zostawiając na skórze palące pocałunki; badał każdy fragment mojej szyi i karku. Jego dłoń wsunęła się pod moją koszulkę. Westchnęłam.

-Seth...

Na krótką chwilę odsunął się, patrząc na mnie zamglonymi oczami. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, nie chciałam, by przerywał. Przesunęłam dłoń po jego torsie, dotknęłam nagiej skóry na karku, nieśmiało wsunęłam ją pod materiał. Był rozpalony. Ja również płonęłam i pragnęłam go coraz bardziej.

Nie wiem, co zobaczył w moim spojrzeniu, ale momentalnie odwrócił się, kładąc mnie na kanapie. Leżałam na plecach, mając go nad sobą, a serce waliło mi jak młotem, myśli plątały się, jak zawsze, gdy znajdowaliśmy się w takiej sytuacji. Jednak teraz nie bałam się. Chciałam poczuć jak najwięcej.

Przyłożyłam dłonie do jego twarzy i uniosłam się, całując jego rozpalone usta. Odwzajemnił to z pasją nie do opisania. Nawet nie myśląc, objęłam go jedną nogą w pasie, na co tylko jęknął.

-To się źle skończy – wydusił ochryple, między pocałunkami. Moje dłonie drżały, gdy przesunęłam je w dół jego pleców. Chciałam go dotykać, poczuć ciepło jego skóry. Chciałam przestać obawiać się tego, co będzie, ufać mu bardziej, jak jeszcze nigdy wcześniej; wiedzieć, że zawsze będzie przy mnie.

Niezdarnie walczyłam z jego koszulą, chcąc odpiąć guziki. Nie wiem dlaczego, ale roześmiał się cicho i jednym szybkim ruchem, ściągnął ją przez głowę, odrzucając za siebie. Wypuściłam za świstem powietrze i poprowadziłam dłoń po jego nagim torsie, patrząc na poruszające się pod moim dotykiem mięśnie. Z jego ust wyrwało się ciche westchnienie, niezwykle kuszące i przyjemne dla ucha. Czyżby podobało mu się, co robię?

-Co ty ze mną wyrabiasz... - wychrypiał, łapiąc mnie za rękę, która wciąż spoczywała na jego piersi. Zamarłam, spoglądając na niego z lekkim niepokojem.

-Ja... Już nie będę...

-Nie – przerwał mi. - Uwielbiam twój dotyk. Twoje pocałunki... Jesteś taka cudowna, namiętna... Bardzo nadwyrężasz moją samokontrolę.

-Przepraszam...

Uniósł się na ramieniu, patrząc na mnie przenikliwie. Jego oddech powoli zaczął się wyrównywać. Przez dłuższą chwilę nie odzywał się, jakby myśląc nad czymś intensywnie. Tak bardzo chciałam wiedzieć, co dzieje się w jego głowie, ale obawiałam się pytać. Nie wiedziałam, jak rozmawiać z nim o tak poważnych rzeczach.

-Za co ty mnie przepraszasz, Aniele? - spytał po chwili. Na jego ustach błąkał się lekki uśmiech. - Nie zdajesz sobie sprawy, jak działasz na mnie. Kiedy jesteś przy mnie, myślę tylko o tym, jak bardzo chcę posunąć się dalej. - Przymknął na chwilę oczy i zacisnął wargi, unosząc się bardziej na rękach. Kiedy ponownie na mnie spojrzał, ujrzałam w jego oczach nie tylko ogień, ale również zrezygnowanie. Nie wiedziałam, jak to odebrać. - Ale to nie może być tak, Lori. Nie za pierwszym razem.

Wypuściłam ze świstem powietrze i poczułam, jak krew napływa mi do policzków.

-Skąd wiesz, że ja...?

-Naprawdę zadajesz mi to pytanie? - roześmiał się. Przygryzłam wargę i odwróciłam wzrok speszona, wyciągając dłoń z jego uścisku.

-Posłuchaj mnie, Lori – zaczął powoli. Jeszcze nigdy nie widziałam, by był tak poważny. - Twój pierwszy raz nie może się odbywać na kanapie, po imprezie, na szybko w przypływie emocji... Rozumiesz? Zbyt wiele dla mnie znaczysz, Aniele. - Chwycił mnie pod brodę, bym na niego spojrzała. W jego oczach zobaczyłam, nie po raz pierwszy, jak wielkim uczuciem mnie darzył. - Musisz być gotowa, a oboje wiemy, że nie jesteś.


***


*„And the mirrors gonna fog tonight” Natalia Kills – Mirrors



Nawet się nie rozpisuję dzisiaj. Jestem zbyt zmęczona.
  • awatar Gość: nawet nawet. ;-). zapraszam
  • awatar Gość: ja już naprawdę nie wiem co pisać , to jest boskie
  • awatar Gość: o jezu jezu jezu :D dziewczyno buszujesz mi w zmysłach tym opowiadaniem :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 

W poniedziałek rano praktycznie nie czułem powiek. Miałem nieodzowne wrażenie, że od czytania tych wszystkich pierdół od Lori zupełnie wysuszyłem sobie gałki oczne. Gdy spojrzałem do lustra, białka miałem zaczerwienione, a cieniutkie, maleńkie żyłki odchodziły od tęczówek i znikały pod powieką. Przeczesałem mokrymi palcami włosy, narzuciłem na ramiona tę cholerną marynarkę i jedynie z czarnym długopisem w kieszeni (i telefonem) opuściłem swój pokój.

Na schodach natknąłem się na Sandrę. Posłałem w jej stronę swój zwykły powitalny uśmiech, ale kobieta odłożyła na najwyższy stopień pranie, które niosła, i po prostu przytuliła mnie mocno. Zaskoczony tym gestem, położyłem dłoń na jej plecach i poklepałem po nich delikatnie.

-Powodzenia - powiedziała łamiącym się głosem.

-Sandro... - mruknąłem, zupełnie zbity z tropu. W jej brązowych oczach pojawiły się łzy. Prychnęła i strzepała z poły mojej marynarki niewidzialny kurz.

-Jestem z ciebie taka dumna. Taka dumna. - Pociągnęła nosem i wbijając we mnie swoje ciepłe spojrzenie, poklepała mnie lekko po policzku. Uśmiechnąłem się, ściskając jej dłoń. Czułem przy tym przyjemny uścisk w żołądku.

-Powodzenia – powtórzyła.

Nie podziękowałem, tylko skinąłem głową i zbiegłem na dół do kuchni. Nie umiałem ukryć przed samym sobą wzruszenia. Sandra po raz kolejny udowodniła, że jest dla mnie jak matka. Usiadłem na blacie w kuchni, ale po chwili namysłu stwierdziłem, że zupełnie nic nie przełknę. Wyciągnąłem z tylnej kieszeni spodni telefon i wysłałem do Lori SMS'a. Początkowo umówiliśmy się tak, że to ona po mnie przyjdzie, bo jak powiedziała: „Chciała towarzyszyć mi w drodze. W tak ważnej, przełomowej chwili“. Momentami zastanawiałem się, czy moja dziewczyna nie czerpie niektórych tekstów z tych książek, które tak namiętnie czyta. Przycisnąłem WYŚLIJ na dotykowym ekranie i nie śpiesząc się zbytnio, wyszedłem z domu.

Poranek był rześki i chłodny jak na Arizonę. Raptem dwadzieścia stopni o siódmej rano to nic. Mimo to, podwinąłem rękawy marynarki, czując, jak robi mi się gorąco. Nie wiedziałem dlaczego. Gorąca fala krążyła mi z krwią w żyłach. Wypuściłem ze świstem powietrze, wchodząc na podjazd przed domem Lori. Stwierdziłem, że jestem sporo przed czasem, więc nie chcąc jej poganiać, po prostu usiadłem na pierwszym stopniu werandy, obracając w palcach długopis. Ślizgał mi się w dłoniach, jak na jakiejś cholernej ślizgawce. Pociły mi się dłonie, było mi gorąco... Cholera, niemożliwe, żebym się tak przejmował tym idiotycznym testem!

Gdy drzwi wejściowe otworzyły się, poderwałem się nerwowo na równe nogi. Niestety, zamiast łagodnego i kochającego spojrzenia Lori, patrzyły na mnie brązowe kotły nieskrywanej wrogości. Miriam zamknęła za sobą drzwi, poprawiając na ramieniu torebkę.

-Dzień dobry, pani Blake - skinąłem głową. Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem.

-Jest jakiś powód, dla którego koczujesz na mojej werandzie? - wycedziła, mrużąc oczy. Stłumiłem w sobie zirytowane prychnięcie.

-Pani córka. To dość niepodważalny powód – odparłem, podnosząc głowę i patrząc jej prosto w oczy.

-Ach tak - mruknęła i ominąwszy mnie szerokim łukiem, zeszła na podjazd. - A to co? - rzuciła, wskazując na długopis w mojej dłoni.

-Mam dziś pierwszy dzień egzaminów.

-Ach tak - powtórzyła, wrzucając torebkę na miejsce pasażera BMW 318i z 1989 roku. - Życzyłabym ci powodzenia, ale wątpię, czy jakkolwiek by ci to pomogło.

Uśmiechnąłem się do niej. Miriam obeszła samochód i wsiadła za kierownicę.

-Dziękuję. Za wiarę, szczególnie. - Uniosłem rękę i opuściłem ją dopiero, gdy ciemnozielone BMW zniknęło za zakrętem.

Warknąłem głośno i odwróciwszy się, ponownie opadłem na stopień. Wsunąłem długopis z powrotem do kieszeni marynarki i splotłem przed sobą dłonie. Wyłamując sobie po kolei palce, zastanawiałem się, dlaczego ten cholerny... To znaczy, dlaczego ta umiłowana kobieta, która wydała na świat moją cudowną dziewczynę, musi być tak paskudnie uprzedzona. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z tego, jaki jestem... Jaki byłem, nim poznałem Lori. Ale teraz czułem się tak, jakby tamto, to nie byłem ja. Jakby ktoś wpisał mi w życiorys uczynki zupełnie obcego chłopaka. Nawet nie tęskniłem za tamtym życiem. Za imprezami, alkoholem, dziewczynami... Teraz tęskniłem tylko za jedną.

Nagle poczułem, że czyjeś delikatne dłonie oplatają moją pierś. Poczułem zapach migdałów i uśmiechnąłem się mimowolnie, przekręcając głowę, gdy Lori pocałowała mój policzek.

-Długo czekasz? - spytała, przytulając się do moich pleców. Złapałem ją za ramię i gładziłem delikatnie materiał jej beżowego swetra.

-Niedługo. Mógłbym czekać wieki.

Dziewczyna zaśmiała się.

-Dobra. Albo nie spałeś całą noc, ale miałeś przed chwilą nieprzyjemną konwersację z moją mamą.

Odsunęła się ode mnie i usiadła na schodku obok. Zmarszczyłem brwi, rzucając jej pytające spojrzenie.

-Skąd ten pomysł?

-Bo zazwyczaj po czymś takim dotyka cię melodramatyczny nastrój. - Szturchnęła mnie ramieniem w bok. Miała najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. - Znam cię, Seth.

-Bardziej niż ktokolwiek inny - uśmiechnąłem się gorzko. Jednak Lori, widząc moją minę, położyła mi dłoń na policzku. Wypuściłem ze świstem powietrze, spoglądając na nią. W jej czekoladowych oczach widziałem wszystko. Niepokój, troskę, obietnicę lepszego, ciepło i całe to duchowe uczucie, którym z niewiadomych przyczyn obdarzyła właśnie taką kanalię jak ja.

Pochyliła się, delikatnie muskając moje usta. Położyłem dłoń na jej kolanie i odchyliłem głowę bardziej w bok, łapiąc za jej dolną wargę. Czułem, że uśmiecha się pod moim dotykiem. Przejechała palcami po mojej szczęce. Nie były to jakieś wielkie pocałunki. Raczej krótkie, proste muśnięcia, ale i to wystarczyło, by cały niepokój uleciał ze mnie jak powietrze z przebitego materaca.

Podniosłem się i wyciągnąłem w jej stronę rękę. Lori złapała moją dłoń w obie ręce i uśmiechnąwszy się lekko, ruszyliśmy w stronę szkoły. Szliśmy powoli, nie spiesząc się, bo było jeszcze trochę czasu. Mogłem więc w spokoju delektować się jej obecnością. Ładować akumulatory na kolejne godziny rozłąki. Przemknęło mi nawet przez głowę, czy aby nie jestem od niej uzależniony. Uśmiechnąłem się do siebie, na samą myśl o tym.

-Co cię bawi? - spytała, przyglądając mi się uważnie.

-Zastanawiam się, czy nie jestem od ciebie uzależniony - przyznałem zgodnie z prawdą i spojrzałem na nią. Jej policzki zrobiły się lekko czerwone, choć jej mina nie zdradzała już zakłopotania. Może i nauczyła się przy mnie kilku sztuczek, ale jej skóra ją zdradzała.

-Głupek - mruknęła, wbijając wzrok przed siebie.

-Mówienie takich rzeczy w dzień egzaminu przynosi pecha - powiedziałem, siląc się na poważny ton. Dłonie Lori oplotły się mocniej wokół mojej. Zatrzymała się, gdy byliśmy już prawie na dziedzińcu szkoły. Zadarła głowę do góry, patrząc mi prosto w oczy.

-Będzie dobrze, zobaczysz - wyszeptała. - Po prostu... Spróbuj się skupić, dobrze? Zapomnij o wszystkim innym. Myśl tylko o teście.

-W takim razie, musisz mnie teraz pocałować, bo inaczej przez następne godziny będę myślał tylko o twoich ustach - powiedziałem poważnie, kładąc jej dłoń na swoim ramieniu. Dziewczyna zaśmiała się i wspinając się na palce, złączyła nasze usta.

Otoczyłem ją ramieniem w pasie i przyciągnąłem do siebie tak blisko, że Lori stanęła palcami na moich butach. Uśmiechnąłem się, smakując jej wargi, przesiąkając jej zapachem. Dziewczyna wsunęła dłoń w moje włosy, delikatnie masując moją skórę. Momentalnie odprężyłem się jeszcze bardziej. Uwielbiałem te momenty, w których Lori zdawała się zapomnieć o całym otaczającym nas świecie. Uwielbiałem czuć, że się we mnie zatraca, podczas gdy ja zatracam się w niej.

Odchyliłem głowę, przerywając pocałunek i przyłożyłem dłoń do jej rozgrzanego policzka. Nie puściłem jej jednak, więc wciąż stała bardzo blisko mnie. Uśmiechnąłem się, przejeżdżając kciukiem po jej wargach.

-Nie martw się na zapas, Aniele - szepnąłem, patrząc jej w oczy. - Obiecaj mi to, a będzie dobrze.

-Obiecuję - odezwała się słabym głosem i przytuliła się do mnie, zarzucając ręce za szyję. Odsunąłem się od niej i ostatni raz ucałowałem jej skroń. Gdy przed wejściem odwróciłem się jeszcze, wciąż stała w tym samym miejscu, przyglądając mi się z uśmiechem. Jej usta poruszyły się bezdźwięcznie, ale wiedziałem, co chciała mi przekazać.

Wierzę w ciebie.

*

Oczyszczanie cery, masaż całego ciała, manicure, a potem fryzjer. Wszystko to zafundowała mi moja przyjaciółka, robiąc mi niespodziankę i twierdząc, że to wcześniejszy prezent na urodziny. Jak zwykle moje sprzeciwy na nic się zdały, więc miałam przed sobą całe przedpołudnie w zakładzie kosmetycznym.

Leżałam na kozetce, nie wiedząc zbytnio, co niewiele starsza ode mnie dziewczyna wyczynia z moją twarzą i zastanawiałam się, jak Seth sobie radzi. Wierzyłam w niego i czułam, że jest w stanie zaliczyć wszystkie egzaminy. Był bystry, uczynny i miał potencjał; brakowało mu tylko ambicji, które zmotywowałyby go do działania. Jednak... musiałam choć raz stać się realistką. Nikt w ciągu tygodnia nie byłby w stanie przyswoić całego materiału. Dlatego martwiłam się i modliłam, by skupiał się tylko na egzaminie, a nie na innych rzeczach, które mogłyby go rozproszyć.

-Mam nadzieję, że Seth zadzwoni w czasie przerwy – odezwałam się. Z kozetki obok dobiegło wymowne westchnienie.

-Masz się odprężyć – syknęła Terri. - Przestań myśleć o Secie i innych bzdurach. To babski dzień, pamiętasz? Mamy się upiększać, poczuć lepiej, nie myśleć o tych palantach, których mamy za chłopaków i którzy są jak wrzody na tyłku.

Dziewczyna stojąca nade mną roześmiała się cicho. Wmasowywała w moją twarz różnie pachnące specyfiki, co swoją drogą było dość przyjemne. Nigdy wcześniej nie byłam u kosmetyczki, albowiem nie było mnie na to ani stać, ani nie przykładałam specjalnej uwagi do dbania o cerę.

-Nie mogę się odprężyć, kiedy Seth poci się w szkole... Sama widziałaś, jaki był dzisiaj zdenerwowany. Próbował nie dać tego po sobie poznać, ale...

-Tak, tak, a Chris wręcz skakał z radość na samo wspomnienie o testach – zironizowała Terri. Wywróciłabym oczami, gdybym nie miała ich zamkniętych. - Przestań się zamartwiać. Seth sobie poradzi. A jeśli nie, to sam jest sobie winien. Chris zresztą też. Oboje olewali szkołę. A teraz... Przestań o tym myśleć!

Westchnęłam i położyłam dłonie na brzuchu, próbując się odprężyć. Zaczęłam rozmyślać o tych wszystkich miłych rzeczach, które spotkały mnie ostatnimi czasy, właśnie dzięki Sethowi. O tych spotkaniach nad stawem, wypadach poza miasto. Możliwe, że zbyt często o tym rozmyślałam i zaczynało robić się to nudne, ale nic nie mogłam poradzić na to, że byłam z nim szczęśliwa. Nic nie mogłam też poradzić na to, że wiele osób chciało zniszczyć to, co mamy. W tym Roxanne Canavan, o której nie mogłam tak po prostu zapomnieć.

-Myślałam dużo o wakacjach – dotarł do mnie głos przyjaciółki. - Może wybierzemy się gdzieś wszyscy razem? W czwórkę? Mało czasu spędzamy wszyscy razem, nie zauważyłaś? Albo jestem z Chrisem albo z tobą, albo ty włóczysz się gdzieś z Sethem, a nigdy nie trzymamy się wszyscy razem.

-Tym lepiej dla ciebie – powiedziałam z lekkim rozbawieniem. - Seth nadal nie trawi waszego związku. Ostatnio tym bardziej.

-Dzięki za to, tak w ogóle – mruknęła. - Bardzo ułatwiłaś mi życie z nim pod jednym dachem.

-Przepraszam... Wiesz, że nie potrafię kłamać.

-Przecież się nie gniewam, Lori. - Zamilkła na chwilę. - Lori, czy Seth... Mówił ci coś, dlaczego pokłócił się z mamą?

Otworzyłam jedno oko, zerkając niepewnie w stronę przyjaciółki. Wiedziałam, że w końcu zacznie o to wypytywać.

-Powinnaś sama go spytać – powiedziałam ostrożnie.

-On mi nie powie! Au! Niech pani uważa, gdzie wsadza palce...

-Proszę wybaczyć.

Rozległo się ciężkie westchnienie dziewczyny.

-Lori, ja pytam poważnie. Widzę, że coś się dzieje. Seth unika jej jak ognia, a jak na nią trafi, to patrzy na nią z taką nienawiścią w oczach... Nigdy wcześniej nie było tak źle. Poza tym, słyszałam, jak mama płacze... Lori, muszę wiedzieć, co dzieje się w moim domu, bo nikt mi nic nie mówi. A ty i Seth rozmawiacie o wszystkim, prawda? Wiesz coś?

Nie odpowiedziałam od razu, ponieważ nie miałam pojęcia, co takiego powinnam jej powiedzieć. Obiecałam, że dochowam tajemnicy dla dobra Terri, ale sprawa wymykała się spod kontroli. Nie potrafiłam jej okłamywać i nie chciałam już tego robić. Terri powinna poznać prawdę. A Seth się mylił – poradziłaby sobie. Niewiedza jeszcze bardziej ją raniła.

-Porozmawiaj o tym z Sethem – odezwałam się po chwili. - Tak będzie najlepiej.

-No to niczego się nie dowiem – westchnęła. - No dobrze. Skupmy się na tych wakacjach. Może pojedziemy na obóz do Sun Lakes? Nigdy nie byłaś na żadnym obozie, prawda?

-Nie. Choć może pojedziemy gdzieś indziej? - zaproponowałam niepewnie. Sun Lakes zbyt wiele dla mnie znaczyło i może to wydać się niepoważne, ale to miejsce było tylko nasze.

-Mój brat spędza każde wakacje na zachodnim wybrzeżu – odezwała się jedna z kosmetyczek. - Albo Malibu, albo Santa Barbara. Jest tam pięknie. Mogę dać wam namiary na różne miejsca i hotele.

-Brzmi świetnie – podekscytowała się Terri. - Lori, co o tym myślisz?

-Cały dzień wylegiwania się na plaży, tak? - Skrzywiłam się. - Wolałabym miejsce, gdzie można cokolwiek zwiedzić, poznać inne kultury, nauczyć się czegoś...

-A ty tylko o jednym. Wymyślimy coś. Faktem jest, że nie mam zamiaru spędzić całych wakacji w domu i jestem pewna, że ty również.

Nie odezwałam się. Oczywiście, chciałabym gdzieś wyjechać, ale teraz nie wchodziło to w grę. Nie miałam na to pieniędzy. Od kilku dni rozmyślałam nad znalezieniem jakiejkolwiek pracy na wakacje; to Seth podsunął mi ten pomysł. Powinnam zacząć zarabiać, jeśli zamierzam udać się na studia. Przede mną ostatni rok, a nadal nie wiem, co mogłabym robić w przyszłości. Bez przerwy męczyłam Setha, choć sama nie miałam pojęcia, jak będzie wyglądać moje życie za rok.

-Pomyślimy o tym – mruknęłam tylko, znów próbując się odprężyć. Nadal było to dość trudne zadanie.

*

Korytarze były pełne zestresowanych maturzystów. Wszyscy kłębili się przed wyznaczonymi klasami, miętoląc w dłoniach długopisy, paczki chusteczek higienicznych i siebie nawzajem. Westchnąłem, wchodząc po schodach. Na półpiętrze, ni z tego ni z owego, poczułem jak ktoś łapie mnie za łokieć i obraca. Zdezorientowany spojrzałem na stojącą za mną Roxanne Canavan.

-Co ty...?

-Więc dalej z nią jesteś? - wyrzuciła z siebie. Patrzyła na mnie tymi swoimi niezdrowymi, niebieskimi oczami, pełnymi obsesji.

-O co ci chodzi, Roxanne? - rzuciłem, wsuwając dłonie do kieszeni.

-O co mi chodzi? Co się z tobą stało, Seth? To ta suka cię tak zmieniła!

Zacisnąłem ze złości zęby.

-Nie obrażaj jej, Roxanne. Dobrze ci radzę - wycedziłem, ale ona zdawała się mnie w ogóle nie słuchać.

-Dlaczego?! Przecież taka jest prawda! Zachowujesz się zupełnie inaczej! Gdzie jest ten facet, który pieprzył się ze mną po toaletach w klubach, co?

-Roxanne, przestań...

-W składziku na mopy, na trybunach, pod zwykłą latarnią...

-Przestań! - warknąłem, czując, że tracę nad sobą kontrolę. - Tego człowieka już nie ma, rozumiesz? Nie ma.

-Ale dlaczego, Seth. - Jej głos stał się łagodniejszy. Podeszła do mnie. - Wciąż o tobie myślę. Nie mogę zapomnieć. Zatarłeś sobą wszystkich innych facetów. Chcę tylko ciebie, słyszysz? Pragnę cię.

Jej dłoń błyskawicznie zacisnęła się na moim kroczu. Syknąłem, wyciągając dłonie z kieszeni i odepchnąłem ją od siebie. Nie mocno, ale stanowczo.

-Pochlebiasz mi, Roxanne, ale to już koniec. Mówiłem ci. Nic do ciebie nie czuję.

-A od kiedy Seth Knight coś czuje? - zaśmiała się bez cienia wesołości. - Tylko razem bylibyśmy wolni, Seth. Bez zahamowań. Pamiętasz? Lubiliśmy to samo...

-Już nie.

Na jej twarz znów wślizgnął się wyraz furii.

-Mówiłam jej, żeby trzymała się od ciebie z daleka - wycedziła, a ja zamarłem. - Najwyraźniej muszę posunąć się ciut dalej.

-Co ty powiedziałaś?!

-Powiedz mi, dlaczego?! - Ponownie podeszła do mnie, łapiąc za brzeg mojej marynarki. Patrzyłem na nią, jak na najgorszego robaka. - Blake lepiej ciągnie, tak? Daje ci się od tyłu?

-Tylko ty dawałaś - wzruszyłem ramionami, czując, że chcę ją zranić. Jak najmocniej. Dopiero teraz wszystko składało się w jedną całość. To, dlaczego Lori tak często odsuwała się ode mnie. Jak rozglądała się, przestraszona...

-Całkiem kiepsko, jeśli miałbym dodać - dorzuciłem, łapiąc ją za nadgarstki. - Jesteś najbardziej żałosną i pustą panną, jaką kiedykolwiek miałem nieprzyjemność znać. I ostrzegam cię, Roxanne. Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu Lori, zapłacisz mi za to. Przekonasz się, jak łatwo potrafię zapomnieć, że nie jesteś facetem - warknąłem i odepchnąwszy ją od siebie, ruszyłem na górę. Mogłem przysiąc, że słyszałem jej szloch. Byłem z siebie zadowolony, ale jednocześnie wściekły. Na siebie, że zignorowałem głuche plotki. Na Lori, że o niczym mi nie powiedziała.

„Zapomnij o wszystkim innym. Myśl tylko o teście“. Teraz wiedziałem, że czeka mnie praktycznie a-wykonalne zadanie.

*

Wysiadłam z pickupa Terri i od razu na moich ustach pojawił się uśmiech, widząc, że Seth czeka na mnie przed domem. Tak jak rano, siedział na schodkach werandy; marynarka leżała zmięta obok niego, koszulę miał w połowie rozpiętą, a włosy jak zawsze w całkowitym nieładzie. Powinien w końcu odwiedzić fryzjera, ponieważ opadały mu na oczy i wciąż musiał je zaczesywać na bok. Jednak wyglądał tak całkiem uroczo, czego nie powiedziałam na głos; taki komentarz na pewno sprawiłby, że natychmiast pobiegłby je podciąć.

Dzień z Terri minął nam bardzo przyjemnie i cieszyłam się, że dałam się na to namówić. Czułam się jakoś inaczej. Lepiej. Myślę, że każda kobieta odczuwa w taki sposób wizytę w zakładzie kosmetycznym. Nie dałam się jednak przekonać do obcięcia włosów. Zbyt mocno było mi ich szkoda, więc pozwoliłam fryzjerce na wyrównanie końcówek i podcięcie grzywki. I zignorowałam radę Terri odnośnie zmiany koloru na jaśniejszy. Mój naturalny kolor o wiele bardziej mi się podobał.

-Zobaczymy się jutro – rzuciłam do przyjaciółki i zamknąwszy drzwi, skierowałam się w stronę mojego chłopaka. Nie ruszył się jednak, patrzył na mnie bez mrugnięcia okiem. Dopiero, gdy znalazłam się jakieś trzy metry od niego, dostrzegłam w jego oczach, coś, co lekko mnie zaniepokoiło. Coś się stało.

Odpędziłam od siebie wszystkie niemiłe myśli. Obiecałam, że nie będę martwić się niczym na zapas. Tak więc przywołałam na twarz uśmiech i kiedy Seth podniósł się na nogi, podbiegłam do niego i zarzuciwszy ramiona na jego szyję, pocałowałam jego usta. Przez krótką chwilę nie odwzajemnił go, tylko stał niewzruszony i spięty. Odchyliłam głowę, przyglądając mu się uważnie. Zmarszczył brwi, a kącik jego ust uniósł się lekko ku górze.

-Coś ty z sobą zrobiła? - parsknął cichym śmiechem. - Pachniesz jak cała drogeria.

-Byłyśmy u kosmetyczki – wyjaśniłam, przykładając dłoń do jego policzka. - Terri mnie namówiła, wykorzystując argument, iż mam za dwa tygodnie urodziny. I w sumie jestem jej wdzięczna. Potrzebowałam czegoś takiego.

-Jasne – mruknął. Momentalnie spoważniał, a jego dłonie zniknęły z moich pleców. Prawą, z której już dawno zniknął opatrunek, włożył do kieszeni, a lewą przetarł kark, czymś zamyślony.

-Seth, wszystko w porządku?

-Dowiedziałem się dzisiaj kilku ciekawych rzeczy – zaczął powoli, znów siadając na schodkach werandy. Z kieszeni marynarki wyjął paczkę papierosów, wyciągnął jednego i zaczął go obracać w placach. Cały czas wpatrywał się we mnie. - Może jest coś, czym chciałabyś się ze mną podzielić, Lori?

Pokręciłam głową, nie mając pojęcia, o co mu chodzi. Oparłam się bokiem o balustradę i zagarnęłam włosy za ucho.

-Jak ci poszło na egzaminie? - spytałam. - Był bardzo trudny?

-W dupie mam ten debilny egzamin – syknął, zaskakując mnie. Wypuścił ze świstem powietrze i wyciągnąwszy z kieszeni zapalniczkę, odpalił papierosa. Mocno się zaciągnął i znów na mnie spojrzał tym swoim badawczym wzrokiem. - Na pewno nie masz mi nic do powiedzenia? Nic a nic?

-Nie... Seth, nie wiem, o co ci chodzi. Co się stało? - powtórzyłam, coraz bardziej zaniepokojona.

-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś, co? - Jego głos stał się niższy i bardziej zachrypnięty; zaciągnął się ponownie i przeklął cicho. - Nieźle wkręciłaś się w to całe zatajanie faktów.

-Nie wiem, o co...

Spojrzał na mnie wymownie, a ja zamarłam. Już wiedziałam.

-Rozmawiałeś z Roxanne...

-No jasne, kurwa, że rozmawiałem – warknął. - Tylko powiedz mi, Loraine, dlaczego musiałem się tego wszystkiego dowiedzieć od niej? Akurat od tej dziwki!

-To nic takiego...

-Nie? No jasne, że nie – roześmiał się ponuro. - Wszyscy wokół plotkowali na nasz temat, czepiali się ciebie, gadali o tobie rzeczy, których twoje delikatne uszy nie zniosą... Ta dziwka nawet cię spoliczkowała. Ale jasne, to nic takiego.

Spuściłam głowę, czując, jak do oczu napływają mi łzy. Właśnie tej rozmowy chciałam uniknąć. Pewnie byłam naiwna, myśląc, że nigdy się o tym nie dowie. Czułam na sobie jego spojrzenie, ale nie miałam odwagi podnieść głowy i spojrzeć mu w oczy.

-Dlaczego mi nie powiedziałaś? - usłyszałam. Mówił znacznie delikatniejszym tonem, ale nadal wyczuwało się w nim napięcie, jakby z całych sił próbował nad sobą panować.

-To nic by nie zmieniło, Seth...

Dotarło do mnie tylko kolejne przekleństwo. Katem oka zauważyłam, że wstał i zaczął krążyć wokół mnie. Nie odzywałam się, próbując powstrzymać napływające łzy i myślałam, jak załagodzić całą sytuację. Bałam się, co mógłby zrobić, gdyby poznał wszystkie szczegóły.

-Czemu myślisz, że nic by to nie zmieniło? - spytał, podchodząc do mnie. Wziął mnie pod brodę, zmuszając, bym na niego spojrzała i zacisnął wargi, zapewne widząc moje mokre oczy. - Dużo by to zmieniło, Lori. Zrobiłbym coś.

-Właśnie tego nie chciałam – wyrzuciłam z siebie. - Ty zawsze działasz pod wpływem emocji. To tylko głupie plotki. I kilka nieprzyjemnych uwag pod moim adresem... To nic takiego, Seth. Przywykłam do tego.

Zamrugał szybko oczami. Odwróciłam głowę i szybkim ruchem przetarłam powieki. Makijaż, na który również dałam się namówić, zapewne będzie teraz całkowicie zniszczony. A tak chciałam, by ten wieczór przebiegł w zupełnie innej atmosferze. W planach miałam wspólną kolację dla nas; coś, co odprężyłoby go po męczącym dniu.

-Potrafię sobie z tym poradzić – powiedziałam powoli. - Potrafię chodzić po korytarzach z w miarę uniesioną głową, ignorować docinki innych. Boli mnie to, ale wciąż nie tak bardzo, jak twoja złość. Nie lubię, kiedy jesteś taki – szepnęłam, przykładając dłonie do jego twarzy. - Chcę, żebyś był szczęśliwy, żebyś się uśmiechał, cieszył z tego, co masz. Tak jak ja. Ponieważ cię kocham, chcę oszczędzić ci całego cierpienia, rozumiesz? Ty robisz to samo dla mnie i dla swojej siostry, prawda?

Nie odpowiedział. Złapał mnie za nadgarstki i delikatnie odsunął od swojej twarzy.

-Jak się kogoś kocha, nie zataja się przed nim prawdy – powiedział ostro. - Nie robisz tego dla mnie, tylko dla swojej wygody. Na tym polega kłamstwo, co nie? A to twoje ciągłe pieprzenie o byciu szczęśliwym? Jest przereklamowane. Życie jest jednym wielkim gównem i sama o tym doskonale wiesz, a przez udawanie, że jest inaczej, tylko oszukujesz samą siebie.

Nie chciałam przyznawać mu racji, choć każde słowo było prawdą. Bolesną, rozdzierającą ledwo zagojone rany. Nie mogłam już powstrzymywać łez.

-Pewnie nawet nie masz zamiaru przyznać się do błędu – wycedził. - Świetnie. Rób tak dalej, Lori. Będzie nam się żyło wykurwiście szczęśliwie.

-Seth, proszę cię...

Złapałam go za rękę, widząc, że chce odejść.

-Wrócimy do tego jutro – powiedział, wypranym z emocji głosem. - Jak oboje ochłoniemy.

Wyszarpnął rękę z mojego uścisku i skierował się w stronę bramy. Spojrzałam na marynarkę leżącą na schodach.

-Może Roxanne miała rację – odezwałam się z trudem, obejmując mocno ramionami. Znów ogarnęło mnie to nieprzyjemne uczucie, jakbym rozpadała się w środku. - Może jednak nie pasujemy do siebie.

Zatrzymał się i odwrócił powoli, dłonie wkładając do kieszeni spodni. W jego oczach znów pojawił się gniew.

-To twoje zdanie – warknął. - A zdarza ci się nie mieć racji.

Zrobiłam krok do przodu, chcąc do niego podejść, ale potrząsnął głową i szybkim krokiem skierował się w dół ulicy, po chwili znikając za zakrętem. Nie byłam w stanie wołać go, a tym bardziej za nim pobiec. Rozkleiłam się całkowicie i usiadłam na stopniu, biorąc do rąk jego marynarkę. Żałowałam wszystkiego i znów cierpiałam. Sama sobie na to zasłużyłam.

*

Leżałem na łóżku nieruchomo już od dobrej godziny, ze wzrokiem wlepionym w sufit. Zadziwiające, bo dokładnie to samo robiłem parę miesięcy temu, zastanawiając się, jak to jest możliwe, że Loraine Blake jest z takim palantem jak Barton.

Sytuacja zmieniła się tylko pod tym kątem, że tym razem, owym palantem byłem ja.

To miał być taki cudowny wieczór. Miałem zapomnieć o całym egzaminie, o stresie. Mieliśmy usiąść we dwoje, miałem ją całować i mieć głęboko w dupie resztę świata. A wyszło zupełnie odwrotnie.

Warknąłem głośno i sfrustrowany uderzyłem w poduszkę pięścią. Nadal nie mogłem uwierzyć, jak mogła nic mi nie powiedzieć? Jak mogła godzić się na takie traktowanie? Przyzwyczajenie nie było dla mnie żadnym wytłumaczeniem. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej wyprowadzało mnie to z równowagi. Gdybym teraz tylko mógł, zapierdoliłbym pewnie za to pół miasta. Ale nie mogłem i dlatego siedziałem w swoim pokoju, zupełnie nie radząc sobie z własnymi emocjami.

Na dodatek jej ostatnie słowa... Odbijały się w mojej głowie upiornym echem. Zacisnąłem mocno powieki, próbując pozbyć się ich z głowy, ale one wciąż wracały.

„Może Roxanne miała rację“.

A czy ta kurwa kiedykolwiek ją miała?! Jasne, że nie! Nie miała racji. Jest pustą, durną idiotką, której zależy tylko na tym, by ktoś atrakcyjny regularnie wszedł jej między nogi!

„Może jednak nie pasujemy do siebie“.

To bolało mnie najbardziej. Stojąc przed jej domem, nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo te słowa mnie zraniły. Dopiero teraz czułem okropny ból w klatce piersiowej. Jakby słowa były nożem, a...

Jasna cholera.

Zerwałem się z łóżka i zacząłem krążyć po pokoju. Nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich Terri. Nie zwracając na nią uwagi, wciąż krążyłem.

-Co robisz, Seth? - spytała, wyraźnie zbita z tropu.

-Przechadzam się, kurwa, po pokoiku.

-Myślałam, że jesteś u Lori...

-Ja też tak myślałem - mruknąłem i rzuciłem się na łóżko, gniotąc w dłoniach poduszkę.

-Okeeej...

Terri zamknęła za sobą drzwi i przeszła przez pokój. Usiała na krześle przy biurku.

-Seth - zaczęła ostrożnie. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek. - Co jest między tobą a mamą? Co się stało?

Jęknąłem, przewracając się na bok.

-Terri, naprawdę nie jestem w nastroju, żeby teraz o tym rozmawiać.

-Mam tego już dość, Seth! - krzyknęła, podnosząc się. Jasna cholera... - Chcę wiedzieć, co się dzieje w moim domu! Czy to tak trudno zrozumieć?

-Nietrudno. Ale to, co jest miedzy mną a matką... Dotyczy mnie i matki. Nie ciebie.

-Powiedz mi, co się tu dzieje!

-Nie dzisiaj, Terri. Wyjdź – warknąłem, przecierając oczy kciukiem i palcem wskazującym.

Dziewczyna krzyknęła coś jeszcze, ale już po chwili usłyszałem trzask drzwi. Jęknąłem głośno, ale gdy przewróciłem się na plecy, w głowie znów miałem ten sam głos.

„Może jednak nie pasujemy do siebie“.


***


Witajcie, kochani! Jak wam się podoba? Krótki, to fakt, ale pełen różnych emocji. Taką mam nadzieję. Mówiłam, że będzie się wiele działo, ale nie mówiłam, że będzie różowo . Ciekawe co zrobię dalej z naszą parką...

Mam już w połowie napisany drugi rozdział ( ten miałam już wczoraj, ale nie chciało mi się dodawać xd), więc może nawet dodam jeszcze dziś.

MOŻE, ROZDZIAŁ KOSZTUJE :
10 KOMENTARZY x3 .
  • awatar Gość: Cudowne to opowiadanie wchodzę tu codziennie niedługo będę musiała iść na odwyk :P
  • awatar Gość: No powiem szczerze że nie spodziewałam się takiego obrotu akcji... No i ta Roxanne musiała namieszać... Czekam na kolejny rozdział:)
  • awatar Gość: łał :D jest z dreszczykiem emocji :D boski
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (11) ›
 

 
Gdy koniec tygodnia w końcu nadszedł, miałem wrażenie, że mam za sobą naprawdę wyjebiście trudny okres. W piątek wieczorem wreszcie ściągnęli mi gips, choć nie miałem zamiaru przyznać się przed tym spedalonym Żelusiem w białym kitlu, że wciąż mnie w niej rwie przy zaciskaniu dłoni. Chuj mu do tego.

Jak na razie intymna sytuacja ze mną i Lori w roli głównej się nie powtórzyła. Sam nie wiedziałem, czy mam się z tego powodu cieszyć. Gdy spotykaliśmy się rano, całowała mnie krótko i delikatnie. Idąc korytarzem, gdy odprowadzałem ją na lekcje, pozwalała mi się objąć ramieniem, jednak była wtedy jakaś przygaszona. Zazwyczaj nic nie mówiła, tylko rozglądała się na boki, dziwnie spłoszona. Nie uznałem tego jednak za nic godne zastanowienia. Lori to Lori. Jest płochliwa i nie przywykła do bycia w centrum zainteresowania kogokolwiek. Myślę, że między innymi również dlatego z nią jestem.

Moja siostra i najlepszy kumpel, w odróżnieniu od nas, nie szczędzili sobie czułości. Gdziekolwiek bym się na nich natknął wymieniali się wzajemnie śliną. Jasne, rozumiem. Całowanie się jest iście wykurwistą sprawą, ale to w końcu moja młodsza siostra, nie? Za każdym razem czułem obrzydliwe mdłości.

Do tego dochodziła jeszcze matka. Zazwyczaj, gdy już mam złudną nadzieję, że udało mi się zapomnieć o całej tej popierdolonej sprawie, okazuje się, że przed rzeczywistością nie można uciec. Nawet w ramiona Loraine Blake.

Był piątkowy wieczór. Właśnie wróciłem od lekarza, z grubą warstwą maści na swędzenie i delikatnym opatrunkiem założonym na dłoń przez długonogiego rudzielca w niebieskim kitlu. Zawiesiłem kurtkę na wieszaku, gdy dotarł do mnie przyciszony, nastrojowy ton włoskiej muzyki. Odruchowo skrzywiłem się, bo myślałem, że gdy tylko wparuję do salonu, ujrzę znowu Terri i Chrisa. Bardzo się jednak myliłem.

Na kanapie zobaczyłem matkę i McBrayana. Robal siedział bokiem, gładząc Norę po zarzuconym na jego biodro udzie. Kobieta opowiadała coś szeptem, bawiąc się włosami i zataczając kieliszkiem koła w powietrzu. Czerwony, rubinowy płyn przelewał się bezszelestnie, rzucając delikatną poświatę na jej uśmiechniętą, zalotną twarz. Na szklanym stoliku stała odkorkowana i opróżniona do połowy butelka wina. Obok paliły się dwie wysokie lawendowe świece, przeniesione z pokoju Terri. To ona w tym domu kochała lawendę.

-To jakiś kurwa żart! - warknąłem, ruszając przez pokój w stronę nic niewidzących gołąbków. Na dźwięk mojego głosu, Nora poderwała się, oblewając czerwonym winem sofę.

-Seth... - zaczęła przestraszona, ale nie zdążyła. W jednej chwili dopadłem do Robala. Złapałem za poły jego fioletowej koszuli i brutalnie dźwignąłem go na nogi.

-Seth, proszę! - Nora już płakała, ale nie miałem ochoty zawracać sobie nią głowy.

-Seth. Uspokój się - bąknął Robal, próbując oderwać moje dłonie od swojej koszuli. Nie zważając na jego daremne próby odzyskania wolności, szarpnąłem nim w stronę korytarza. Mężczyzna zatoczył się, upadając na podłogę. W dłoni został mi kawałek fioletowego materiału.

-Wypierdalaj stąd, McBrayan - wycedziłem, owładnięty wściekłością. Robal podjął bezowocną próbę dźwignięcia się na nogi. Pomogłem mu w tym solidnym kopniakiem w brzuch. Robal stęknął głośno.

-Seth! - wrzasnęła Nora, szarpiąc mnie za łokieć. Odwinąłem się, uwalniając z jej żałosnego uścisku. Złapałem Robala za kark, otworzyłem drzwi i z całej siły cisnąłem nim na podjazd. McBrayan przeturlał się po żwirowej ścieżce, jęcząc cicho.

-Trzymaj się z daleka od mojej rodziny - syknąłem i trzasnąłem drzwiami.

Z dłonią wciąż opartą na klamce, oddychałem głośno, starając się jakoś uspokoić. Za plecami słyszałem płacz matki. Powoli odwróciłem się do niej. Gdy spojrzałem na jej rozmazany makijaż i drgającą dolną wargę, miałem ogromną ochotę ją uderzyć. Myślę, że nie zrobiłem tego tylko dlatego, że Terri jest do niej tak podobna.

-Co to miało być? - wycedziłem, napinając mięśnie szczęki. Nora zadrżała. - Co to miało być, pytam się?!

-Kochanie...

-Nie! - wrzasnąłem, unosząc do góry dłonie. - Nawet nie waż się tak do mnie mówić. - Urwałem, opierając dłonie na biodrach. Zagryzłem wargi, starając się opanować. Myśleć racjonalnie. O kogo tu właściwie chodzi.

Nora milczała.

-Słuchaj - warknąłem. - Pieprz się z nim w samochodach wszelakiej maści, na skrzyżowaniach bocznych uliczek, w przydrożnych hotelach, ale kurwa mać! W domu? W domu, na który pracowałaś z Ianem?! Razem?! W którym wychowałaś... Już pierdole siebie, ale swoją córkę?!

-Seth, ja...

-Gdzie jest Terri? - spytałem, biorąc powoli głęboki oddech. Nora pociągnęła nosem.

-Nocuje u koleżanki - zachlipała. - Miałeś być u Chrisa.

-Plany się, jak widzisz zmieniły - warknąłem, wbijając w nią pełne odrazy spojrzenie. - A co, gdyby to jej zmieniły się plany, co? Pomyślałaś o tym?!

Milczała.

-Jaki przykład jej dajesz? W jakim świetle stawiasz kobietę przed szesnastoletnią dziewczyną?! To jest twoja córka! Mogłabyś choć przez chwilę przestać myśleć swoją przeoraną pochwą i włączyć instynkt macierzyński? Na chwilę tylko!

Milczała.
- Miałabyś dostateczną godność, żeby się przynajmniej rozwieść, wiesz? Ale nie! Niby dlaczego?! Przecież ojciec może utrzymywać ciebie, twojego pierdolonego przepychacza i jeszcze jego starą matkę! - Nora skurczyła się. - Jesteś zwykłą, nic nie wartą pijawką, Nora. Ale jedno mnie zastanawia. - Urwałem na chwilę, podchodząc do niej. Spojrzała na mnie swoimi brązowymi, przerażonymi oczami. Miałem ochotę napluć jej w twarz. - Co widzisz w tym pierdolonym życiowym zerze, że rozłożyłaś przed nim nogi? Nie mam, kurwa, pojęcia!

Odwróciłem się na pięcie i złapałem za kurtkę.

-Seth... Dokąd idziesz? - Jej głos był dla mnie niczym.

Zatrzymałem się z dłonią na klamce i rzuciłem jej ostatnie spojrzenie.

-Módl się o to, żebym cię za prędko nie spotkał. Mamo.

Trzasnąłem drzwiami.

Była dla mnie nikim.

*

Skrzywiłam się, gdy niewielka gałąź uderzyła mnie w policzek, pozostawiając palący ślad. Przetarłam po nim kciukiem i wyjęłam z kieszeni telefon. Kilkanaście minut temu wysłałam Sethowi wiadomość, że będę czekać nad stawem, jednak wciąż się nie zjawił, co zaczynało mnie martwić. Gdyby nie mógł przyjść, na pewno zadzwoniłby.

Wybrałam jego numer i przyłożyłam komórkę do ucha, czekając na sygnał. Odebrał po niecałych trzydziestu sekundach i od razu zorientowałam się, że coś się stało. Był zdenerwowany.

-Seth?

-Zaraz będę – wydusił z siebie z trudem. Głos mu drżał, był rozdrażniony i ciężko oddychał. - Czekaj tam.

-Seth...

Rozłączył się. Schowałam telefon do kieszeni i skierowałam się w stronę wyjścia na drogę. Domyśliłam się, że powodem złości mogła być tylko jego mama. Bo któż by inny? Nawet, gdy kłócił się z Terri, nie był w takim stanie.

Nie czekałam na niego długo. Po pięciu minutach zobaczyłam jego sylwetkę wyłaniającą się zza rogu. Szedł szybko, dłonie trzymając w kieszeni skórzanej kurtki, a wzrok wbijał przed siebie. Zauważył mnie, nieznacznie zwolnił i wziął głęboki wdech. Podeszłam do niego i bez słowa zarzuciłam ramiona na jego szyję, mocno obejmując. Poczułam, jak oplata mnie ramionami w pasie i wtula twarz w mojego włosy. Po chwili jego mięśnie rozluźniły się.

-Przyprowadziła go do domu – wysyczał, nadal mnie nie puszczając. - Kurwa mać! Mało brakowało, a rozwaliłby jego łeb o ścianę. A ona nawet nie zamierzała... - Odsunął się i potrząsnął energicznie głową. Wargi miał ściśnięte, czoło zmarszczone, a twarz czerwoną ze złości. Przyłożyłam dłonie do jego policzków, chcąc jakoś załagodzić jego rysy. Przymknął lekko oczy i westchnął. - Już ok. O tyle dobrze, że Terri tego nie widziała, bo nie wiem, co bym zrobił.

Wziął mnie za rękę i przeszedł przed murek. Odwrócił się do mnie, pomagając mi zejść na ziemię. Ruszyliśmy ścieżką między gałęziami, które rosły coraz gęściej. Ostatnimi czasy bardzo zaniedbaliśmy to miejsce.

-Seth, wszystko się w końcu ułoży – powiedziałam, siadając na trawie. Prychnął i wyciągnął z kieszeni papierosa, co postanowiłam nie komentować; był już wystarczająco poddenerwowany.

-Ułoży się, jak ta zdzira zniknie z naszego życia, razem z tym skurwysynem. - Odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Nie usiadł, tylko zaczął krążyć wzdłuż brzegu. - Wolałbym, gdyby się rozwiedli. Choć nie mam pojęcia, co wtedy będzie z Terri. Ona z tym nie da sobie rady.

-Terri da sobie radę – odezwałam się cicho. - Ty nie.

-Daj spokój – parsknął. - Ja sobie ze wszystkim świetnie daję radę.

Popatrzyłam na niego wymownie. Wzruszył ramionami i zgasiwszy niedopalonego papierosa o pień drzewa, usiadł obok mnie na pieńku.

-Terri zaczyna coś podejrzewać – mruknęłam. Spojrzał na mnie, zaskoczony. - Nic jej nie mówiłam. Ale ona ma swój rozum, Seth. Widzi, co się dzieje z jej rodzicami, ale wmawia sobie, że to nic złego. Prędzej czy później, dowie się prawy. Jak nie od ciebie, to od nich.

Zacisnął wargi i wbił wzrok w uśpiony przed nami staw. Słońce skryło się za horyzontem, ale niebo wciąż przybarwione było delikatnym różem, swoim widokiem zapierając dech w piersiach. Nad drzewami krążyło jeszcze kilka ptaków, a gdzieś w tle rechotały żaby. Oparłam głowę na jego ramieniu i splotłam razem nasze palce, przymykając na chwilę oczy.

-Chyba jednak sobie nie radzę – usłyszałam i podniosłam na niego wzrok. Przetarł twarz dłonią, na której wciąż miał bandaż i potrząsnął głową. - Tak właściwie, to co ty tu robisz, skoro Terri miała u ciebie nocować?

-Nie u mnie – odparłam, znów przymykając oczy. - Jest u Chrisa.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co powiedziałam. Zamarłam, czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Poczułam tylko, jak uścisk jego palców na mojej dłoni nasila się.

-Co proszę? - uniósł brwi. Zmieszałam się.

-Nic.

-Czy ty dałaś mi do zrozumienia, że moja młodsza siostra pieprzy się właśnie z moim najlepszym kumplem?

-Nie... Ona po prostu u niego... nocuje.

-Powiedz mi, co dwie osoby, zazwyczaj płci przeciwnej, będące w związku mogą robić podczas takiego nocowania, co?

Zagryzłam wargę.

-Widzę, że mi nie odpowiesz – prychnął i podniósł się na nogi, zaczynając krążyć w tę i z powrotem. Sięgnął po kolejnego papierosa, ale wstałam i bezceremonialnie wyciągnęłam mu go z ust. Popatrzył na mnie z wyrzutem.

-Seth, proszę cię – jęknęłam błagalnie. - Przerażasz mnie, gdy tak się zachowujesz.

-O, przepraszam – zironizował, sięgając po kolejnego papierosa; tego również mu zabrałam. Podążył za moją ręką i skrzywił się. - Mnie przeraża myśl o pieprzącej się mojej siostrze, Lori.

-Wiedziałam, że nie powinnam ci mówić, bo tak zareagujesz...

-Nie, czemu – prychnął i chowając paczkę do kieszeni kurtki, usiadł z powrotem na pieńku. - Super. Dobrze wiedzieć. Zajebiście. Chyba mu fiuta urwę...

-Seth!

-Lori!

Skrzyżowałam ramiona na piersi. Wywrócił oczami i oparł się plecami o drzewo, oddychając głęboko. Stałam nad nim, czekając, aż uspokoi swoje nerwy i będzie mógł normalnie rozmawiać. Nie lubiłam, gdy był tak zdenerwowany.

Po chwili otworzył oczy i popatrzył na mnie jakoś inaczej, całkowicie zbijając mnie z pantałyku.

-Ale z jednej strony fajnie, że to mówisz – uśmiechnął się rozbrajająco.

-Co masz na myśli?

-Bo właśnie zyskałem zajebistą kartę przetargową, aka argument.

Zmarszczyłam czoło, nie mając pojęcia, co ma na myśli. Wciąż z tym cwaniackim uśmieszkiem, złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie tak, że wylądowałam na jego kolanach. Nadal do tego nie przywykłam, więc pisnęłam cicho i objęłam go za szyję, chcąc utrzymać równowagę. Kiedy na niego spojrzałam, nasze twarze dzieliły tylko milimetry. Wpatrywał się we mnie znad półprzymkniętych powiek, przesuwając końcem języka po wargach, a jego dłonie gładziły mnie po plecach i udzie. Zadrżałam mimowolnie, czekając na pocałunek, ale on tylko odgarnął mi włosy za ucho, przesuwając ustami po mojej szyi.

-Jaką? - wydusiłam z trudem. Serce waliło mi, jak młotem, krew buzowała w żyłach, myśli plątały się, nie pozwalając na zachowanie zdrowego rozsądku. Myślałam tylko o jego ustach na moich wargach, o jego dłoniach, pieszczących moją skórę, obezwładniających moje zmysły.

-Dowiesz się w swoim czasie – wymruczał zniewalająco. Przyłożyłam dłoń do jego policzka i pocałowałam, zanurzając palce w jego włosach. Wszystkie złe myśli, wszystkie nieprzyjemne wspomnienia przestały mieć znaczenie.



Patrzyłam niepewnie na moją przyjaciółkę. W tle leciała płyta Placebo, komputer cicho buczał w kącie, firanka powiewała na lekkim wietrze, który wprawiał w ruch papiery porozrzucane na podłodze. Siedziałam na dywanie, zastanawiając się, co powiedziałby Seth, gdyby dowiedział się, co takiego robimy za jego plecami.

Dzisiejsze popołudnie spędzał u Chrisa, co uznałyśmy za odpowiedni moment, by zacząć, jak to wyraziła się dosadnie Terri, spiskować za jego plecami i zająć wysyłaniem podań na uniwersytety. Czyli czymś, o czym Seth nigdy by nie pomyślał. Wciąż upierał się przy swoim, ale nie mogłam pozwolić, by w taki sposób zrezygnował ze swojej przyszłości. Oprócz podań, planowałam dołączyć również nagranie z naszego przedstawienia, czym mógłby zainteresować osoby z college'u. Choć wyrzuty sumienia, które męczyły mnie od dwóch dni, z powodu tego, że cokolwiek przed nim ukrywałam, nie pozwalały mi odpowiednio się tym zająć.

-Pewnie chcesz, żeby studiował jak najbliżej. Lori?

Odwróciłam głowę, napotykając wzrok mojej przyjaciółki.

-Mi jest to obojętne – wzruszyłam ramionami.

Terri parsknęła śmiechem, na co zmroziłam ją wzrokiem i przysunęłam do siebie nogi, obejmując kolana ramionami.

-Nie mów mi, że nie przeraża cię myśl, że będziecie się widywać tylko w weekendy, kiedy pójdzie na studia. - Zmarszczyła czoło w zamyśleniu. - Albo raz na miesiąc lub tylko w święta, kiedy będzie mógł wrócić do domu.

Zagryzłam wargę. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale nie mogłam być egoistką. Teraz spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę, a gdy byliśmy daleko od siebie, czułam dziwną pustkę – jego obecność napawała mnie energią i radością, wnosiła do mojego życia trochę słońca. Gdy go nie było, panowały w nim ciemności.

Choć ostatnio pojawił się pewien problem, który nadal niezmiernie mnie krępował i nie miałam pojęcia, co o tym myśleć i jak zareagować. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z taką sytuacją, a zachowanie Setha niczego nie ułatwiało. Gdyby chociaż zechciał zachowywać się poważnie, tak jak wczoraj nad stawem przez krótką chwilę. Gdyby mógł porozmawiać ze mną o tym, wysłuchać, a nie żartować na każdym kroku i traktować to jako coś normalnego. Dla mnie nie było to normalne.

Podskoczyłam, gdy coś małego uderzyło mnie w sam środek czoła. Zamrugałam, zdezorientowana i spojrzałam w dół na małą, papierową kuleczkę, a potem podniosłam głowę.

-Czy ty właśnie rzuciłaś we mnie...?

-Musiałam zwrócić na siebie twoją uwagę – powiedziała z uśmiechem i rozłożywszy szeroko ramiona, przeciągnęła się z ciężkim westchnieniem. - O czym tak myślałaś?

-O niczym... - odparłam szybko, czując jak palą mnie policzki. Terri nie była kompetentną osobą do rozmów na ten temat. Byłyśmy przyjaciółkami i mogłam powiedzieć jej o wszystkim, ale chodziło o dość intymne sprawy związane z jej bratem.

-Lori, przecież widzę, że coś się dzieje. - Przesunęła się, siadając obok mnie na dywanie. - Zwykle masz taki rozkoszny uśmiech na twarzy, a teraz jesteś czymś zmartwiona. Coś nie tak? Mój brat jednak okazał się totalnym dupkiem, za jakiego zawsze go miałam?

-Nie, nie o to chodzi – zaprzeczyłam szybko. Odgarnęłam włosy za ucho, starając się na nią nie patrzeć. - Wszystko jest wspaniale...

-Chodzi o Roxanne i te wszystkie plotki, które krążą po szkole?

Wytrzeszczyłam na nią oczy. Westchnęła.

-Nie powinnaś się tym przejmować. Wiesz doskonale, jak bezmyślni i bezduszni potrafią być inni, gdy komuś czegoś zazdroszczą. - Oparła się o bok kanapy i również podkuliła pod siebie nogi, siadając ze mną ramię w ramię. - Słyszałam to wszystko, co o was wygadują. Ale ty nigdy nie zwracałaś na nich uwagi i teraz też nie powinnaś. Nie warto, Lori. Żyj własnym życiem.

Kiwnęłam głową, zgadzając się z nią. Jednak nie przejmowanie się plotkami nie było takie proste. W szkole zawsze czułam się, jak wyrzutek, nigdy nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, byłam pomiatana i wyśmiewana. Mimo to nie zwracałam na to uwagi. Teraz wyglądało to inaczej, ponieważ miałam przy sobie Setha i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie są tacy okropni i nie pozwalają nam cieszyć się naszym szczęściem. Nie obchodzili mnie inni i chciałabym, by oni po prostu dali mi spokój.

-Nie będziesz się tym przejmować, prawda? - spytała po chwili Terri, widząc, że milczę.

-Nie będę – obiecałam. - Ale ty nie mów Sethowi.

-Och, proszę cię! - prychnęła. - Nie jest taki głupi. Na pewno coś usłyszy.

-Ale na razie lepiej będzie, jak pozostanie nieświadomy, dobrze? - Popatrzyłam na nią błagalnie. Z lekka niechęcią, zgodziła się. - W końcu to się skończy. Znudzi im się, przywykną do tego...

-Ale Seth się wścieknie mimo to. Również na ciebie, za to, że nic mu nie mówiłaś.

-Będę się tym martwić później – mruknęłam, biorąc do ręki jedną z broszur z uniwersytetu stanowego. Nie mieli tam nic, co mogłoby mu odpowiadać, ale i tak wolałam skorzystać z każdej okazji. - Musimy to skończyć, zanim wróci Seth.

-O tym też powinnaś mu powiedzieć – odezwała się.

-W swoim czasie.

Chciałam wstać, ale Terri złapała mnie za ramię, wbijając we mnie uważne spojrzenie.

-Te plotki, to nie wszystko, co cię gnębi, prawda?

Po chwili wahania, kiwnęłam powoli głową.

-Dlaczego ty zawsze wiesz, co mi leży na sercu? - spytałam z lekkim uśmiechem.

-Jesteś wspaniałą aktorką, ale kłamać w swojej sprawie nie potrafisz. Więc o co chodzi?

-To dość krępujące... - zaczęłam niepewnie. Terri zmarszczyła czoło, a kiedy spuściłam głowę, zawstydzona, z jej ust wyrwało się ciche parsknięcie.

-To wy już?

-Nie! - zaprzeczyłam szybko. Terri uniosła brwi, nadal nie ukrywając rozbawienia. - Chodzi o to... Była taka... sytuacja w ostatni weekend. My całowaliśmy się i...

-Setha poniosło, tak? - wtrąciła. Skinęłam głową i, aby zająć czymś ręce, zaczęłam zbierać wszystkie broszury i ulotki. - No i co? Znając ciebie, to na pewno oprzytomniałaś, zdzieliłaś go po głowie i dałaś mu kazanie na temat odpowiedniego zachowywania się.

Popatrzyłam na nią skołowana.

-Lepiej skończmy ten temat – mruknęłam. Podeszłam do biurka, by schować do szuflady wszystkie papiery, gdy dotarł do mnie odgłos nadjeżdżającego motoru. Nie rozumiem, po co go wziął, skoro dom Chrisa znajdował się trzy ulice dalej.

Terri zerwała się, by pochować wszystko, co mogłoby zdradzić nasze zajęcie i rzuciła się na łóżko, chwytając w rękę zeszyt od matematyki. Nauczyciel koniecznie kazał jej poprawić oceny, ponieważ groził, iż nie przepuści ją do następnej klasy. Spędziłyśmy godzinę powtarzając materiał i byłam pewna, że zda wszystko bez problemu.

W tym samym momencie rozległ się głośny trzask na dole i wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Seth przejechał dłonią po włosach, jak to miał w zwyczaju i zrzucił buty byle jak pod ścianę, prawie przewracając doniczkę z paprotką. Zbiegłam po schodach, przywołując na twarz uśmiech. Odwrócił się, wyglądając na zdziwionego moją obecnością tutaj.

-Gdybym wiedział, że jesteś, pospieszyłbym się – mruknął i wyciągnąwszy rękę, przyciągnął mnie do siebie. Zarzuciłam rękę na jego szyję, pozwalając się pocałować. Trzymał mnie mocno, pogłębiając pocałunek i przesunął językiem po moich wargach, sprawiając, że po całym moim ciele przeszły dreszcze. Odsunęłam się i przyjrzałam uważnie jego twarzy, z której prawie zniknęły pamiątki po jego starciu z Joshem Walkerem. Pozostały tylko niewielkie szramy na jego czole i policzku, dodając mu uroku.

Przebiegłam palcem po jego policzku i uśmiechnęłam się lekko.

-Pomagałam Terri w matematyce – wyjaśniłam. - Więc nie mielibyśmy dla siebie czasu.

-Posiedziałbym z wami. Może bym się czegoś nauczył? - Uniósł brew i roześmiał się, chyba traktując to jak dobry żart.

-Mam nadzieję, że... Nie zrobiłeś mu krzywdy?

-Jak na razie nie. Dałem mu tylko do zrozumienia, co zrobię z jego przyrodzeniem, jeśli taka sytuacja się powtórzy.

Wywróciłam oczami.

-A propos nauki – odezwałam się, szybko zmieniając temat. Seth zignorował mnie i ruszył do kuchni, wspominając coś o kolacji i lodach pistacjowych. Sandra zostawiła na stole resztki z podwieczorku, który zjadłam razem z Terri, ale nie zwrócił na nie uwagi i podszedł do lodówki. - Niewiele czasu pozostało do egzaminów.

-Wiem – mruknął, wyciągając z zamrażalnika pudełko lodów pistacjowych. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. - Nie musisz mi o tym przypominać na każdym kroku.

Usiadł przy stole, posyłając mi wymowne spojrzenie i podając jedną z łyżeczek, które wyciągnął z szuflady. Uśmiechnęłam się. Zajęłam krzesło obok niego, sięgając do pudełka.

-Jeśli chcesz, postaram się w czymś ci pomóc – powiedziałam. - Dam ci moje notatki i inne pomoce naukowe, które zebrałam. Przez tydzień nie przyswoisz sobie tego wszystkiego, ale... Seth, ty mnie w ogóle nie słuchasz.

-Mhm.. - mruknął i uśmiechnął się szeroko, trzymając łyżeczkę między zębami. Roześmiałam się i wyciągnęłam ją, odkładając do pudełka.

-Mówię poważnie.

-Przestałem cię słuchać, kiedy wspomniałaś o nauce – rzucił. - Lori, czemu ty się bardziej przejmujesz tymi egzaminami ode mnie? To ja je zdaję, nie ty. Ty masz przed sobą cały rok.

-Przejmuję się, bo ty najwyraźniej masz je... - Odchrząknęłam wymownie, na co wywrócił oczami. - Nawet jeśli nie chcesz, to i tak musisz...

Nie pozwolił mi dokończyć, bo tak po prostu zamknął mi usta pocałunkiem. Odsunęłam się, próbując lekkim uderzeniem w ramię przyprowadzić go do porządku, ale nic sobie z tego nie robił. Roześmiał się tylko tak po prostu i jednym ruchem podniósł mnie z krzesła, sadzając na blacie. Wytrzeszczyłam oczy, zdezorientowana i drgnęłam, kiedy łyżeczka wyleciała z mojej dłoni, odbijając się z głośnym brzdękiem o kafelki.

-Co ty wyrabiasz?

-Korzystam z mojej karty przetargowej – rzucił z czarującym uśmiechem, opierając dłonie o blat, po moich dwóch stronach.

-Przestań – mruknęłam. - Bądź choć przez chwilę poważny.

-Zbyt wiele ode mnie wymagasz, Aniele.

Znów mnie pocałował i tym razem na nic zdały się moje sprzeciwy. Jednak w tym samym momencie rozległo się głośne pukanie; odepchnęłam go od siebie, co przyjął z cichym przekleństwem i odwrócił się do drzwi.

-Bez przesady, co? - burknęła Terri, krzywiąc się z niesmakiem i przeszła przez kuchnię do lodówki, wyciągając z niej sok. Po minie Setha już widziałam, co zaraz się stanie. Od wczoraj, gdy powiedziałam mu o Terri i Chrisie, powstrzymywał się przed komentarzami, ale teraz był bliski wybuchu.

-Seth, chodźmy do twojego pokoju – szepnęłam, łapiąc go za rękę, ale zignorował mnie.

-Może mi wyjaśnisz, co ty wyrabiasz z moim kumplem, co? - warknął, patrząc na siostrę.

-Twoja głupota zaczyna mnie przerażać. - Terri pokręciła głową z dezaprobatą i oparła się bokiem o stół, ściskając w dłoni szklankę. - Wcześniej uznałabym, że wyrażenie „być w związku” jest ci całkowicie obce, ale teraz... - Przeniosła wzrok na mnie. Starałam się niemo dać jej do zrozumienia, co takiego Seth ma na myśli. Potrząsnęłam szybko głową, mając nadzieję, że nie dojdzie między nimi do kłótni.

Terri wytrzeszczyła oczy.

-No słucham? - syknął, wbijając w nią groźne spojrzenie.

-To nie twoja sprawa – odparła. Słyszałam, że jej głos lekko drży i utraciła typową pewność siebie.

-Jasne, że moja! Jesteś za młoda, a on jest od ciebie starszy! Poza tym, to jest Chris. Znam go lepiej, niż ktokolwiek inny. Nawet lepiej niż ty i nie pozwolę...

-Co tu się dzieje?

Odwróciliśmy się. W drzwiach stała Nora Knight. Seth przeklął siarczyście pod nosem i rzuciwszy do swojej siostry: „jeszcze do tego wrócimy”, skierował się do wyjścia, ciągnąc mnie za sobą. Nawet nie spojrzał na swoją matkę, tylko bez słowa ruszył się schodami na górę.

*

Słońce uparcie oparło się na oknie mojego pokoju, za nic w świecie nie chcąc pozwolić mi zapomnieć, jak zajebiście jest na zewnątrz. Do środka, przez uchylone okno, wdzierały się rześkie podmuchy sobotniego poranka, przyjemnie rozwiewając mi włosy. Leżałem na łóżku, otoczony tymi wszystkimi pierdołami, które w szkole dała mi Lori. Mówiąc pierdoły, mam na myśli wielkie vademecum licealisty, notatki oraz fiszki z matematyki, angielskiego i wiedzy o społeczeństwie. Nie mam pojęcia, jak to jest możliwe, że ta dziewczyna, będąc w drugiej klasie ma więcej takich shitów, niż ja kończący szkołę. Cóż... Ja to ja.

Musiałem jednak przyznać, że ta cała „nauka“ nawet całkiem ładnie mi szła. Wstałem o ósmej, zjadłem zrobione przez Sandrę śniadanie i zupełnie wypłukując Norę ze swych myśli, zabrałem się do roboty. Wydawało mi się, że z powodzeniem udało mi się przyswoić już co najmniej jedną epokę z angielskiego, a dopiero dochodziła dwunasta. W takim tempie i z takim podejściem, pomijając oczywiście groźbę despotycznej Lori nad duszą, liczyłem na bezproblemowe przyswojenie materiału z ostatnich trzech lat w ciągu tygodnia.

Właśnie zamierzałem zabrać się do rozkminienia kolejnego rozdziału, gdy rozległo się delikatne, nieśmiałe pukanie. Podniosłem głowę, czekając na intruza. Gałka przekręciła się i zza drzwi wyjrzała najpiękniejsza twarz, jaką widział ten świat. Może to dziwne, ale gdy ją zobaczyłem, poczułem dziwaczny uścisk w klatce piersiowej. Momentalnie się uśmiechnąłem.

-Dzień dobry. - Zagarnęła włosy za ucho, patrząc na mnie czujnie. - Przyszłam cię skontrolować.

-Kontroluj ile chcesz - wyszczerzyłem się, podnosząc na kolana. Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i zobaczyłem, że ma ze sobą tackę ciastek. Zmarszczyłem brwi, wskazując na nie palcem. - Niebieskie?

-Tak - przytaknęła i odsunąwszy na bok fiszki, usiadła na brzegu mojego łóżka. - Czytałam ostatnio jedną książkę i spodobał mi się ten pomysł.

-Pomysł? - zdziwiłem się jeszcze bardziej.

-No wiesz - żachnęła się. - Ja tu się staram dodać ci otuchy...

-Ty akurat nie musisz się nawet starać - powiedziałem i nie przestając się uśmiechać, przyjąłem jej krótki pocałunek w usta. Lori położyła dłoń na mojej i podsunęła mi tackę. Niepewnie wziąłem jedno ciastko.

-To miał być też taki żart. Coś jak... Ciastka mogą być niebieskie. Seth może zdać maturę.

-Cóż za wiara. Dziękuję - zaśmiałem się i pocałowałem ją w policzek. - Aniele - dodałem już szeptem. Dziewczyna zarumieniła się lekko i ponownie zagarnęła włosy za ucho. Ostatnio częściej nosiła je rozpuszczone.

-I jak ci idzie? - spytała, wskazując głową na shity. Wsunąłem niebieskie ciastko do ust i zdziwiony jego zarąbistym smakiem, odchyliłem się do tyłu.

-Całkiem w porządku. Ale to chyba głównie zasługa twoich notatek.

-Gadanie - prychnęła. - Jesteś bardzo zdolny, Seth, ale sam przed sobą boisz się do tego przyznać.

Zacmokałem, drocząc się z nią, na co dziewczyna klepnęła mnie w ramię. Zaśmiałem się z wyższością.

-Nie masz nade mną mocy, Robinie! Hohoho! - zawyłem, zwijając się ze śmiechu. Lori patrzyła na mnie jak na kompletnego imbecyla.

-Dobrze się czujesz? Czy to te ciastka?

-Mgławica potępienia osuwa się na nas, ale nie zażegnajmy nadziei!

Teraz również Lori się zaśmiała.

-Okej. Myślę, że to z przepracowania - rzuciła rozbawiona, odsuwając ostentacyjnie ode mnie vademecum.

-Albo ty. Co bardziej prawdopodobne - powiedziałem i łapiąc ją w pasie, obaliłem ją na plecy. Lori zaśmiała się, piszcząc jednocześnie. To chyba kobieca rzecz. Tylko one tak potrafią.

Objęła mnie za szyję, gdy przytuliłem twarz do jej obojczyka. Czułem na swojej klatce piersiowej przyśpieszony rytm jej serca. Jakaś cząstka mnie chyba nigdy nie przestanie się cieszyć z tego, że wciąż tak reaguje na mój dotyk. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Lori delikatnie jeździła palcami po moich włosach z tyłu głowy.

-Miałeś się uczyć.

-Ale już mi się odechciało - mruknąłem, nie odsuwając się od niej. Wiem, że pewnie i tak nikt mnie nie zrozumie, ale uwielbiałem trzymać ją blisko siebie. Cholernie mnie to uspokajało.

Zaśmiała się cicho i przejeżdżając palcem po moim policzku, skłoniła mnie, bym podniósł głowę. Westchnąłem cicho.

-Dopiero przyszłaś. Mam cię teraz tak po prostu puścić?

-Tak. Właściwie, to na to liczyłam - przytaknęła. Zmrużyłem oczy, kręcąc przecząco głową.

-Zapomnij, Aniele.

Złapałem jej dolną wargę, rozkoszując się jej bliskością, gdy nagle drzwi otworzyły się ponownie. Odwróciłem głowę, nie ruszając się jednak nawet o milimetr.

-Cześć, siostra - wyszczerzyłem się, skutecznie unieruchamiając próbującą się ode mnie odsunąć Lori. - Jakiś biznes?

-Bynajmniej nie do ciebie - mruknęła, krzywiąc się znacznie. Przez chwilę na jej twarz wdarł się szatański uśmieszek, ale gdy spojrzała na czerwoną jak cegła Lori, zamknęła usta i rzuciwszy tylko krótkie „czekam“, wyszła.

-Naprawdę zaczynam poważnie zastanawiać się nad znalezieniem jakiejś roboty - westchnąłem i oparłem czoło na jej ramieniu.

-Skąd takie myśli?

-Bo wtedy będę mógł kupić jakąś małą kawalerkę, z dala od tego domu wariatów. Tam nikt nie mógłby nam przeszkadzać - wymruczałem, ponownie całując jej usta.

-A studia?

-Mówiłem ci, że na takowe się nie wybieram.

-Nie. Mówiłeś, że o tym porozmawiamy.

-Ale nie teraz.

-To kiedy?

-Lori, nie żeby coś, ale miałem się teraz podobno uczyć na jakieś pieprzone egzaminy.

-No właśnie! A co tymczasem robisz?

Uśmiechnąłem się cwaniacko.

-Wyobrażam sobie, że baaaardzo intensywnie przyswajam anatomię z moją dziewczyną.

Nie zdziwiłem się, gdy zostałem uderzony w ramię. Lori prychnęła zażenowana.

-Jesteś obrzydliwy.

-Ale do tego pociągający, przystojny, seksowny, nie wspominając już o zdolnym.

-Dobra, panie Rozdęte Ego - zaśmiała się nerwowo, odpychając mnie na bok. Wstała. - Ucz się pilnie, zajadaj ciastka, bo następnym razem jak przyjdę, to cię przepytam.

Westchnęłam głośno, przekręcając się na plecy i złożyłem ręce pod głową.

-Już nie mogę się doczekać - wymruczałem, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek tak długo, aż widoku nie zasłoniła mi nadlatująca poduszka. Zaśmiałem się.

Może faktycznie jestem obrzydliwy, ale w takim razie, dlaczego mi z tym tak cholernie dobrze, co?

***


Witajcie, kocha ni!Jestem całkiem zadowolona z tego rozdziału. Cała nieprzyjemna sytuacja z Norą, karta przetargowa Setha... Oj, a w następnym będzie się działo! Nieważne. Moja wena znów do mnie zawitała, więc rozdziały mogą pojawiać się częściej, choć niczego nie obiecuję. Różnie bywa.

Gdyby was ciekawiło, skąd pochodzi pomysł z niebieskimi ciastami - pojawiło się to w książce „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”.

Pozdrawiam dziubki ! :3
  • awatar Gość: No robi się bardzo, bardzo ciekawie :) Już się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału:)
  • awatar Gość: och robi się coraz goręcej,nie mogę się doczekać
  • awatar forgotten .: głupio się powtarzać, ale genialna jesteś ; D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Wiele z Was zastanawia się czy między naszą ' słodką parką ' dojdzie do bliższego kontaktu.
Więc chciałabym Wam wyjaśnić ( w małym stopniu, oczywiście ) czy między naszymi głównymi bohaterami dojdzie do kontaktu seksualnego. Na pewno. Ale :
- Czy to już teraz?
- Czy opiszę Wam wszystko?
- Czy dostaniecie wszystko na tacy?

NA TE PYTANIA, ODPOWIEDZI ZNAM TYLKO JA I MOJA CHORA WYOBRAŹNIA. BĘDĘ TAK OKRUTNA I WAS ROZDRAŻNIĘ I NA ŻADNE Z POWYŻSZYCH NIE ODPOWIEM!
MWHAHAHAHA ! xD.

Może i uprzedzę pytanie " Ile rozdziałów mam zamiar napisać. " Szczerze? Nie wiem. Mam nadzieję jednak, że dotrwam do końca i będzie Happy End. Jeśli jednak dalej będzie tak z tą zasraną nauką wszystko stoi pod jednym, wielkim znakiem zapytania. Na razie dziękuje, dobranoc . . :3
  • awatar Gość: @forgotten .: zgadzam się takie sceny zdecydowanie fajnie się czyta :P Ciekawe jak bardzo pikantne będą:P Czekamy z niecierpliwością :D
  • awatar forgotten .: noo nie mogę się doczekać :D tylko weź się bardzo postaraj przy "tych" scenach ahaha xD co jak co ale to się fajnie czyta xD
  • awatar cm_cm: Nie bądź dla nas tak okrutna, mam nadzieje że opiszesz nam wszystko :) No może nie koniecznie tak żebyśmy dostali wszystko na tacy, no ale takie najważniejsze szczegóły mogłabyś napisać :) Ja z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały i na to żeby oni w końcu się ze sobą przespali :P (kurcze chyba mam jakieś braki, że tak na to czekam :P ) No i mam nadzieję że ze szkołą się wszystko ułoży i nie przestaniesz pisać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Sobotni poranek był naprawdę całkiem niezły. Oczywiście, biorąc pod uwagę fakt, że miałem to głęboko w dupie. Ręka bolała mnie tak cholernie, że nie spałem z tego powodu całą noc. I jeszcze coś mnie tam swędziało! Próbowałem wszystkiego. Wsuwałem tam linijkę, ołówek, pilniczek do paznokci Terri i nic. Na dodatek, ni jak nie mogłem się ułożyć. Naprawdę, trzeba być cholernym masochistą, żeby dać się włożyć w coś takiego. Lub mieć za dziewczynę Loraine Blake. Mahomet najwyraźniej mnie testuje.

Wstałem więc już o siódmej i starając się nie zmoczyć gipsu, poszedłem pod prysznic. Nie wiem dlaczego tak jest, ale często, właśnie pod prysznicem dopada mnie „chcica”. Cholera jedna wie, jak to działa, ale tak po prostu mam. Zadarłem głowę do góry pozwalając, aby zimna woda płynęła mi po twarzy, skutecznie odwracając uwagę od dolnych partii mojego ciała.

-Nie dziś, stary. Dasz radę - warknąłem do swojego odbicia w szybie, jednak przetrwanie było cholernie trudne.

Ustalmy więc fakty. To nie jest tak, że jestem jakimś pieprzonym seksoholikiem, czy coś, ale cofając się w czasie o dwa lata, cóż... Prowadziłem dość aktywny tryb życia seksualnego, a teraz, od jakiś sześciu miesięcy - NIC. Kompletnie NIC. To i tak cud, że wciąż jakoś się trzymam i nie dopada mnie wzwód na widok okładki magazynu National Geographic z wizerunkiem Masajki na pierwszej stronie.

Była jeszcze Lori. Dziewczyna, która z dnia na dzień coraz bardziej mąciła mi w głowie. Za każdym razem, gdy robi się gorąco, Lori po prostu się wycofuje, zostawiając mnie samotną walkę z moim organizmem. Najgorsze jest jednak to, że nie jestem pewien, czy Lori w ogóle zdaje sobie sprawę z tego jak na mnie działa. Nie chcę jej do niczego zmuszać i nigdy tego nie zrobię, ale jeśli któregoś dnia nie wytrzymam i kolokwialnie rzecz ujmując, pojadę na tym ręcznym pod samą Kalifornię, to będzie jej wina. A ja się powieszę ze wstydu przed samym sobą...

Nie wiedząc, co dalej z sobą zrobić i żeby zająć czymś ręce, złapałem za telefon i wysłałem do Lori SMS. Wieczorem umówiliśmy się wstępnie, że rano pójdziemy nad staw na śniadanie, bo cholernie dawno razem tam nie byliśmy. Taki powrót do korzeni chyba dobrze mi zrobi - myślałem. Może przynajmniej przestanę zastanawiać się, jak układają się usta Loraine podczas orgazmu... Ekhem. Nieważne!

Odłożyłem telefon na łóżko, włączyłem cicho płytę Nickelback i wciągnąłem na siebie „sprane i podarte na kolanie wycieruchy“, których nienawidzi Terri oraz ciemną koszulkę The Train. Ubieranie nie szło mi już tak sprawnie jak kiedyś, ale po kilku minutach wreszcie udało mi się dopiąć ten cholerny zamek i znów - nie miałem, co robić. Na szczęście Lori odpisała. Rzuciłem się do telefonu jak dureń.

„W zasadzie to, nim dojdziesz, będę już gotowa. Możesz wychodzić.“

Do tego uśmiechnięta buźka (na cholerę laski bawią się w to gówno?), ale ja i tak o wiele za długo patrzyłem na piąty wyraz. Gdy się na tym złapałem, przekląłem cicho i wsunąwszy do kieszeni telefon i paczkę fajek wybiegłem z domu.

Po dłuższym namyśle zrezygnowałem z samochodu. O motorze mogłem jak na razie tylko pomarzyć, więc raźnym krokiem ruszyłem z buta. Nie było to jakoś specjalnie daleko, ale Loraine zyskała dzięki temu jakieś dziesięć, piętnaście minut ekstra. Choć Lori nie była dziewczyną, która spędzała w łazience dużo czasu. Stawiała na swoje naturalne piękno i czegoś lepszego nie mogłaby zrobić tymi wszystkimi kosmetykami Terri.

Po kilku minutach wbiegłem na werandę i zdrową dłonią wdusiłem dzwonek. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich pan Blake. Mężczyzna miał na sobie koszulę w kratę i sztruksowe, beżowe spodnie.

-Seth. - Uśmiechnął się szeroko na mój widok (co było naprawdę rzadko spotykane) i uścisnął mi lewą dłoń na przywitanie. - Miło cię widzieć.

-Dzień dobry - skinąłem głową i zaproszony gestem wszedłem do środka.

Po parterze roznosił się słodki zapach wanilii i mleka. Z kuchni dobiegał odgłos krzątania. Spojrzałem pytająco na ojca Lori. Nie chciało mi się wierzyć, żeby pani Blake zgodziła się na dzisiejszy precedens.

-Miriam jest na zakupach - odpowiedział mężczyzna, wyraźnie czytając mi w myślach. Skinąłem głową, ale nie powiedziałbym, że byłem z tego powodu zadowolony. Nie chciałem czuć się jak mały dzieciak, który robi coś złego. Jesteśmy z Lori dorośli i tym bardziej nie robimy nikomu nic złego. A pani Blake może się...

-Cześć, Seth! - zawołała Lori, wychodząc z kuchni i uśmiechając się cudownie. Odwzajemniłem uśmiech i pochyliłem się, chcąc ją pocałować, jednak dziewczyna odwróciła znacznie głowę i moje usta wylądowały na jej czole. Wciąż pochylony, spojrzałem na ojca Lori, który cały czas stał obok i uśmiechał się dziwacznie. Kompletnie o nim zapomniałem.

-Mną się nie przejmujcie – powiedział, odchrząknąwszy głośno. - Już sobie idę.

-Seth - syknęła Lori, gdy kroki jej ojca ucichły na górze. Uśmiechnąłem się do niej niewinnie i zdrową ręką złapałem ją w pasie, przyciągając do siebie. - Jeszcze ci mało? - rzuciła oskarżycielsko.

-Tak - odparłem szczerze i dopiero wówczas pozwoliła mi pocałować się jak należy. Choć i tak było mi mało.

Wciąż z drażniącym uczuciem braku, stanąłem w drzwiach kuchni, przyglądając jej się w milczeniu. Oparłem się barkiem o framugę, gdy Lori zaczęła pakować różne, dziwne rzeczy do wiklinowego kosza.

-Naprawdę myślisz, że ruszymy z tym koszyczkiem jak Czerwony Kapturek? - spytałem, uśmiechając się kpiąco. Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.

-A co jest złego w tym koszyku? Przynajmniej kanapki się nie pogniotą.

-A z czym kanapki?

-Z masłem orzechowym.

-O, to nie. Nie można pozwolić, żeby coś się im stało - pokiwałem głową z poważną miną, na co dziewczyna zaśmiała się i rzuciła w moją stronę ścierką. Złapałem ją w locie i zacząłem wywijać niecierpliwie na lewo i prawo.

-Co tam jeszcze ładujesz? - spytałem, nerwowo przytupując z nogi na nogę. Chciałem już wyjść z tego domu, dojść nad ten cholerny staw... I ewentualnie wymienić się kilkoma buziakami w czółko z moją dziewczyną... Westchnąłem głośno.

-Co się stało? - spytała, wkładając do środka termos. Pokręciłem szybko głową.

-Tak sobie wzdycham - skłamałem i uśmiechnąłem się, lustrując ją wzrokiem.

Miała na sobie wąskie, czarne spodnie, które idealnie opinały się na jej okrągłych biodrach i szarą bokserkę, która miała zdecydowanie za duży dekolt. To znaczy, nie dla mnie ogólnie. Ale dla mnie na głodzie - zdecydowanie za duży.

Odwróciłem wzrok od jej piersi i ponownie westchnąłem. Na szczęście, Lori wręczyła mi koszyk i mogliśmy już wreszcie iść. Po prostu nie mogłem w to uwierzyć.

W zdrowej ręce trzymałem koszyk, a Lori szła z drugiej strony, obejmując mnie w pasie. Uwielbiałem mieć ją blisko siebie. Wtedy, jakoś zapominałem o tym, jak bardzo doskwierają mi pewne aspekty samczego życia. Wówczas była tylko Lori, jako delikatna, drobna dziewczyna, którą chciałem chronić przed wszystkim. A w szczególności przed samym sobą.

Nasze miejsce nad stawem zdążyło już trochę zarosnąć trawą, więc zaczęliśmy ją udeptywać. Odstawiłem koszyk z boku, a Lori śmiała się - sam nie wiem z czego. Jej głos niósł się po spokojnej tafli jeziora. Kilka kaczek wzbiło się do lotu z przestrachem. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem i pokręciłem głową.

-Oficjalne stwierdzenie: Loraine Blake to wariatka - powiedziałem. Dziewczyna przestała się śmiać i zmrużyła gniewnie oczy. Dłonie położyła na biodrach. - O-ho - bąknąłem z przestrachem, nie mogąc jednak przestać się uśmiechać.

-To ja ci kanapki robię, ty kaleko jeden niewdzięczny, a ty się tak do mnie odnosisz? - Jej oczy zwięzły się jeszcze bardziej.

-Ja się nie odnoszę. Ja tylko stwierdzam fakt.

-To jakie jeszcze fakty masz do stwierdzenia, panie Knight? - Zrobiła krok w moją stronę, ale ja ani drgnąłem. Uśmiechnąłem się bezczelnie.

-Loraine Blake to despotka - powiedziałem bez cienia strachu, podczas gdy dziewczyna coraz bardziej się do mnie zbliżała.

-Tak?

-Tak. I na dodatek jest molem książkowym.

-Nie uważam, żeby była to zła cecha.

-To twoje zdanie, złotko.

-Coś jeszcze? - Stała tuż przede mną, mierząc mnie swoim despotycznym spojrzeniem. No słowo daję...

Pochyliłem się i trzymając wciąż ręce przy sobie, trąciłem nosem jej policzek. Kątem oka zauważyłem, jak przymyka oczy.

-Uwielbiam twój uśmiech - wyszeptałem, nagle podłapując romantyczny nastrój. Lori naprawdę źle na mnie działa. Mimo to kontynuowałem moją podróż. - I twój śmiech. No i jeszcze to, że o mnie dbasz jak o małego chłopca.

Lori zaśmiała się cicho.

-Coś jeszcze? - rzuciła miękkim tonem.

-Jesteś cudowna. - Zjechałem wzdłuż jej lewego policzka na szyję, delikatnie ją całując.

-I?

-Nie wyobrażam sobie dnia bez ciebie. - Przeszedłem wargami na drugą stronę, delikatnie wodząc nosem za jej prawym uchem. Chciałem jeszcze dodać coś na temat jej włosów, jednak dziewczyna odsunęła mnie od swojej szyi i wsuwając mi palce we włosy, przyciągnęła mnie do siebie.

Byłem wręcz jak zahipnotyzowany. Chyba jeszcze nigdy Lori nie całowała mnie z taką żarliwością. Jej usta były miękkie, gorące i tak absorbujące, że aż zakręciło mi się w głowie. Jeszcze nigdy nie była tak chętna do pocałunków jak teraz.

Westchnąłem pod jej wargami i położyłem lewą dłoń na jej biodrach, znacznie zmniejszając i tak minimalny dystans między nami. Całując mnie, wodziła opuszkami po mojej twarzy i włosach. Zapomniałem o tym, jak miło by było się z nią kochać. Po raz kolejny Lori zdołała zmienić mój tok myślenia, bez swojej wiedzy.

Lori oderwała się ode mnie i wzięła głęboki oddech. Oparłem brodę na jej czole i przymknąłem oczy. Uwielbiałem ją, po prostu uw...

-Kocham cię - wyszeptała cicho. Prawie niedosłyszalnie.

Momentalnie otworzyłem oczy i zastygłem w bezruchu. Lori obejmowała mnie w pasie, wtulona we mnie, a ja kompletnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Dziewczyna odsunęła się delikatnie i spojrzała na mnie tymi przestraszonymi oczami.

Pochyliłem się i po prostu pocałowałem ją. Jeszcze raz, ale inaczej. Delikatnie musnąłem jej wargi, później drugi raz, gładząc jej policzek.

Później usiedliśmy na trawie i jedliśmy kanapki z masłem orzechowym.

Nie umiałem nic powiedzieć.

Nie wiedziałem jak.


*


Siedziałam na kanapie w salonie, czekając aż rodzice wyjdą z domu, udając się na bankiet, urządzany w firmie taty. Cały czas rozmyślałam o tym, co stało się dziś rano i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak. Kochałam Setha całym sercem, był dla mnie wszystkim i po raz pierwszy w życiu odważyłam się powiedzieć te dwa słowa komukolwiek. Zapewne były to najtrudniejsze słowa, jakie kiedykolwiek wyszły z moich ust, ponieważ zawsze obawiałam się tego. Nie zniosłabym odtrącenia, zaraz po tym, jak zaangażuję się w coś, co może nie mieć przyszłości. Nie byłam pewna jego uczuć, a wątpliwości powoli wypełniały moje myśli, splątując się razem ze słowami Roxanne Canavan.

Seth nie odpowiedział nic. Nie zdziwiło mnie to, choć delikatnie zabolało. Wiedziałam, że zależy mu na mnie, ale czy czuł coś więcej? Jak daleko sięgały jego zamiary? Tego nie wiedziałam i wątpiłam coraz bardziej.

Tata stał przed lustrem i męczył się z krawatem. Wyglądał bardzo elegancko w czarnym, całkiem nowym garniturze. Zlitowałam się nad nim i wstałam z kanapy, by pomóc mu. Był tak samo niezdarny, jak Seth i gdy tylko przypomniałam sobie jego wysiłki sprzed premiery przedstawienia, na moją twarz wstąpił uśmiech.

-Seth przyjdzie? - spytał, patrząc na moje ręce. Zmieszałam się; oczywiście nie powiedziałam rodzicom o moich planach. Byli pewni, iż spędzę wieczór sama. - Twój uśmiech jest jednoznaczny, Lori. Jeśli bardzo ci na tym zależy, dochowam tajemnicy.

Spojrzałam na niego, spostrzegając jego czuły uśmiech. Odwzajemniłam go.

-Dziękuję, tato.

Poklepał mnie delikatnie po dłoni i zamknął ją w swojej, patrząc na mnie badawczo.

-Nie musisz obawiać się o swój związek z Sethem – powiedział prawie szeptem. Słyszałam, jak mama powoli schodzi ze schodów. - Mama może go nie lubić, ale to twoje życie Lori i jeśli jesteś szczęśliwa, ona również będzie. Potrzebuje tylko czasu.

Kiwnęłam głową ze zrozumieniem. Wiedziałam o tym; martwiła się o mnie, kochała mnie i chciała dla mnie jak najlepiej. Jednak nie miała pojęcia, jak bardzo Seth mnie uszczęśliwia. Dzięki niemu wszystko staje się prostsze, lepsze.

-Will, możemy już jechać!

Tata objął mnie ramieniem i ucałował w czoło, życząc mi szeptem miłego wieczoru. Odprowadziłam go wzrokiem, a kiedy trzasnęły drzwi, udałam się do kuchni. Cały czas zastanawiałam się, co mogłabym przygotować do jedzenia. Potrafiłam zrobić kilka potraw, ale żadna z nich nie nadawała się na teraz. Nie miałam też zbyt wiele czasu.

I kiedy tak się nad tym zastanawiałam, oglądając zawartość naszej lodówki, moja komórka dała znać, iż nadeszła wiadomość.

„Zrób popcorn! Jak to się mówi... Proszę? Będę za dwadzieścia minut.”

Roześmiałam się i kręcąc głową, otworzyłam szafkę, wyjmując z niej paczkę popcornu. Oprócz tego postanowiłam zrobić coś porządnego na kolację, nie chcąc, by Seth żył tylko na samym popcornie i kanapkach z masłem orzechowym. Pomyślałam, że kanapki z serem, pomidorem, szynką i sałatą będą o wiele lepszym i zdrowszym wyborem.

Seth zjawił się znów punktualnie, po raz kolejny mnie zaskakując. Gdy zobaczyłam przez okno, że otwiera furtkę, podbiegłam do drzwi i wyszłam z domu, podchodząc do niego. Na mój widok na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech, a gdy tylko spotkaliśmy się w połowie podjazdu, objął mnie i pochylił się, by mnie pocałować. Położyłam dłonie na jego klatce, lekko go odpychając.

-No daj spokój – prychnął i wywrócił oczami. - Jest prawie ciemno.

-Ale, Seth...

Nie dał mi dokończyć. Z cwanym uśmieszkiem mocniej przyciągnął mnie do siebie i zamknął moje usta pocałunkiem. Nie opierałam się, bo zapewne nic by mi to nie dało. Nie dość, że był silniejszy, to sama jego bliskość sprawiała, że traciłam nad sobą kontrolę i zdrowy rozsądek.

-Przestań tak robić – wymamrotałam w jego usta i otworzyłam powoli oczy, czując jak serce wali mi z całych sił. Odsunęłam się nieznacznie i wzięłam głęboki oddech. - Czemu przyszedłeś pieszo?

-Postanowiłem się dotlenić – wzruszył ramionami i złapawszy mnie za rękę, ruszył do drzwi, które zostawiłam otwarte. - To co? Wieczór z filmami Burtona? - spytał z uśmiechem, puszczając mnie w drzwiach. Pokręciłam głową.

-Obiecałeś mi coś innego, Seth.

Zmarszczył czoło, a kiedy posłałam mu wymowne spojrzenie, wytrzeszczył oczy.

-Po moim trupie – mruknął. Ściągnął kurtkę i powiesiwszy ją na wieszaku, udał się do salonu. Już czuł się tutaj niebywale swobodnie. - Myślałem, że sobie tylko żartujesz. A co to jest? - zdziwił się, patrząc na kanapki na stoliku. Skrzyżowałam ramiona na piersi, kiedy odwrócił się do mnie z niedowierzaniem.

-Czy ty potrafisz tylko wybrzydzać?

-Wybrzydzam, jak widzę żarcie dla gryzoni – wzruszył ramionami i rzucił się na kanapę. Westchnęłam ciężko.

-Powinieneś lepiej się odżywiać – powiedziałam, siadając obok niego.

-Najpierw zabroniłaś mi przeklinać – zaczął zbolałym tonem. - To jeszcze mogłem przeżyć. Ale teraz zabraniasz mi palić i jeść to, co lubię. Jesteś gorsza od Sandry.

-Martwimy się o ciebie i chcemy dla ciebie jak najlepiej.

-Sranie w banię – burknął. Zmroziłam go wzrokiem, na co tylko wzruszył ramionami i spojrzał na telewizor. - Może obejrzymy Sweeney Todda?

-Zamierzasz negocjować? - spytałam z uśmiechem. Popatrzył na mnie i przerzuciwszy rękę z gipsem za moimi plecami, zbliżył się nieznacznie w moją stronę, lekko przymykając oczy. Wstrzymałam oddech, czując, jak jego dłoń przesuwa się po moim plecach, bawiąc się włosami.

-Zamierzam strajkować – wychrypiał, przesuwając kciukiem po moim policzku, a potem po ustach. - A nawet walczyć. I nie spocznę, dopóki nie osiągnę celu.

Wstrzymałam oddech.

-Seth, chyba powinniśmy... - wydusiłam z trudem. - Pomyśleć o kompromisie.

Popatrzył na mnie uważnie, cały czas bawiąc się moimi włosami.

-Obejrzymy coś zupełnie innego?

-Nie. Obejrzymy „I wciąż ją kocham”, a jeśli ci się nie spodoba, włączymy „Sweeney Todda”.

Zastanowił się chwilę.

-Zgoda, choć wiem, że mi się nie spodoba.

-Ale z ciebie sceptyk – roześmiałam się, podnosząc z kanapy. Udałam się do kuchni, a Seth powędrował za mną.

-Po prostu nie lubię takiej szmiry – powiedział. Oparł się barkiem o framugę tak, jak dziś rano i wbił we mnie to swoje intensywne spojrzenie orzechowych oczu, od którego zawsze miękły mi kolana. - Co do tego mamy odmienne gusta, Lori.

-Gdybyśmy zgadzali się we wszystkim, nie byłoby tak miło – zażartowałam, wyciągając z szafki dwie szklanki do soku pomarańczowego. Seth uśmiechnął się szeroko i przeszedł przez kuchnię, siadając na krześle. Zaczął obracać w dłoni jabłko, które wyciągnął z koszyka pełnego owoców. Mama zawsze je tutaj trzymała.

-Darujesz mi tamte kanapki, jeśli zjem to? Jabłka są zdrowe i pełne wykurwistych witamin.

Zdusiłam śmiech, widząc jego uśmiech rodem z reklam.

-Więc ja zjem kanapki, a ty będziesz umierał z głodu.

-Już umieram – rzucił zadziornie. - Choć nie do końca chodzi tu o jedzenie.

Zamrugałam. Wpatrywał się we mnie, błądząc wzrokiem po mojej sylwetce. Zarumieniłam się i spuściłam wzrok, drżącą dłonią wlewając sok do wysokich szklanek. Kiedy podniosłam głowę, Seth posłał mi uśmiech i wgryzł się w jabłko, bujając się na krześle.

-Zauważyłam, że zachowujesz się tutaj bardzo swobodnie – powiedziałam. - Choć jesteś u mnie dopiero trzeci raz.

-No wiesz, to twój dom – zaczął, patrząc na owoc. - Z dala od mojego wariatkowa, czyli od rodziców i przede wszystkim Terri. – Kącik ust uniósł w uśmiechu. - Jesteśmy tu prawie tak wolni, jak nad naszym stawem.

Doskonale wiedziałam, co ma na myśli, mówiąc o stawie. Był naszą ostoją spokoju, magicznym miejscem, do którego nikt nie miał wstępu. A będąc tutaj, z nim czułam się tak samo dobrze, jak tam.

-Zaczyna mi się udzielać ten mdły nastrój – westchnął ciężko, wzdrygając się i wstał z krzesła, okrążając stół. Ogryzek wrzucił do kosza w kącie i oblizał wargi, zabierając jedną ze szklanek. - Włączaj te smęty i miejmy to już za sobą.

-Gwarantuję ci, że zmienisz zdanie – powiedziałam rozbawiona jego podejściem. Zacisnął wargi i komicznie pokręcił nosem. - Poza tym, niedawno coś do mnie dotarło.

-Co takiego?

Usiadł na kanapie i zabrał ze stołu miskę z popcornem. Miałam wrażenie, że zaraz położy nogi na stole, ale zreflektował się i wyciągnął je przed siebie.

-Pamiętasz, że za jakieś dwa tygodnie masz egzaminy końcowe?

Jęknął i odchylił głowę do tyłu, odkładając miskę na kanapę.

-Nie psuj wieczoru – burknął. Pociągnął mnie za rękę, sadzając sobie na kolanach. Zaskoczona, wytrzeszczyłam oczy, a Seth uśmiechnął się czarująco. Odgarnął mi włosy z twarzy i założył kosmyki za ucho. - Dziś mamy się dobrze bawić. O tym będę myśleć od poniedziałku.

-Obiecujesz? - Kiwnął głową. - Niech ci będzie.

Uśmiechnął się, zadowolony z siebie. Zsunęłam się z jego kolan, co skwitował urażonym burknięciem i przytuliłam do jego torsu. Objął mnie ramieniem i sięgnął po pilot leżący na kanapie obok niego i włączył film.


*


-Kocham go, John - szepnęła blondynka i spuściła wzrok. Biedny Wojak John patrzył w dal z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

-A ja wciąż kocham ciebie.

Jęknąłem głośno i ukryłem twarz za plecami wzruszonej Lori.

-Chyba sobie ze mnie żartujesz – mruknąłem, przecierając dłonią twarz. Dziewczyna spojrzała na mnie z niedowierzaniem i łzami w oczach.

-Nie widzisz tego, jak on ją bardzo kocha? - spytała z wyrzutem, że nie doceniam jej ulubionego filmu.

-Widzę, widzę Lori. Jedyne czego nie widzę, to sensu, żeby robić zaraz o tym film. - Położyłem lewą dłoń na jej plecach, bębniąc w nie delikatnie palcami. - Chodź, robimy coś innego.

-Cii!

Zamilkłem na chwilę.

-Ej, no weź. Była umowa - szturchnąłem ją lekko, na co posłała mi tylko Mordercze Spojrzenie Despotycznej Lori i ponownie wbiła wzrok w telewizor.

Westchnąłem głośno i położyłem głowę na jej plecach, ze znużeniem wpatrując się w telewizor. Nudziło mi się. Tak cholernie mi się nudziło. Nie miałem co zrobić z rękami... Fuck. Objąłem ją w pasie i podciągnąłem się, kładąc głowę na jej ramieniu. Nawet na mnie nie spojrzała. Wsunąłem nos między jej ramię a szyję - znów nic.

-A co się będę - prychnąłem i złapawszy ją w pasie zdrową ręką, wciągnąłem ją sobie na kolana. Lori wydała z siebie dziki pisk i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Uśmiechnąłem się zadowolony, że w końcu przeciągnąłem na siebie jej uwagę. - Od razu lepiej.

-Co ty znowu wyprawiasz? - rzuciła.

-Próbuję zwrócić na siebie uwagę pewnej uroczej despotki - mruknąłem i wyprostowałem się, próbując dosięgnąć jej ust. Odsunęła się jednak, a na jej ustach pojawił się uśmiech.

-Nie nazywaj mnie tak - powiedziała, kładąc dłonie na moich ramionach.

-To jak mam mówić? Słonko? - Przejechałem ustami po jej szyi. - Żabko?

-Nie, żabko nie.

-Myszko? - Pocałowałem jej lewy obojczyk. - Kotku? - Pocałowałem drugi. - Aniele?

Przejechałem ustami w dół, w stronę jej dekoltu. Prawie zdawałem się czuć na wargach przyśpieszony rytm bicia jej serca.

-Tak nawet ładnie - wyszeptała, wplatając palce w moje włosy. Całowałem z zadowoleniem skórę nad jej lewą piersią, zaskoczony, że mi na to pozwala. Schyliła się, całując mnie w czoło, później w skroń i gdy zostawiłem jej dekolt w spokoju, trafiła na moje usta.

Po plecach biegały mi dreszcze, raz po raz przyjemnie łechcząc moje nerwy. Zagipsowana ręka przeszkadzała mi, więc po prostu odsunąłem ją na bok, zaciskając na jej koszulce tę lewą. Wsunąłem dłoń pod szary materiał jej bluzki, delikatnie drapiąc jej plecy. Miała tak wyjebanie gładką i delikatną skórę... Nie mogłem się oprzeć.

Przesunąłem się po oparciu sofy, kładąc się na plecach. Lori nie przestawała mnie całować, czym również mnie zadziwiała. Czułem, że robi mi się niewyobrażalnie gorąco. Zjechałem dłonią w dół, po jej okrągłych pośladkach na pełne uda, którymi mnie otoczyła. Było tyle miejsc na jej ciele, których chciałem dotknąć, ale z jedną ręką było to wręcz niemożliwe.

Lori podniosła się na nogach, poprawiając się i ocierając się przy tym o moje podbrzusze. Mój organizm zareagował samoistnie. Powstrzymałem się od jęku, wsuwając język głębiej w jej usta. Lori ponownie zjechała dłońmi po moim brzuchu, delikatnie się unosząc i gdy usiadła z powrotem, zamarła.

Na początku w ogóle nie zwróciłem na to uwagi. Było mi tak cudownie, jak już dawno albo nawet w ogóle nigdy mi nie było. Dopiero, gdy przestała oddawać moje pocałunki, otworzyłem oczy. Lori patrzyła się na mnie szeroko otwartymi oczami, zupełnie sparaliżowana.

-Co się stało? - spytałem słabym głosem, uspokajając oddech. Lori bez słowa zeszła ze mnie i usiadła na przeciwnym brzegu kanapy. Zamrugałem, nie wiedząc, co się dzieje. - Lori?

Na moment otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak po chwili zamknęła je z powrotem, przejechała palcami po kącikach ust i oparła się o kanapę.

-Fabuła ci ucieknie. Patrz – powiedziała, wskazując na telewizor i nawet na mnie nie spojrzawszy. Po prostu nie-kurwa-wiarygodne. Patrzyłem na nią, zupełnie zszokowany.

-Żartujesz sobie, prawda? - spytałem, ale Lori wcale na taką nie wyglądała.

-Nie. Wcale nie - zaprzeczyła, wciąż na mnie nie patrząc. - Zaraz John zdecyduje się wrócić do wojska. To dość kulminacyjny moment...

-Lori - powiedziałem z naciskiem. Niechętnie spojrzała na mnie. Wyglądała jak spłoszona sarenka. - Powiedz mi, co się stało - naciskałem. Nagle ogromna łapa strachu złapała mnie za serce.

-Jezu, zrobiłem ci coś? - spytałem, podnosząc się i przybliżając się do niej. - Coś cię boli?

-Nie, nie – zaprzeczyła, szybko kręcąc głową, jednak nie przestawałem jej oglądać. Naprawdę się przestraszyłem.

-Ugryzłem cię? Czasem się zda...

-Nie, nic mi nie jest, Seth - przerwała mi, w końcu na mnie patrząc. Wypuściłem ze świstem powietrze, czując ulgę. Nie zniósłbym myśli, że zrobiłem jej krzywdę. Tym bardziej, że kilka razy zdarzyło mi ugryźć dziewczynę. Cóż... Jest moment, w którym naprawdę się zatracam. A o zatracenie przy Lori nie było wcale trudno.

-W takim razie, co się stało? - nalegałem. Gdy odwróciła ponownie wzrok, złapałem ją za rękę. - Lori, powiedz mi, bo oszaleję.

Dziewczyna znów przez chwilę na mnie patrzyła, po czym spuściła oczy, patrząc w dół. Wciąż wpatrywałem się w nią wyczekująco. Najwyraźniej zrozumiała, że nie nadążam, bo podniosła głowę i ponownie, bardziej znacząco spojrzała w dół. Podążyłem za jej wzrokiem z konsternacją. Jedyne co widziałem, to kawałek moich nóg i jej lewe biodro. Podniosłem brwi w pytającym geście. Lori zrobiła się cała czerwona.

-No... Ty.. - wydukała i ponownie spojrzała w dół. Z trudem powstrzymałem prychnięcie.

-Czekaj, czekaj. - Zamrugałem, zastanawiając się, czy aby na pewno to tak absurdalne, jak mi się wydaje. - Czy my właśnie rozmawiamy o moim...

Oczy Lori rozszerzyły się i nerwowo pokiwała głową.

-O. - Wyrwało mi się, nim ogarnęło mną rozbawienie. Przejechałem dłonią po twarzy, próbując nie widzieć wyrazu twarzy dziewczyny. - Czemu się tak na mnie patrzysz? - zaśmiałem się.

-Dlaczego ty się śmiejesz?! - odpowiedziała pytaniem na pytanie z wyraźnym wyrzutem. Wziąłem głęboki wdech, próbując się uspokoić.

-Lori - zacząłem powoli. - Ja po prostu... Nie rozumiem, o co ci chodzi. Powinnaś się chyba cieszyć, nie?

-A z czego tu się cieszyć? - prychnęła, dobrze znanym mi głosem. Płoszyła się. Nasza konwersacja w zupełności jej się nie podobała. Nie mogłem jednak przerwać w takim momencie.

-Nie podoba ci się pomysł, że mnie kręcisz? - uśmiechnąłem się cwaniacko, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej i uderzyła mnie w zdrowe ramię.

-Przestań tak gadać - mruknęła, odwracając się ode mnie. Przysunąłem się jednak. Czułem, że tym razem nie mogę odpuścić.

-Nie przestanę. Wiesz dlaczego? - spytałem, pochylając się do jej ucha. - Bo mi na tobie zależy, Lori. Bo w przyszłości chcę się z tobą kochać. - Albo mi się wydawało, albo zadrżała. - I dlatego nie uważam, żeby to, jak bardzo mnie podniecasz, było czymś nienormalnym. Mało tego, nienormalne byłoby, gdyby mi...

-Już wystarczy - przerwała mi szybko, patrząc na mnie zupełnie spłoszona. Oj, jakże dawno jej takiej nie widziałem! - Już zrozumiałam.

-Co masz taką minę? - zaśmiałem się. Położyłem dłoń za jej plecami, przybliżając się do niej jeszcze bardziej. Lori odchyliła się w tył, ale efekt był taki, że straciła równowagę i runęła na kanapę. Zawisłem nad nią, zmuszając, by spojrzała mi w oczy. - Nie chcesz się ze mną kochać?

-S-Seth... - bąknęła cicho, gdy nagle rozległ się dźwięk wsuwanego klucza do zamka.

Błyskawicznie uderzyła mnie w klatkę, odpychając do siebie i usiadła, nerwowo poprawiając włosy. Siedziałem nieco oszołomiony, bo w dalszym ciągu nie doszedłem do siebie po... tym wcześniejszym i po naszej rozmowie. Miriam weszła do salonu jako pierwsza i zmierzyła teren podejrzliwym wzrokiem.

-Film oglądacie? - spytała, mrużąc oczy.

-Mhm... - Lori pokiwała głową, udając, że losy Johna pochłonęły ją bez reszty. Kobieta przeniosła swoje jaszczurze spojrzenie na mnie. Zmierzyła mnie kilka razy od góry do dołu, na jej twarzy wymalował się grymas, i wyszła.

Lori odwróciła się do mnie i kilka razy zdzieliła mnie ręką.

-Idiota - syknęła, jednak ostatecznie uśmiechnęła się jakoś inaczej. Wciąż miała wypieki na twarzy, a ja zdałem sobie sprawę, że mam rozczochrane włosy i wciąż wzwód. Szybko poprawiłem się na kanapie, zakładając nogę na nogę. Lori przyglądała mi się kątem oka, ze skrywanym rozbawieniem. Miałem tylko nadzieję, że matka dziewczyny niczego nie zauważyła.

Niestety, wiedziałem, że musiałaby być kompletną idiotką.


*


Powitałam kolejny tydzień w świetnym humorze. Wszystko zaczynało się powoli układać, a moje obawy, zapewne całkowicie niepotrzebne, postanowiłam odłożyć na daleki plan. Nie chciałam się tym przejmować. Szkoła powoli dobiegała końca, czuło się zbliżające wakacje i wszystko było takie, jakie być powinno.

Nie mogłam pozwolić, by cokolwiek stanęło mi na drodze do szczęścia.

Tego ranka jechaliśmy sami, a Seth przez cały czas zdawał się błądzić gdzieś myślami. Wyglądał na zmęczonego i niewyspanego; włosy miał w nieładzie, koszulkę pogniecioną i założoną na lewą stronę, czego pewnie nawet nie zauważył. Kiedy zatrzymał się na światłach, pochyliłam się w jego stronę. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie.

-Wszystko dobrze, Seth? - spytałam z troską.

-No jasne – rzucił, uśmiechając się szerzej i przejechał palcem po moim policzku. Przekrzywiłam głowę, przyglądając mu się uważnie. - Co jest?

-Kłamiesz. - Położyłam dłoń na jego piersi, a kiedy spojrzał w dół ze zmarszczonym czołem, wskazałam na wystającą z boku metkę. Przygryzł wargę, tylko mnie rozśmieszając.

-Przez ten pierdolony gips nie mogę spać – mruknął, przecierając oczy kciukiem i palcem wskazującym. Opadłam z powrotem na fotel, a Seth ostrożnie przełożył rękę z gipsem przez rękaw i ściągnął koszulkę. Odwróciłam wzrok, lekko onieśmielona jego nagim torsem; nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się przywyknąć do takich sytuacji. I jak również do takich, które miały miejsce w sobotę w moim domu.

-Jeszcze tydzień i go zdejmą – zapewniłam, pamiętając o tym, co mówił lekarz. - Będziesz mógł bez problemu pisać na egzaminach.

Spojrzał na mnie i wywrócił teatralnie oczami. Przerzucił koszulkę na prawą stronę i próbując przełożyć ją przez głowę, zaplątał się w rękaw. Westchnęłam ciężko. Nazywał mnie despotką i wypominał mi, że niepotrzebnie wszystkim się przejmuję i o wszystko dbam z taką dokładnością. Ale czego innego można było po mnie oczekiwać, skoro on czasami zachowywał się jak zagubiony pięciolatek, któremu wciąż trzeba było pomagać?

-Jeszcze kilka dni, Seth – powiedziałam i pocałowałam go krótko w usta. Skrzywił się z grymasem.

-Jak bardzo będziesz niezadowolona, jeśli teraz wrócę do domu i pójdę spać? - spytał. Zmroziłam go wzrokiem. - Mówię całkiem poważnie.

-Jak przystało na prawdziwą despotkę... - zaczęłam, marszcząc nos. Parsknął śmiechem i ruszył, skręcając w prawo na skrzyżowaniu. - Co cię tak znowu bawi?

-To, że przyznałaś się do bycia despotką.

Wywróciłam oczami. Seth cały czas się uśmiechał i wyglądało na to, że udało mi się chociaż trochę poprawić mu humor. Wiedziałam, jak bardzo męczył go ten gips, ale swoje musiał wycierpieć. Mógł darować sobie bezmyślne bójki z Walkerem. Martwiło mnie, że nie potrafił się powstrzymać i po prostu odejść, gdy ktoś mówił coś złego o osobach, na których mu zależało. Z jednej strony było to szlachetne, ale też bardzo głupie i czułam, że w końcu będzie miał przez to kłopoty. A nie chciałam, by stało mu się coś złego. Nie zniosłabym tego.

-Wracaj na ziemię, aniele.

Odwróciłam głowę od okna, orientując się, że stoimy już na szkolnym parkingu.

-Będziesz mnie teraz tak nazywał? - spytałam z uśmiechem. Gdy usłyszałam jego cichy i miękki głos, poczułam, jak w środku rozlewa się przyjemne ciepło. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się czarująco, całując mnie delikatnie. Kiedy odwzajemniłam pocałunek, ktoś uderzył dwa razy w dach, sprawiając, że serce prawie podeszło mi do gardła. Odwróciłam głowę i zobaczyłam tylko roześmianą twarz Chrisa. Kilka kroków od samochodu czekała Terri, a kiedy spostrzegła moje spojrzenie, pomachała ręką.

-Zero prywatności – burknął Seth i otworzył drzwi, wysiadając. - Lucas, jeszcze jedna taka akcja, a nie wpuszczę cię do pokoju mojej siostry!

-Braciszku, jak tam po spotkaniu z panią Blake? - spytała przesłodzonym tonem Terri, uwieszając się ramienia swojego chłopaka. Również wysiadłam z auta, zabierając swoją torbę, a Seth w tym czasie okrążył auto i objął mnie ramieniem.

-Pewnie go pogoniła – wtrącił Chris i spojrzał na przyjaciela. - Pogoniła cię?

-I znów zaczynam się zastanawiać, dlaczego się z nimi jeszcze zadaję – westchnął Seth i wziąwszy mnie za rękę, skierował się w stronę szkoły. Na schodach minęliśmy Roxanne, więc spuściłam głowę, mając nadzieję, że nas nie zaczepi, a Seth nie zauważy jej gniewnego spojrzenia. Przy drzwiach obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam tylko, jak Chris zatrzymuje się koło niej i patrzy wpierw na nią, potem na mnie. W panice potrząsnęłam głową. Nie widziałam, czy Chris cokolwiek jej powiedział, ponieważ Terri przesłoniła mi widok i wciągnęła do środka.

-Musisz mi wszystko opowiedzieć – zaczęła podekscytowana. - Chcę znać każdy szczegół waszej piątkowej kolacji. Nigdy więcej nie pojadę z rodzicami do dziadków... Nawet nie miałyśmy kiedy pogadać!

-Terri, spuść z tonu – rzucił Seth, odpędzając ją gestem dłoni.

-Nie machaj na mnie, jak na jakąś kurę! - zirytowała się, łapiąc go za nadgarstek. - Twoje szczęście, że masz rękę w gipsie.

-Przestańcie – wtrąciłam, widząc, że Seth chce się jej odgryźć. Przeniosłam wzrok na przyjaciółkę. - Porozmawiamy po szkole.

-Nie ma możliwości, żebym skupiła się na lekcjach – westchnęła z żalem i wzruszywszy ramionami, skierowała się w stronę szafek.

-Ona powinna się leczyć – mruknął pod nosem Seth. Trąciłam go lekko w ramię, całkiem zapominając o jego urazie. Syknął z bólu i odsunął się. - Terrorystka w akcji!

-Jesteś niemożliwy – roześmiałam się. Wspięłam się na palce i ucałowałam jego prawy policzek, nad którym widniał jeszcze niewielki siniak. Jego rany powoli zaczynały się goić. - Zobaczymy się na stołówce.

-Na serio wierzysz w to, że zostanę w szkole? - Skrzywił się z niesmakiem.

-Seth...

-Szanse są bardzo niewielkie, ale skoro tak, to do zobaczenia na stołówce – powiedział z rozbrajającym uśmiechem i schylił się do mojego ucha, dodając szeptem: - aniele.

Patrzyłam za nim, jak odchodzi i odwróciłam się, by skierować się w stronę szafek, jednak w tym momencie ktoś stanął mi na drodze. Tą osobą była Roxanne Canavan.

-Wydaje mi się, że nie wzięłaś na poważnie moich słów – powiedziała, wbijając we mnie mordercze spojrzenie. Próbowałam z całych sił panować nad szybkim biciem serca.

-To nasze życie, Roxanne – wydusiłam.

-Tak myślisz? - prychnęła i wywróciła ostentacyjnie oczami. - Jesteś głupsza niż myślałam, Blake. Czy ty nie widzisz, że tylko go spowalniasz? Taki facet jak on potrzebuje kogoś, kto odpowiednio się nim zajmie. Zobaczysz, prędzej czy później on się tobą znudzi albo zobaczy, jak bardzo bezwartościowa jesteś.

-Nie mam zamiaru tego słuchać. - Próbowałam ją wyminąć, ale złapała mnie za ramię, ściskając je z całej siły. - Puść mnie...

-Ile razy mam ci powtarzać, że to nie twoja liga, Blake? On nie jest dla ciebie.

-Tobie nic do tego.

Zacisnęła wargi. Widziałam tylko, jak jej ręka unosi się, a potem poczułam ostry ból na policzku, spowodowany jej uderzeniem. Stałam zdezorientowana, przykładając dłoń do piekącego miejsca. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiła.

-Seth mógł się zmienić – wysyczała – ale nadal daleko mu do takich, jak ty.

Roxanne uniosła dumnie głowę i odwróciwszy się na pięcie, odeszła w stronę schodów. Rozejrzałam się po korytarzu, czując na sobie spojrzenia innych uczniów. Słyszałam gwizdy i śmiechy, i powoli zaczynało kręcić mi się w głowie. Nie wiedziałam, co robić. Dotarłam do szafki, ale nie widziałam nigdzie Terri. Odrętwienie nadal nie mijało i byłam pewna, że zaraz się rozkleję.

Znów było tak, jak rok temu. Byłam popychadłem, pośmiewiskiem, obiektem kpin i żartów. Nienawidziłam tego i nie chciałam znów przez to cierpieć.

Odskoczyłam, gdy ktoś złapał mnie za ramię. Jednak był to tylko Chris.

-Co się znowu stało? - spytał, patrząc krzywo na mijających nas uczniów. Szybko otarłam policzki.

-Nic takiego.

-Bzdura – prychnął. - Znów Canavan się przyczepiła, co?

Nie odpowiedziałam. Otworzyłam szafkę i położyłam torbę na półce, szukając w niej chusteczek. W tym momencie rozległ się dzwonek na lekcję, więc musiałam się pospieszyć, jeśli nie chciałam spóźnić się na biologię.

-Musisz powiedzieć o tym Sethowi.

-Nie – rzuciłam ostro. - Seth nie może się o tym dowiedzieć.

-Daj spokój, Lori! Urządzi jej takie piekło, że nie zbliży się do ciebie na kilometr.

-Właśnie dlatego nie chcę, żeby się o tym dowiedział. Znasz go, wiesz jaki jest porywczy. Nie chcę, żeby miał więcej kłopotów.

Zerknęłam na niego kątem oka. Marszczył swoje gęste brwi w zamyśleniu.

-Obiecaj mi, że nic mu nie powiesz. Proszę cię, Chris...

-Dobra, będę trzymał gębę na kłódkę. Ale myślę, że stanowisko prywatnego ochroniarza nadal jest do wzięcia, co?

Uśmiechnęłam się nieznacznie.

-Dzięki, Chris. Naprawdę, wspaniały z ciebie przyjaciel. Seth i Terri mają szczęście, posiadając kogoś takiego, jak ty przy swoim boku.

-To chyba ja jestem szczęściarzem – rzucił z uśmiechem, przykładając dłoń do piersi. Zmarszczył czoło. - Dennie to zabrzmiało.

Roześmiałam się, ocierając chusteczką twarz. Może jednak dam radę przetrwać ten dzień i cały kolejny miesiąc?


***

Ja pierdole, kurwa mać, jestem wspaniała! Wciągu niecałej, jednej doby napisałam rozdział. Fakt faktem długi, ale w ogóle nie uważam w szkolę... I szczerze? Jebie mnie to. Mam już jej dość. Jutro mam sprawdzian i 4 kartkówki, wykurwiście nie? Wiem, że w tym wpisie ( bynajmniej notce pod wpisem ) jest dużo niecenzuralnych słów, ale po prostu jestem wkurwiona na szkołę. Jak się złapie za zeszyt, by w końcu się pouczyć kolejne myśl " Ale najpierw sprawdzę facebooka, a jest czas to sprawdzę i besty. " Założe się, że jutro przed lekcjami będę wszystko kuć na blachę . .
Ale cóż.. Taki ze mnie leń, że nawet ściąg mi się nie chcę napisać -,-.

Dobra rybki, macie swoje życie, więc nie zadręczam Was swoim . :3.
Do przyszłego! Ciaoo ! .
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 

Zazwyczaj, po głębokim śnie nadchodzi taka faza, w której wciąż śpisz, jednak zdajesz się słyszeć wszystko to, co dzieje się na około twojego ciała. Leżałem wyprostowany jak struna na swoim łóżku, z głową utkwioną na puchatej poduszce. Nie lubiłem mieć tyle tego nawalone pod łbem, bo później zawsze bolał mnie kark – preferowałem spanie na ubitym jaśku, jednak ktoś (podejrzewam Terri) był tak troskliwy, żeby mi tego gówna tam więcej najebać. Pewnie, gdybym nie spał, westchnąłbym głośno. Ale spałem, więc tego nie zrobiłem.

Następną sprawą, jaką zauważyłem zaraz po zbyt wysoko usytuowanej głowie, był unoszący się w pokoju słodki zapach cynamonu. Zachęcony wonią domniemanych ciastek otworzyłem powoli oczy i powstrzymałem się od syknięcia, czując piekący ból w skroniach. Podniosłem prawą dłoń w stronę czoła, jednak, gdy tylko go dotknąłem, przez palce przebiegł mi nieprzyjemny, gorący prąd. Przez chwilę leżałem więc w bezruchu zastanawiając się, co jeszcze mnie boli. Odkrywszy jeszcze nos i dolną wargę, uniosłem się powoli na łokciach i rozglądnąłem po pokoju.

Zasłony przy oknie były zasunięte, więc w pomieszczeniu panował półmrok, jednak przez granatowy materiał wciąż przebijały się promienie zachodzącego słońca. Na nocnej szafce, tak jak myślałem, leżał talerz ze świeżo upieczonymi ciasteczkami Sandry, a na mojej ogromnej, miękkiej pufie obok łóżka siedziała Lori. Miała przymknięte oczy, a głowa opadała jej do przodu.

Przeniosłem się na brzeg łóżka i wziąwszy jedno z ciastek, przyglądałem się jej. Ciastka były tak zajebiście dobre, że aż miałem ochotę zacząć mruczeć sobie pod nosem, jak to czasem miałem w zwyczaju, gdy miałem… hm… Pięć lat. To dziwne, choć biorąc pod uwagę ból głowy, można to uznać za okoliczności łagodzące.

Sięgnąłem do drugie ciastko, łapczywie oblizując palce. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo jestem głodny. Gdy zjadłem i to, i sięgnąłem po następne, przez durny moment nieuwagi dotknąłem bolącą dłonią skraju łóżka, opierając na niej swój cały ciężar.

-Au! – wyrwało się z moich ust, a siedząca w fotelu Lori podskoczyła, prostując się jak struna. Spojrzała na mnie zaspanym wzrokiem, jednak senność z chwili na chwilę znikała z jej twarzy.

-Seth, co ty wyprawiasz? – warknęła podchodząc do mnie i odsunąwszy na bok ciastka, wbiła we mnie karcące spojrzenie.

-Ciastka – odparłem, jakby było to oczywiste (bo dla mnie było), i ponownie sięgnąłem po łakocie. Dziewczyna położyła mi dłonie na ramionach i pchnęła mną delikatnie w tył. Bez odpowiedniego oparcia w bolącej ręce, bez trudu rzuciła mnie na łopatki. Zmarszczyłem brwi, gdy zaczęła poprawiać mi pod głową te pierdolone poduchy.

-Co ty tworzysz, Lori? – jęknąłem, patrząc na nią spod byka.

-Mogłabym zapytać cię o to samo, Seth – warknęła i pochyliła się nade mną. Jej oczy ciskały we mnie piorunami, a końcówki włosów delikatnie opadały na moje policzki. – Co to było z Walkerem? Myślałam, że macie to już za sobą?

-To nigdy nie będzie „za sobą”, czy coś – odpowiedziałem, patrząc jej w oczy. Poczułem, jak na dźwięk nazwiska Karalucha, znów ogarnia mnie wściekłość. – To po prostu się odciągnęło.

-Seth, o czym ty mówisz? – jęknęła błagalnie, siadając tym samym na brzegu łóżka. Podniosłem się do pozycji siedzącej, uważając, żeby nie zacząć znowu syczeć z bólu i oparłem się plecami o zimną ścianę. – Przecież już od dłuższego czasu wszystko było w porządku.

-Lori, nic się nie zmieniło. Dalej jest w porządku.

-Mój chłopak pobił się przed szkołą z innym uczniem aż do rozlewu krwi. To według ciebie jest „w porządku”? – prychnęła i skrzyżowała ramiona na piersiach. Chciałem unieść do góry lewą brew, jednak ból mi nie pozwolił, więc tylko uśmiechnąłem się wymownie.

-„Mój chłopak”. Dziwnie to brzmi w odniesieniu do mnie – powiedziałem widząc, jak Lori zaciska wargi w wąską linię. – Poczekaj moment. Daj mi się nacieszyć tą chwilą.

-Seth, ja mówię serio! – warknęła i szturchnęła mnie w prawą rękę. Przez moment całe gwiezdne konstelacje zatańczyły mi przed oczyma.

-Ja też…mówię serio – wydusiłem z siebie, z całych sił ukrywając grymas na twarzy. – Lori, to nie jest coś, o czym możemy dyskutować, dobrze?

-Ale, Seth! – zaprotestowała. – Nie możesz się tak zachowywać! I wcale nie chodzi mi teraz o to, że obiłeś tego całego Walkera!

-Obiłem go? Ale super – wyszczerzyłem się, ale widząc wzrok dziewczyny, ponownie spoważniałem. – Lori, zrozum jedno: Nigdy nie obiłem go bez powodu, okej? Teraz również miałem powód.

-Jaki?

-Nieważne – urwałem szybko, odwracając wzrok w stronę ciastek. Jakoś nie miałem już na nie takiej ochoty.

-Jak możesz tak mówić!? – Podniosła się, tak samo jak jej głos. – Jak to „nieważne”? Pomyślałeś o tym, jak się czułam widząc mojego chłopaka, słaniającego się po ziemi? Całego we krwi? Pomyślałeś!?

Zamarłem, zupełnie nie wiedząc, co mam jej powiedzieć. Patrzyłem zszokowany, jak do jej czekoladowych oczu napływają łzy. Jęknąłem głośno, nie mogąc znieść tego widoku.

-Lori, proszę cię – zacisnąłem mocno powieki. – Nie każ mi cię za to przepraszać. Gdyby chodziło… - westchnąłem czując, że nie mogę jej powiedzieć tego, co ten skurwiel mówił. – Gdybym nie był zmuszony, nie zrobiłbym tego.

Gdy otworzyłem oczy, wciąż patrzyła na mnie. Tym razem, łzy zaczęły już wyciekać na jej policzki.

-Jezu, Lori! – jęknąłem i nie zważając na ból w prawej dłoni złapałem ją za nadgarstek i przyciągnąłem ją do siebie. Dziewczyna opadła na mnie i gdy jej twarz znalazła się na mojej piersi, załkała głośno.

-Nie rób tego więcej. Błagam, nie rób tego więcej – wymamrotała przez łzy, a ja, wiedząc, że nie mogę jej tego obiecać, przytuliłem ją tylko mocniej do siebie. Zacząłem delikatnie głaskać ją po ramieniu i z chwili na chwilę robiła się spokojniejsza.

Ja jednak pierwszy raz w życiu poczułem jak to jest, gdy łamie ci się serce.


*


Wciąż miałam w pamięci wydarzenia dnia wczorajszego i bardzo chciałabym, by jednak nie miały one miejsca. Spędziłam cały wieczór w domu Knightów, a gdy wróciłam do domu, dochodziła prawie północ, ale nawet zmęczenie nie przywołało snu. Przez całą noc przekręcałam się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka, albowiem w myślach wciąż słyszałam słowa Roxanne, Josha Walkera i innych, którzy mieli swoje zdanie na temat mój i Setha. On nie mógł o tym się dowiedzieć. Jeśli zareagował tak gwałtownie na to, co powiedział Walker, to strach pomyśleć, co zrobi, gdy usłyszy inne plotki.

Rano zostałam obudzona przez mamę, ponieważ zapomniałam ustawić budzik i prawdopodobnie, gdyby nie ona, zaspałabym na lekcje. Kiedy wyszłam z domu, czarny mustang stał już na podjeździe, a Seth opierał się plecami o drzwi. Mój uśmiech momentalnie zniknął, gdy zobaczyłam jak wygląda. Tak jak się spodziewałam, jego twarz wyglądała jak jeden wielki siniak. Skrzywiłam się.

-Co jest? - spytał zdziwiony, gdy podeszłam bliżej.

-Jeszcze się pytasz? Widziałeś się w lustrze?

-Oszczędziłem sobie tego widoku – uśmiechnął się szelmowsko, jednak widząc, że mnie to nie bawi, spoważniał i odchrząknął. - To nie koniec świata, Lori. Bywało gorzej.

-Według ciebie może być gorzej od... - Podniosłam rękę i dotknęłam palcem wskazującym czubek jego nosa. Odskoczył z sykiem, posyłając mi spojrzenie pełne wyrzutu. - … tego?

-Możemy jechać? - spytała głośno Terri, wychylając się przez okno. - Spóźnimy się.

-Chodźmy – mruknęłam, okrążając auto i otworzyłam drzwi od strony pasażera. Dopiero teraz dotarło do mnie, że w środku kogoś brakuje. - Chris nie jedzie z nami? - spytałam Setha, który tylko pokręcił głową, opierając ramię na dachu samochodu. Jego dłoń również była sina. - Seth, powinieneś...

-Nawet nie kończ – syknął, machając w moją stronę spuchniętą dłonią i wsiadł do samochodu. Gorzej jak z dzieckiem.

-Twoja mama nie wkurzała się, gdy wróciłaś tak późno do domu? - spytała mnie Terri, wychylając się do przodu. Usiadłam bokiem, odwracając się do niej i kątem oka patrzyłam, jak Seth krzywi się, przerzucając biegi prawą ręką. Napotkał moje spojrzenie i puścił mi oczko, uśmiechając się półgębkiem.

-Dzwoniłam do niej, że posiedzę dłużej u ciebie – odparłam, zwracając się do przyjaciółki.

-Czemu nie powiedziałaś, że u mnie? - wtrącił Seth. Prawą rękę zdjął z kierownicy, kładąc ją na kolanie i zerknął na mnie kątem oka.

-Głupi jesteś, czy Walker poważniej cię uszkodził? - Terri wywróciła oczami. Seth zahamował ostro na światłach, a Terri rzuciło do przodu i uderzyła ramieniem w tył siedzenia. - Ty gnojku...

-Proszę, nie kłóćcie się od rana – jęknęłam, przykładając dłoń do czoła. Głowa zaczynała pulsować bólem, a nieprzespana noc i łzy wylane wieczorem zaczynały dawać się we znaki.

-Lori... - Poczułam, jak dłoń chłopaka dotyka mojego ramienia. Napotykałam jego niepewny uśmiech. Widziałam w jego oczach tą szczególną troskę, z którą patrzył na mnie, gdy był czymś zmartwiony. - Wszystko jest w porządku, pamiętasz?

-Tak. - Zmusiłam się do uśmiechu i złapałam go za rękę. Syknął z bólu. - Przepraszam... Musimy coś z tym zrobić.

-Jeśli ją sobie odrobię, przestaniesz marudzić? - spytał z wyrzutem. Wywróciłam oczami. - No co? Problem zniknie. Nie będzie boleć.

-Więc cię boli.

Otworzył usta i zaraz je zamknął, zaciskając wargi.

-Nic mnie nie boli.

-Czasami nie da się was słuchać – westchnęła z goryczą Terri. - Seth, nie musisz zachować się jak macho i udawać, że nic cię nie boli, skoro wyraźnie widać, że jednak cię boli. To nie była niewinna przepychanka z kumplem. A ta dłoń wygląda naprawdę paskudnie i coraz bardziej...

-Nie – przerwał jej ostro. - Żadnych lekarzy, szpitali i innych bzdur. Przestańcie zrzędzić, obydwie!

-Rocky się zdenerwował.

Seth zatrzymał się przed szkołą i odwrócił, posyłając siostrze gniewne spojrzenie. Pokazała mu język, a potem bez słowa wysiadła. Opadł na fotel i westchnął ciężko.

-Niech ten dzień się już skończy...

-Wolałabym, żeby w ogóle się nie zaczął – mruknęłam, patrząc w stronę Roxanne i jej przyjaciółek. Wszystkie cztery stały na schodach, więc musielibyśmy je minąć, żeby wejść do środka. - Co ty robisz? - zdziwiłam się, widząc, że Seth wyciąga z kieszeni paczkę papierosów.

-Wiesz, że ostatnio zadajesz bardzo głupie pytania? - parsknął. Zignorowałam go i sięgnęłam po paczkę, wyciągając mu ją z dłoni. - Co ty robisz?!

-Ty też zadajesz bardzo głupie pytania.

Wysiadłam, zabierając ze sobą torbę i zamknęłam drzwi. Seth uczynił to samo, a okrążywszy szybko auto, znalazł się przede mną.

-Oddaj je, Lori – powiedział spokojnie, wyciągając lewą rękę. Skrzyżowałam ramiona na piersi. - Terroryzujesz mnie!

-Musisz rzucić palenie. Psujesz sobie zdrowie.

-Kochanie, w tym momencie to ty mi je psujesz – syknął.

-Oddam ci je, jeśli pokażesz komuś tę dłoń. Chociażby szkolnej pielęgniarce.

Zmrużył oczy, a plaster na jego skroni nieznacznie się przesunął.

-To jest szantaż.

-Więc? - spytałam, uśmiechając się wymownie. Wyglądał, jakby walczył z samym sobą i próbował nie wybuchnąć. Jednak potem na jego twarzy pojawił się wyraz prawdziwego gniewu, gdy dostrzegł coś nad moją głową i zacisnął zdrową dłoń w pięść, a z jego ust wyrwało się ciche przekleństwo. Nie musiałam się odwracać, żeby dowiedzieć się kto to. Dotarły do mnie śmiechy i gwizdy. - Seth, chodźmy do szkoły. Seth...

Nie zareagował, więc naparłam na niego ramieniem, a potem złapałam za lewą rękę, ciągnąc w stronę budynku. Większość uczniów była już w środku, Roxanne również nigdzie nie widziałam, więc przyspieszyłam kroku, nie chcąc, by znów doszło do starcia między nimi.

-Seth, obiecałeś mi coś wczoraj – odezwałam się, zatrzymując przed głównymi drzwiami i odwróciłam do niego. Nadal patrzył gniewnie w stronę tamtych chłopaków, więc pociągnęłam go za rękę, zmuszając, by na mnie spojrzał. - Obiecałeś mi coś.

-Przecież nic nie zrobię – mruknął.

-Seth.

-No obiecuję – westchnął zrezygnowany. Otworzył drzwi i puścił mnie przodem. - Ale oddaj mi fajki.

-Nie oddam, dopóki nie pozwolisz komuś zbadać tę dłoń.

Spojrzał na mnie uważnie, a po chwili uśmiechnął szelmowsko i przyciągnąwszy mnie do siebie, pocałował.

-Czasami doprowadzasz mnie do szału – wyszeptał mi do ucha, – ale to pewnie dlatego tak bardzo mnie pociągasz, Loraine.

Poczułam, jak krew napływa mi do policzków. Nie rozumiałam, co miał przez to na myśli. Czyżby myślał o mnie w ten sposób? Za każdym razem, gdy słyszałam, jak tego typu słowa wychodziły z jego ust, czułam się niebywale skrępowana. Nie wiedziałam, co o tym myśleć ani co powiedzieć.

-Chodźmy na lekcję – rzuciłam tylko. Korytarze już opustoszały, więc musieliśmy przegapić dzwonek. Bardzo nie lubiłam się spóźniać, bo zawsze czułam na sobie spojrzenia całej klasy, gdy tylko wchodziłam do sali i miałam wielką ochotę zapaść się pod ziemię.

-Musimy? - jęknął. - Odpuśćmy sobie dzisiejszy dzień i pojedźmy gdzieś za miasto.

Posłałam mu pełne politowania spojrzenie. Wzruszył ramionami.

-Warto było spróbować – mruknął.



Słońce świeciło wysoko na niebie, gdy razem z Terri wyszłam ze szkoły, podczas jednej z dłuższych przerw. Usiadłyśmy na jednej z ławek przed boiskiem, gdzie grupka chłopaków grała w kosza. Wśród nich dostrzegłam również Chrisa i zerknęłam na Terri, obserwując jej reakcję. Również go zauważyła, a na jej twarz wstąpił dziwny grymas. Coś pomiędzy zamyśleniem a zdegustowaniem. Postanowiłam się nie odzywać i nie przypominać jej naszej wczorajszej rozmowy. Zrobi, co będzie uznawała za słuszne.

Całą swoją uwagę skupiłam na notatkach z chemii i dopiero westchnienie Terri przywróciło mnie na ziemię.

-Co się stało? - spytałam, podnosząc wzrok.

-Gdzie ja mam głowę, Lori? - wybąkała, patrząc w stronę boiska. Zdezorientowana podążyłam za jej wzrokiem, widząc tylko jak Chris pozbawiony koszulki, stoi pod koszem z zamiarem podania komuś piłki. Szybko odwróciłam wzrok. - Odrzucić coś takiego?

-Przecież go nie odrzuciłaś – wtrąciłam, próbując wrócić do moich notatek.

-Racja, ale jeśli teraz puszczę wszystko w niepamięć, on uzna, że ma wolną rękę i może robić, co mu się tylko podoba. Ale z drugiej strony, spójrz tylko na...

-Nie kończ tego zdania. - Podskoczyłam, słysząc za sobą głos Setha. Stanął za mną i schylił się, całując mnie w policzek. Mimowolnie uśmiechnęłam się i położyłam torbę na ziemi, robiąc mu miejsce. Usiadł i objął mnie prawym ramieniem w pasie, ostrożnie kładąc dłoń na moim przedramieniu. Popatrzył z niesmakiem na zeszyt na moich kolanach i porwał go, zanim zdążyłam się zorientować. - Naprawdę nie masz lepszych rzeczy do roboty?

-Nie mam. Oddaj. – Wyciągnęłam rękę, posyłając mu błagalne spojrzenie, ale zignorował mnie i wrzucił go do mojej torby, a potem kopnął ją do tyłu. Chciałam po nią sięgnąć, ale powstrzymał mnie.

-Najpierw oddaj mi papierosy – rzucił. Wywróciłam oczami.

-Nie będziemy znów się w to bawić.

-Ależ ja się w nic nie bawię – żachnął się i odchylił do tyłu, opierając na rękach. Momentalnie podskoczył. - Kurwa...

-Boli, prawda? - Terri wychyliła się, posyłając mu złośliwy uśmiech. Zmroził ją wzrokiem. - Wiem, że boisz się ludzi w białych fartuchach, bo przywołują wiele niemiłych wspomnień – powiedziała z drwiną w głosie - ale mógłbyś wreszcie przestać zachowywać się, jak mięczak.

-To samo mogę powiedzieć o tobie, siostrzyczko – prychnął. - Kiedy wreszcie wróci ci rozum? Mam dość tego cyrku między wami.

-Seth, proszę cię – wtrąciłam. Terri zaczynała coraz bardziej różowieć na twarzy, a to zapowiadało kolejną kłótnię. - Nic na siłę...

-I kto to mówi – prychnął, patrząc na mnie wymownie. Zmrużyłam oczy.

-Robię to dla twojego dobra. Martwię się o ciebie i próbuję ci pomóc.

-Miło z twojej strony, Lori – uśmiechnął się lekko - ale to jest całkowicie niepotrzebne. Najpierw trzeba zrobić jedno... Ej, Lucas! Bierz dupę w troki i chodź tu!

Terri wytrzeszczyła oczy, wypuszczając ze świstem powietrze.

-Zabiję cię, Seth – wycedziła.

Chris zabrał koszulkę z trawy i ruszył w naszym kierunku, zarzucając ją na ramiona. Na początku się uśmiechał, ale gdy zobaczył Terri, zwolnił, a mina mu zrzedła.

-Przecież chciałaś się z nim pogodzić, prawda? - spytał ją Seth i wzruszywszy ramionami, wstał, ciągnąc mnie ze sobą. - Nie mam zamiaru być świadkiem tego, jak się godzicie i wzajemnie ślinicie, więc chodźmy stąd.

Zabrałam torbę, posyłając przyjaciółce pocieszający uśmiech. Kiedy odchodziliśmy, Chris stał jakiś metr od niej, przyglądając się jej niepewnie. Obserwowałam, jak siada na drugim końcu ławki i coś do niej mówi.

-Za chwilę zaspokoisz swoją ciekawość – rzucił Seth z rozbawieniem w głosie. - Terri opowie ci wszystko w najdrobniejszych szczegółach.

-Nie powinieneś tego robić – powiedziałam zaniepokojona. - Terri chciała się z nim pogodzić, ale potrzebowała na to czasu. Musiała jeszcze wszystko przemyśleć...

-Baby pół życia marnują na myśleniu i zamartwianiu się każdą głupotą.

Zatrzymałam się i skrzyżowałam ramiona na piersi.

-Nie rób takiej miny, Lori. Stwierdzam tylko fakt – wzruszył ramionami. - Poza tym, musimy coś ustalić. Jeśli już tak bardzo chcesz zbawiać świat i zaczynać ode mnie, naucz się korzystać z taktyki małych kroczków.

-Co masz na myśli?

-Pięć papierosów dziennie – rzucił z błaganiem w oczach. - Nikt normalny tego nie przetrzyma.

-Myślę, że jeden ci wystarczy.

-Gdzie się podziała twoja dobroć? - zirytował się. Uniosłam brwi. - Dobra, niech będą trzy.

-Dwa.

Zacisnął wargi.

-Dobra! - warknął. - Daj.

Westchnęłam i otworzyłam torbę, pozwalając mu po nie sięgnąć. Najpierw spróbował prawą ręką, ale szybko ją cofnął, klnąc cicho pod nosem. Musiałam w końcu przekonać go do wizyty w szpitalu, bo jego dłoń wyglądała jeszcze gorzej niż rano. Podejrzewałam, że podczas uderzenia któraś z kości musiała pęknąć, dlatego tak bardzo puchła.

-Co za wykurwiste uczucie... - westchnął, zaciągając się. Wywróciłam oczami i pomachałam ręką, odpędzając od siebie ten dym. Nienawidziłam tego.

-Skoro tak, to po lekcjach jedziemy na pogotowie – powiedziałam stanowczo. - Bez dyskusji.

Skrzywił się, patrząc z żalem na papierosa.

-No i zepsułaś moment.


*


Lori po prostu nie dała mi spokoju. Terroryzując moje biedne papierosiki, jeszcze tego samego dnia zawiozła mnie na izbę przyjęć, – czyli wsiadła do mojego wozu i zażądała, abym właśnie tam z nią pojechał, – po czym zaciągnęła mnie do jakiegoś przydupawego chuja po czterdziestce z żelem na włosach. Gościu pomacała moją rękę, wysłał na pierdolone prześwietlenie i założył mi na łapę gips. Myślałem, że kurwica mnie strzeli. Próbowałem wyperswadować Lori, ze nie mam zamiaru nosić czegoś takiego ani publicznie ani będąc sam ze sobą, ale ta mała diablica zaczęła coś mówić o krzywo zrastających się kościach w rękach, którymi później nie można ruszać, albo nawet konia zwalić (choć, rzecz jasna nie użyła takiego porównania). I oczywiście nie to, żebym kiedykolwiek jechał na ręcznym. No, przepraszam państwa bardzo, że muszę rozczarować wszystkich masturbujących się chłoptasi przed monitorami komputerów, jednak ja jestem zbyt zajebiście boski, żeby robić tak przyziemne rzeczy, okej? No.

Diablica nie wpadła też na to, że gdy już założą mi to gówno na (jeśli wierzyć temu chujowi z żelem) pękniętą dłoń, nie będzie miał nas kto odwieźć do domu. Przez pół godziny siedzieliśmy na ławce przed szpitalem, czekając aż Chris raczy przywieźć do nas swoje dupsko. Dopiero wówczas ten koszmar się skończył.

Nie zrozumcie mnie źle – naprawdę uwielbiam Lori. Ale momentami ona robi takie rzeczy, że aż… Ugh… Że aż uwielbiam ją jeszcze bardziej, choć ogólnie mam ochotę powiedzieć, żeby dała mi święty spokój. Jakby naprawdę dała – nie byłbym w ogóle zadowolony.

W piątek również jechaliśmy wszyscy samochodem Chrisa. On i Terri z przodu, ponownie rozsiewając w koło aromaty swej młodzieńczej miłości, a ja z Lori z tyłu. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo ten układ mi odpowiadał.

Gdy wyszliśmy na parking pod szkołą, Lori rozglądnęła się uważnie w koło. Zmarszczyłem brwi, prawie nie wybuchając śmiechem.

-Wyglądasz jak Timon – rzuciłem i już nie wytrzymałem. Zanosząc się głośnym śmiechem zwróciłem na nas uwagę jeszcze większej liczby uczniów. Nie przejmując się tym jednak, zarzuciłem torbę na ramię.

-Niby dlaczego jak Timon? – spytała, udając urażoną. Terri i Chris wciąż siedzieli w samochodzie i wolałem nie myśleć o tym, co mógłbym zobaczyć, gdybym się schylił. Odwróciłem się do nich tyłem i oparłem się plecami o brzeg samochodu.

-Podbieg, niuch i wzdryg! – zaśmiałem się, a dziewczyna dała mi porządnego kuksańca w zdrową rękę.

-Uważaj, dowcipnisiu, żebyś nie skończył z drugą kończyną w gipsie – prychnęła i unosząc do góry głowę, jak to miała w swoim zwyczaju za każdym razem, gdy się przekomarzaliśmy, chciała zostawić mnie przy tym samochodzie samego. Z uśmiechem na ustach, jednym szybkim ruchem złapałem ją za łokieć i okręciwszy, przyparłem do samochodu. Czułem, że wstrzymuje oddech. Wlepiłem wzrok w jej czekoladowe tęczówki. Źrenice w jej oczach znacznie się powiększyły i wyglądała tak prosto cudownie.

-Jeśli myślisz sobie, że za każdym razem…

Nie dałem jej dokończyć, zamykając jej usta pocałunkiem. Czułem jej malujący się uśmiech pod swoimi wargami i położyłem dłonie na jej biodrach. Uwielbiałem to. Po prostu uwielbiałem. Za każdą chwilę spędzoną na całowaniu Loraine Blake mógłbym oddać życie.

Dziewczyna przesunęła dłonią po mojej szczęce i delikatnie odsunęła mnie od siebie.

-Od tygodnia nie umiesz nawet zmarszczyć brwi, a teraz takie coś, tak? – rzuciła rozbawiona i widząc moją minę, przewróciła oczami.

-No co? – wzruszyłem ramionami. – Jak cię całuję, nie czuję żądnego bólu, czy dyskomfortu.

Zarumieniła się i ominąwszy mnie zapukała w szybę. Po chwili z samochodu wyszła Terri, przygładzając dłonią włosy.

-To jest obrzydliwe – mruknąłem, wsuwając dłonie do kieszeni, gdy z samochodu wyszedł też Chris, z włosami w nieładzie.

-Nie, Seth – mruknęła Terri, wskazując na mnie palcem. – TO jest obrzydliwe – odparła z naciskiem.

-Ssij mi.

-Zobaczymy jak będziesz śpiewać w piątek, jak nie przybędę ci na zbawienie – prychnęła i sięgnęła do środka po torbę.

-Terri – syknęła Lori, wbijając w przyjaciółkę wymowne spojrzenie. Gdybym mógł, zmarszczyłbym brwi. Naprawdę.

-Hm… O co chodzi? – potarłem brodę palcem wskazującym. Lori zmieszała się. – Loraine?

-Bomojamamasięcięnaobiaddziś.

-Co? – wytrzeszczyłem oczy.

Dziewczyna westchnęła.

-Przepraszam, Seth – rzuciła skruszona. – Miałam ci wcześniej powiedzieć. Już w poniedziałek, ale ta cała sytuacja… - urwała i przejechała palcem po tym obleśnym niebieskim czymś na mojej dłoni.

-Czy ja dobrze zrozumiałem to, co powiedziałaś?

-Mówiłam? Mięczak – wycedziła Terri z uśmiechem i chwyciwszy Chrisa za rękę, ruszyli w stronę szkoły. Mój kumpel rzucił mi jeszcze współczujące spojrzenie przez ramię i odszedł razem z tą harpią. Westchnąłem, przecierając oczy.

-Mimo wszystko, byłoby miło, gdybyś powiedziała mi… hm… no nie wiem… Dwa lata temu?

-Seth, ja naprawdę przepraszam, ale przecież nie musisz iść. Moja mama na pewno…

-Nie, twoja mama na pewno nie – przerwałem jej, opierając się z powrotem o samochód. Westchnąłem ciężko i odchyliłem głowę do tyłu.

-Ja po prostu… I tak pewnie wiesz, co chcę powiedzieć.

-Powiesz, że nie chcesz tam iść – powiedziała, spuszczając głowę. – Ja wiem, że między nami nie jest na tyle poważnie, żeby oficjalnie poznawać moich rodziców.

Spojrzałem na nią wymownie.

-Lori, uwierz mi, że to, co jest między nami traktuję o wiele bardziej poważnie, niż wszystkie inne moje… hm… związki z kobietami, okej? – odparłem, łapiąc ją przy tym za dłoń. Jej palce delikatnie wplotły się miedzy moje. - I wbij sobie do tej swojej małej, ślicznej główki, że mi na tobie zależy, rozumiemy się?

W milczeniu pokiwała tylko głową.

-I pójdę, choć twoja matka przeraża mnie jak cholera – udałem rozbawionego, choć w rzeczywistości naprawdę nie czułem się najpewniej z wizją „obiadku z rodzicami” nad głową. Co miałem jednak zrobić? Gdybym teraz odmówił, matka Lori już chyba nigdy nie powtórzyłabym tego i byłoby jeszcze gorzej.

Lori wspięła się na palce i delikatnie pocałowała mnie w policzek.

-Dziękuję. Jesteś kochany.

Po tym, co usłyszałem, jakoś tak się…. Uspokoiłem?
Związałam włosy i przyjrzałam się w lustrze. Miałam na sobie kremową bluzkę z delikatnego, jedwabnego materiału, którą pożyczyła mi Terri jakiś czas temu i jeszcze nie miałam okazji ją zwrócić. Na to założyłam czarny sweterek, a na szyi zawiesiłam łańcuszek, który kupiłam podczas naszego pobytu w Sun Lakes. Wspomnienie tamtego weekendu przywołało na moją twarz uśmiech, ale ani trochę nie przestałam się denerwować.

-Lori!

Podskoczyłam, słysząc wołanie mamy. Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie, skrzywiłam się z niesmakiem i ściągnąwszy gumkę z włosów, przeczesałam je palcami i wyszłam z łazienki.

W całym domu roznosiły się różne niesamowite zapachy. Nadal nie wiedziałam dokładnie, co takiego mama przygotowała na tę kolację, ale wyglądała na to, że podeszła do tego aż nazbyt poważnie. Zaskoczyła mnie i nadal nie rozumiałam, dlaczego tyle tego wszystkiego przygotowała.

-Wołałaś mnie? - spytałam, wchodząc do kuchni. Mama zmniejszyła gaz na kuchence i odwróciła się do mnie, wycierając dłonie w ręcznik. - Co przygotowujesz? Nie musiałaś tak bardzo się starać, mamo. To tylko Seth. Jemu wystarczyłaby pizza albo hot dogi – próbowałam się roześmiać, ale głos uwiązł mi w gardle.

-Loraine, kiedy zaprasza się gości, nie podaje się im czegoś takiego. O której kazałaś mu przyjść?

-O szóstej tak, jak mówiłaś.

Zerknęła na zegarek. Zostało niecałe dziesięć minut.

-Zobacz, czy na stole niczego nie brakuje i zwiąż włosy, proszę – dodała z lekkim grymasem. - Będą się walały po talerzu. Powinnaś już dawno je obciąć.

Przejechałam dłonią po włosach. Sięgały już prawie do pasa, ale nie zamierzałam ich obcinać. Nigdy wcześniej nie miałam tak długich, ponieważ mama zawsze kazała mi je obcinać, kiedy już zakrywały łopatki.

Bez słowa zajrzałam do salonu, gdzie tata oglądał wieczorne wiadomości. Z boku, pod oknem stał stół dla sześciu osób, na którym rozłożona była nasza najlepsza zastawa. Wywróciłam na to oczami, bawiąc się łańcuszkiem na szyi. Mama robiła z tego zbyt wielką sprawę.

-Czym się tak denerwujesz, Lori? - dobiegło do mnie pytanie taty. Podeszłam do niego i opadłam z westchnieniem na fotel, przecierając twarz dłońmi. - Postaram się, by mama nie palnęła nic głupiego w jego obecności – dodał z uśmiechem.

-To nie o to chodzi...

Rozległ się dzwonek i poderwałam się na nogi, biegnąc do drzwi, jak na złamanie karku. Otworzyłam je i zobaczyłam tylko plecy Setha, zakryte tą samą marynarką, którą miał na premierze przedstawienia. Uśmiechnęłam się, wiedząc doskonale, że to nie od niego zależało, czy ją ubierze. Wolę nie myśleć, co takiego działo się w domu Knightów w ciągu ostatniej godziny.

Seth odwrócił się powoli i zobaczyłam, że w rękach trzyma niewielki bukiet kwiatów. Zaskoczył mnie.

-Pomysł Terri – powiedział szybko, podając mi go zamaszystym ruchem, jakby obawiał się, że ktoś go z nim zobaczy. Uśmiechnęłam się lekko, wciągając powietrze nosem. Pachniały wspaniale. - Uważała, że zrobię dobre pierwsze wrażenie, czy coś takiego.

-Bez kwiatów świetnie byś sobie poradził.

-To samo mówiłem!

Roześmiałam się i złapawszy go za ramię, wciągnęłam do środka i zamknęłam drzwi. Na jego widok wszystkie złe myśli i cało poddenerwowanie jakby zniknęło. Wspięłam się na palce i krótko pocałowałam go w usta, zerknąwszy najpierw w stronę kuchni. Jednak on objął mnie ramieniem w pasie, bliżej przysuwając do siebie i znacznie pogłębił pocałunek, sprawiając, że po moim ciele przebiegły dreszcze.

-Terri kazała mi odpowiednio się przywitać – wymruczał, nadal mnie obejmując. - Nie była zbyt dokładna, więc...

Roześmiałam się cicho i odsunęłam w obawie, że ktoś mógłby wyjść na korytarz i nas zobaczyć. Dopiero teraz uważnie przyjrzałam się jego twarzy i dostrzegłam coś dziwnego.

-Czy to puder? - spytałam, przebiegając palcem po jego policzku. Przeklął i odsunął moją rękę.

-To robota Terri – warknął. - Chciała ukryć te sińce. Myślałem, że wszystko zmyłem. Do jasnej...

-Dobry wieczór.

Odwróciliśmy się w stronę taty, a ja poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Przyglądał się Sethowi z trudną do rozszyfrowania miną. Miałam tylko nadzieję, że nie stał tam zbyt długo.

-Dobry wieczór, panie Blake – wyrzucił z siebie na wydechu i podszedł do niego, wyciągając rękę z gipsem. Zatrzymał się. - Kurwa... To znaczy... - Odchrząknął. - Raczej nie uścisnę panu dłoni. Zagipsowali mnie.

Roześmiał się nerwowo, ale szybko spoważniał, widząc mój wymowny wzrok. Jednak tata uśmiechnął się.

-Nie szkodzi, Seth – powiedział, klepiąc go pokrzepiająco po ramieniu. - Gdzieś się tak urządził?

-Napotkałem na swojej drodze bardzo wrogą ścianę.

Oboje parsknęli śmiechem. Wytrzeszczyłam oczy, a Seth posłał w moją stronę szeroki uśmiech, i jakby odetchnął z ulgą.

-Chodźcie do salonu, dzieci – odezwał się tata, wskazując na drzwi. - Lori, zobacz, co mama tak długo robi w kuchni. Umieram z głodu.

Kiwnęłam głową, choć nie chciałam zostawiać ich samych. Jednak tata zagadnął go o mecz, który właśnie pokazywali w wiadomościach i moje wsparcie nie było już potrzebne. Zabrałam z komody wazon i udałam się do kuchni, wiedząc, że to jeszcze nie koniec. To że z tatą poszło tak dobrze, wcale nie znaczy, iż ten wieczór będzie udany.

-Przyszedł punktualnie – stwierdziła mama, kiedy podeszłam do zlewu, by nalać wody do wazonu.

-Spodziewałaś się, że będzie inaczej?

Gdyby Seth przychodził punktualnie na lekcje, w szkole szłoby mu znacznie lepiej, przemknęło mi przez głowę, ale nie chciałam tego mówić głośno.

-Przyniósł też kwiaty – dodałam, wkładając bukiet do wazonu i uśmiechnęłam się, patrząc na nie. Mama nie skomentowała tego ani słowem. - Proszę, bądź dla niego wyrozumiała. Nie doświadcza ostatnio zbyt wielu miłych rzeczy. Jego życie nie jest takie łatwe...

-Powiedz mi, czyje jest? - odparła.

Westchnęłam ciężko i udałam się za nią do salonu. Oboje zajęci byli rozmową i na początku nie zwrócili na nas uwagi. Dopiero, gdy odchrząknęłam, Seth podniósł się z kanapy. Patrzyłam, jak oczy mamy powoli się rozszerzają.

-Dobry wieczór.

-Jesteś Seth, tak? Pamiętam cię z tego przedstawienia.

-Tak... - Zerknął na mnie niepewnie. - Miło znów panią widzieć.

-Miałeś wypadek, chłopcze? - spytała. - Czy pobiłeś się z kimś?

-Wroga ściana – odezwał się tata, zanim Seth zdążył odpowiedzieć. - Nic strasznego, Miriam. Możemy już jeść?

Mama popatrzyła na niego krzywo, zapewne powstrzymując się przez zbesztaniem go. Przypuszczam, że również nie zawsze rozumiała jego żarty. Za to Seth zdawał się powstrzymywać śmiech.

Mama wróciła do kuchni. Seth zdjął marynarkę, mając mały problem z wysunięciem gipsu przez rękaw. Pomogłam mu w tym, i oboje usiedliśmy obok siebie przy stole. Terri musiała użyć wszystkich możliwych szantaży, by przekonać go do założenia tej marynarki. Współczułam mu, bo zapewne czuł się w niej tak samo niepewnie, jak ja w tych wszystkich sukniach, do noszenia których mnie zmuszała. Sińce również wyglądały znacznie lepiej, niż przed kilkoma dniami. Lekarz, u którego byliśmy, polecił mu specjalną maść, która najwyraźniej pomagała. Nie były już tak wyraźne.

Przez kolejny kwadrans siedzieliśmy w milczeniu przy stole, jedząc przygotowaną przez mamę kolację. Zastanawiałam się, w jaki sposób powiedzieć im, że Seth jest dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem. Choć zapewne już podejrzewali, że łączy nas coś poważniejszego. Nie byli ślepi, widzieli nasz pocałunek podczas przyjęcia po przedstawieniu i wiedzieli, ile czasu z nim spędzam. Mama cały czas posyłała w naszą stronę krótkie spojrzenia, jakby zastanawiając się, w jaki sposób zacząć rozmowę. Ta cisza zaczynała mi powoli ciążyć, a atmosfera wciąż była napięta.

-Wszystko jest bardzo smaczne, Miriam – odezwał się w końcu tata.

-Seth, twoja mama gotuje? - zapytała, ignorując uwagę swojego męża.

-Nie – odpowiedział powoli. Miał drobny problem z utrzymaniem sztućców, ponieważ z gipsu palce wystawały tylko po części i już kilka razy zdarzyło mu się upuścić nóż. - Mamy gosposię już od wielu lat. Praktycznie dzięki niej nie pomarliśmy jeszcze z głodu.

-My niestety nie możemy pozwolić sobie na pomoc kuchenną.

-Sandra to ktoś więcej, niż tylko pomoc kuchenna – wtrąciłam. - Jest dla nich jak rodzina, prawda, Seth?

Przytaknął.

-Wychowała nas. Jest bliższa niż... - Urwał, kiedy nóż po raz kolejny wylądował z brzdękiem na stole. Skrzywił się, patrząc z niesmakiem na swój gips. Gdybym nie była tak zdenerwowana, rozśmieszyłby mnie wyraz jego twarzy. - Tak czy inaczej, bardzo dobrze pani gotuje.

-Dziękuję, chłopcze.

Seth uśmiechnął się półgębkiem i zerknął na mnie. Posłałam mu pokrzepiający uśmiech i dotknęłam jego lewej dłoni, splątując nasze palce pod stołem.

-Powiedz mi, Seth... - zaczął tata, sięgając przez stół po półmisek z sosem. - Skąd ty tak naprawdę wziąłeś się w życiu naszej córki, co? Lori przyjaźni się z twoją siostrą, ale o tobie dowiedzieliśmy się bardzo niespodziewanie.

Wypuściłam ze świstem powietrze; tego pytania obawiałam się najbardziej.

-Poznaliśmy się podczas prób do przedstawienia – powiedziałam powoli.

-No nie do końca – mruknął Seth, uśmiechając się pod nosem. Trąciłam go nogą pod stołem. - Nie pamiętasz? Przyszedłem ci z odsieczą.

-Faktycznie – zaśmiałam się, lekko zaskoczona, że wciąż pamięta o tamtym niefortunnym wieczorze, kiedy po raz pierwszy nasze drogi się skrzyżowały. - To było tak dawno... Ale dopiero potem poznaliśmy się bliżej.

-Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś mi, że się spotykacie? – odezwała się mama, napiętym tonem. - O Samuelu również dowiedzieliśmy się jako ostatni.

-Mamo, proszę... - jęknęłam cicho. Brakowało tutaj tylko rozmów o moim byłym chłopaku, którego uwielbiała. Spojrzałam na Seth, prosząc go, by tego nie komentował.

-To normalne, proszę pani – mruknął. - Lori ma syndrom utajonego związku.

-Seth – syknęłam, ale on tylko posłał w moją stronę łobuzerski uśmieszek. Musiałam jak najszybciej zmienić temat, nie chcąc jeszcze bardziej pogorszyć sytuacji.

-Seth, ostatnio mówiłeś, że znasz się trochę na samochodach – odezwał się tata, wyręczając mnie. - Może ty odgadniesz, co tak stuka. Młode oko szybciej rozwiąże problem.

-Jak tylko będę miał znów dwie sprawne ręce, chętnie panu pomogę – powiedział z uśmiechem.

-William, żadnych rozmów o autach przy jedzeniu – wtrąciła ostro. Tata westchnął.

-Przecież nie będziemy męczyć chłopaka pytaniami o szkołę, przyszłość i rodzinę. Wystarczy tego. To ma być miła kolacja, w miłym gronie i przyjemnej atmosferze.

Wymieniłam z Sethem spojrzenia. Dyskretnie mrugnął do mnie. Teraz mogłam odetchnąć. Chociaż na krótką chwilę.


*


Gdy zjedliśmy już obiad, pani Blake i Lori sprzątnęły naczynia i po chwili na stół wtargnął ogromny talerz z ciastem i kawa. Lori musiała zauważyć, że aż zaświeciły mi się oczy, bo szturchnęła mnie w kolano pod stołem, a gdy przeniosłem na nią pytające spojrzenie, uśmiechnęła się rozbawiona. Byłem ciekawy, że również pomyślała o tych ciastkach cynamonowych, które mi zwędziła w poniedziałek wieczorem.

-Tak wiec, Seth – odezwała się pani Blake, nakładając mi na talerz ogromny kawałek ciasta z bitą śmietaną i agrestem. Czułem, jak do ust napływa mi ślina. – Czym zajmują się twoi rodzice?

Przełknąłem kawałek ciasta i wysiliłem się na uśmiech. Takie pytania były chyba w menu. Powinienem był o tym wiedzieć.

-Mama – Naprawdę musiałem się wysilić, żeby nie nazwać jej inaczej – jest specjalistką w dziedzinie dyplomacji międzynarodowej w firmie, której nazwy nigdy nie umiałem zapamiętać. – Lori parsknęła cicho. – A ojciec interesuje się kurami. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi.

-Kurami mówisz? – zdziwił się ojciec Lori, sięgając po kolejną porcję ciasta. W kącikach ust miał jeszcze bitą śmietanę. Już lubiłem tego gościa.

-Tak – przytaknąłem. – Sprzedażą głównie rzadkich i egzotycznych typów.

-Jak na przykład? – dociekała pani Blake.

Zastanowiłem się chwilę.

-Ma świra na punkcie feniksów. W kurniku, za ogrodem mamy ich już z dwanaście – wzruszyłem ramionami.

-Naprawdę… nietypowa praca – powiedziała z przekąsem kobieta i kątem oka dostrzegłem, jak Lori wbija w nią wymowne spojrzenie. Nie przejąłem się jednak tą uwagą.

-No tak – przyznałem. – Nawet jest z tego niezła kasa, ale ojciec traktuje to raczej jako hobby.

-A ty? Masz jakieś plany na przyszłość? W końcu jesteś w maturalnej klasie, prawda?

No i masz. Wpadłem. Postanowiłem jednak, jeszcze w domu, że nie będę kłamał. Nie będę się korzył, żeby ktokolwiek mnie zaakceptował. Nawet matka mojej dziewczyny.

-Chcę skończyć szkołę. Później zobaczę.

-No i jeszcze UCLA – wtrąciła Lori, a ja spojrzałem na nią spod byka. – Seth myśli trochę o reżyserii.

-No to nie do końca był mój… - zacząłem, ale ojciec Lori mi przerwał.

-No, to ci trzeba przyznać, brachu – powiedział, mrugając do mnie dyskretnie. – Spektakl w szkole wyszedł wręcz mistrzowsko.

Poczułem się dość dziwnie, słysząc takie słowa od pana Blake, ale mimo zaskoczenia wysiliłem się na uśmiech.

-Dziękuję – kiwnąłem głową, nie do końca wiedząc, co teraz z sobą zrobić. Pani Blake siedziała naprzeciwko mnie, z opartymi na stole łokciami, dłońmi splecionymi przed sobą i kamiennym wyrazem twarzy.

-W dzisiejszych czasach studia to podstawa – wycedziła kobieta, wbijając we mnie wymowne spojrzenie. – Chciałabym, że moja córka miała inteligentnych znajomych.

-Mamo – syknęła Lori, ale ja uśmiechnąłem się tylko. Ta kobieta była naprawdę przerażająca.

-Pomimo, że inteligencja nie idzie w parze z certyfikatem uczelni... - powiedziałem powoli, patrząc uważnie na Lori. – Myślę, że na początek inteligencja mi, jako chłopakowi powinna wystarczyć.

Pani Blake prychnęła pod nosem, a Lori spojrzała na mnie z wytrzeszczem oczu i dopiero wówczas zajarzyłem, co takiego właśnie palnąłem. Dziewczyna zaśmiała się nerwowo, klepiąc mnie w lewe ramie.

-Seth to prawdziwy mistrz inteligencji. Tylko się zgrywa – powiedziała. Spojrzałem na nią wymownie.

-Tak? Powiedziała mistrzyni despotyzmu i szantażu – odgryzłem się.

-Ja przynajmniej wiem, które lewo to lewo – wzruszyła ramionami i po chwili wybuchnęła śmiechem, szybko zakrywając usta dłonią. Nie mogłem się powstrzymać i również się zaśmiałem. Od razu przypomniało mi się nasze jedno spotkanie nad stawem, gdy nie umiałem znaleźć drogi powrotnej.

Podczas gdy pani Blake przyglądała nam się swoją maską, jej mąż uśmiechnął się, patrząc na córkę.

-Już kilka ładnych lat nie widziałem mojej córki tak roześmianej, Seth – odezwał się, wciąż patrząc na Lori. Przestaliśmy chichotać, a mężczyzna powoli przeniósł na mnie wzrok. Nie wiedziałem, jak mam odebrać to, co widziałem w jego oczach.

-Masz na nią dobry wpływ, to ci trzeba przyznać – powiedział i posyłając w naszą stronę szeroki uśmiech, wrócił do jedzenia ciasta. Siedziałem chwilę jak wmurowany, patrząc na pana Blake, nie wiedząc co powiedzieć. Na szczęście poczułem, jak Lori łapie mnie pod stołem za rękę. Spojrzałem na nią i nie mogłem się nie uśmiechnąć.

-Też tak sądzę – zgodziła się dziewczyna i musiałem naprawdę powalczyć z sobą, żeby się nie pochylić i jej nie pocałować.

Siedzieliśmy przy stole jeszcze chwilę, obrzucani mroźnym spojrzeniem pani Blake, gdy nagle podniosła się, zabrała naczynia do kuchni i gdy wróciła, spojrzała na matkę.

-Pójdziemy już na górę – oznajmiła, a ja instynktownie podniosłem się z miejsca, starając się przy tym nie zwalić czegoś gipsem.

-Dziękuję bardzo za obiad i za ciasto – powiedziałem, kiwnąwszy głową. – Było pycha – wyszczerzyłem się, ale szybko odchrząknąłem, widząc wzrok Lori.

-Proszę bardzo, panie Knight – rzuciła kobieta. Szybko podszedłem do Lori, a dziewczyna złapawszy mnie za lewą rękę, poprowadziła schodami na górę.

Nigdy nie byłem w domu Loraine, ale najbardziej ze wszystkiego zdziwiło mnie moje podekscytowanie. Wiele razy zastanawiałem się, co Lori robi w danej chwili. Czy siedzi na łóżku i czyta książkę, czy przegląda jakieś strony internetowe przy komputerze… Teraz wreszcie miałem mieć dokładny obraz najbliższego otoczenia panny Blake i mogę przysiąc, że czułem mrowienie w niezagipsowanej dłoni.

Dziewczyna przeszła długim, wąskim korytarzem aż do samego końca i zerkając na mnie niepewnie zacisnęła dłoń na klamce. Uśmiechnąłem się do siebie, widząc jej wahanie. To był ten moment, w którym miałem wkroczyć do jej dziewczyńskiego królestwa. Nie wiem, czemu, ale pomyślałem, że gdy już tam wejdę, nie będzie to już pokój małej dziewczynki. No dobra… Doskonale wiedziałem, czemu tak pomyślałem, ale wcale nie o to mi chodziło. Czy coś.

Przysunąłem się do niej, przypierając ją do wciąż zamkniętych drzwi. Lori podniosła wzrok i uśmiechnęła się do mnie delikatnie.

-Byłeś bardzo dzielny tam, na dole – pochwaliła mnie i zmierzwiła moje włosy. Przymknąłem oczy, rozkoszując się jej dotykiem.

-Sam się sobie dziwię, że się udało – przyznałem szczerze, kładąc lewą dłoń na jej biodrze. Niestety z prawą, nie miałem co robić.

Musnąłem delikatnie jej wargi, a dziewczyna wygięła się w łuk, opierając na drzwiach tylko swoje łopatki. Przesunąłem dłoń wyżej, na jej plecy, pogłębiając pocałunek, zupełnie zapominając, że stoję w czyściutkim, beżowym korytarzyku przed jej pokojem, a na dole siedzą jej rodzice. Gdy opuszki jej palców delikatnie podrażniły skórę na moim karku zapragnąłem jej jeszcze bardziej. Przez ten jeden, krótki moment chciałem mieć ją całą. Tylko dla siebie. Czułem jej smak w ustach i przycisnąłem ją mocniej do drzwi, w które uderzyła z delikatnym stuknięciem. Przestawałem myśleć racjonalnie, jak za każdym razem, gdy pozwalała mi zatracić się w jej pocałunkach.

Lori położyła dłonie na mojej piersi i delikatnie odsunęła mnie od siebie. Nie wiedziałem, jak to robi, albo czy czyta mi w myślach, ale zawsze znalazła idealny moment, przerywając moje prywatne uniesienia.

Jęknąłem cicho z protestem, jednak oparłem tylko czoło na jej czole. Oddychała szybko.

-Nie lubię, gdy to robisz – mruknąłem z lekkim wyrzutem, jednak dziewczyna tylko się uśmiechnęła.

-Ktoś musi – rzuciła i otworzyła przede mną drzwi do swojego pokoju.

Widziałem wiele dziewczyńskich pokojów, jednak zazwyczaj nad ranem i przelotnie, gdy próbowałem się jak najszybciej ubrać i zmyć oknem. Pokój Lori był pierwszy, nie licząc pokoju mojej siostry, któremu mogłem się dokładniej przyjrzeć. Podłogę pokrywały ciemne, dębowe panele, a na środku pokoju leżał dywanik w zielono różowo białe paski. Miała to dziwne coś, co zawsze chciała mieć Terri – parapeto-kanapę, obitą w seledynowy materiał. Podszedłem i przejechałem dłonią po jednej poduszce, która leżała na oknie. Materiał był bardzo przyjemny w dotyku. Dalej, obok okna stało białe biurko, na którym stała również seledynowa lampka i oprócz tego podręcznik do geografii. Miałem ochotę uderzyć się ręką w czoło, ale byłem zbyt zajęty rekonesansem.

Naprzeciwko drzwi stała wysoka, szeroka biała szafa, obok której na ścianie wisiała ogromna tablica korkowa, do której były poprzywieszane najróżniejsze kartki. Krzyczały z niej hasła typu: Sprawdzian z biologii! Kartkówka z chemii! Oprócz tego wisiały tam dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało może siedmioletnią dziewczynkę o długich, brązowych włosach i rozochoconym, czekoladowym spojrzeniu, która siedziała obok wózka z małym dzieckiem. Od razu rozpoznałem w niej małą Loraine i uśmiechnąłem się pod nosem. Na drugim widniała Lori z moją siostrą, najprawdopodobniej u nas w ogrodzie.

Odwróciłem się i spojrzałem na Lori. Dziewczyna stała, opierając się plecami o zamknięte drzwi i przyglądała mi się niepewnie. Uśmiechnąłem się do niej szeroko i rzuciłem się na idealnie zasłane miękkim kocykiem, wąskie łóżko. Obok stała również malutka szafka nocna, ze stertą książek, na które spojrzałem ze zdegustowaniem.

-Super tu masz – powiedziałem, układając sobie ręce pod głową i jeszcze raz rozglądając się po pokoju. – Tak dziewczyńsko.

-Może dlatego, że jestem dziewczyną? – rzuciła, wyraźnie speszona moim widokiem na swoim łóżku i podeszła do okna. Uśmiechnąłem się krzywo.

-Gdzie ty uciekasz? – prychnąłem, podnosząc się do pozycji siedzącej. – Chodź tutaj.

-Ale jeśli rodzice…

-No proszę cię – przewróciłem oczami i wyciągnąłem w jej stronę rękę. Wstała i z delikatnym uśmiechem na ustach usiadła obok mnie. – Przecież cię jeszcze nie rozbiorę – dodałem, nie mogąc się powstrzymać od nacisku na „jeszcze”.

Lori w jednej chwili zrobiła się cała czerwona. Zaśmiałem się i objąłem ją w pasie, przytulając się do niej mocno. Położyłem głowę na jej ramieniu.

-Myślę, że chwila świętego spokoju należy się nam obojgu – wyszeptałem i pocałowałem jej policzek.

-Tak – przyznała, odwracając w moją stronę głowę. – To był ciężki tydzień – spojrzała znacząco na mój gips. Położyłem się, a ona oparła brodę na mojej piersi, przyglądając mi się. Rzuciłem jej krzywe spojrzenie.

-Gapisz się – prychnąłem, na co ona zaśmiała się cicho i przejechała palcem po moim policzku, po czym pokazała mi swój opuszek.

-Nie wydaje mi się, żeby było ci z tym do twarzy. – Spojrzałem na puder i zaśmiałem się.

Myślę, że lepszego popołudnia jak to, nie mogłem sobie wyobrazić.


*

FAKT. MUSIELISCIE TROCHE POCZEKAĆ, ALE ROZDZIAŁ DŁUŻSZY NIŻ ZWYKLE - CHYBA.
DZIĘKI ZA POZYTYWNE KOMENTARZE. DO 42 ! ;3
  • awatar Gość: i co? i znowu mam napisać że świetne? :D noooo dobra :D WYJEBANE W KOSMOS :D
  • awatar Gość: Boski rozdział! Nie mogę się doczekać następnego. Też uważam że już niedługo dojdzie do czegoś więcej między tą dwójką..;]
  • awatar Malinowaa.: Cud, miód i orzeszki <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

ss1
 
xxorzeszekkxx
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Tej nocy nie umiałem zasnąć. Przewracałem się bezsilnie z boku na bok, co chwilę wstawałem, żeby otworzyć okno, to, żeby je zamknąć. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, ale czułem w środku narastający niepokój. Tak, jakby miało się coś zdarzyć, a ja za wszelką cenę muszę znaleźć sposób, by do tego nie dopuścić. Gdy zaczęło się przejaśniać, stwierdziłem, że to totalnie bez sensu, więc zwlokłem się z łóżka, wziąłem długi prysznic i ubrany zszedłem na dół.

W salonie i w kuchni było oczywiście pusto, więc z ulgą mogłem cieszyć się samotnością. Właściwie, to już od bardzo dawna nie siedziałem sam na dole. Kuchnia wydawała mi się teraz taka spokojna. Słońce powoli wdzierało się do środka, a ja siedziałem na blacie, obracając w dłoni suchą kromkę grahama. Co prawda, nigdy nie przepadałem za tym rodzajem chleba, ale jakoś nie miałem ambicji, by zrobić sobie coś innego.

Gdy cała zachodnia ściana była już oświetlona, do kuchni weszła Sandra, zawiązując swój granatowy fartuszek w gruszki. Uśmiechnąłem się do niej na powitanie, jednak kobieta w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi.

-Dzień dobry – przywitałem się w końcu. Sandra podskoczyła i nie spojrzawszy nawet na mnie, złapała za solniczkę i cisnęła nią we mnie. Nie byłem przygotowany na tak absurdalny obrót wypadków, więc już po chwili poczułem piekący ból na lewym łuku brwiowym.

-Chryste! Seth! – krzyknęła kobieta i z przerażeniem przydreptała do mnie. Syknąłem i przyłożyłem dwa palce do brwi.

-No ładnie – mruknąłem, patrząc na zakrwawione opuszki. – Niezły rzut.

-Nic ci nie jest? Jezusie Nazareński, co ja zrobiłam?!

Sandra zaczęła mnie pospiesznie ustawiać przy świetle porannego słońca i oglądać ze wszystkich stron. Westchnąłem zirytowany.

-Przecież nic mi nie... AU! – wrzasnęłam, gdy przycisnęła ranę palcami. Spojrzałem na nią z wyrzutem, gdy ta cmokała pod nosem. – Jeszcze ci mało?

-Niech już panicz nie przesadza – zrugała mnie i odwróciła się do szafki. Po chwili wróciła do mnie z wodą utlenioną i jakimś pudełeczkiem w dłoni.

-Prosiłem, żebyś tak do mnie nie mówił... AU! – Sandra przejechała mi watą po brwi i poczułem okropne szczypanie. Naprawdę... Mogę znieść okładanie mnie po ryju, czy coś w tym stylu, ale woda utleniona… Wszystko, tylko nie to.

-Pieścisz się jak mały chłopiec – powiedziała, w ogóle nie przejmując się moim cierpieniem. – I przykucnij, bo za wysoki jesteś.

Posłusznie zgiąłem nogi w kolanach i starając się nie wiercić, postanowiłem przeczekać do samego końca tortur. Gdy Sandra dokonała już swojego „dzieła”, przykleiła mi coś na czoło i z zadowoleniem odstąpiła ode mnie na krok. Z ulgą wyprostowałem nogi. Coś głośno chrupnęło mi w kolanach.

-Jezu – jęknąłem. – Coś ty mi tu przykleiła?

-Plasterek. Żeby się szybciej goiło – odparła z nutką szyderstwa w głosie. Zmrużyłem podejrzliwie oczy i wziąwszy do ręki łyżkę, przejrzałem się w niej. Myślałem, że zaraz zejdę…

-Ale co to jest?! Nie mamy normalnych plastrów?!

-Nie – odparła, najwyraźniej zadowolona z siebie.

Zszokowany, przyglądałem się widniejącemu na moim czole, zielonemu plastrowi w żółciutkie pszczółki rodem z Kubusia Puchatka. Właśnie zastanawiałem się, jak zedrzeć to z głowy, nim wparuje tu Terri i tak, żeby Sandra nie widziała, gdy w drzwiach pojawiła się moja siostra. Otulona swoim błękitnym szlafrokiem i z przekrzywioną, potarganą kitką na głowie, patrzyła na mnie, unosząc brwi.

-A ty co się drzesz od samego rana? – spytała, wymownie wpatrując się w Pana Plastra. No to wpadłem.

-Seth zachowuje się jak dzieciak – stwierdziła Sandra. Och, już ja wiedziałem, że mało brakowało, a udusiłaby się ze śmiechu. Wywróciłem oczami i założyłem ręce na piersi.

-Za to Sandra powinna wystartować w reprezentacji baseballa w roli miotacza – prychnąłem, ze co dostałem drugi raz. Ścierką.


*

Dzwoniący budzik nie miał szczęścia tego ranka, ponieważ obudziłam się kilkanaście minut przed nim, rześka i wypoczęta, w świetnym humorze. Miałam przeczucie, że dzisiejszy dzień upłynie w miłej i przyjemnej atmosferze, a wszystko to, co złe choć na krótką chwilę zejdzie na drugi plan. Chciałam cieszyć się chwilą i myśleć tylko o tym, że moim chłopakiem jest Seth Knight. Zwykła dziewczyna taka, jak ja spotkała swojego wymarzonego i wyśnionego królewicza, który może miał sporo wad, ale dla mnie był wszystkim.

Nucąc pod nosem piosenkę Nevertheless, którą Seth pokazał mi pewnego dnia, zbiegłam po schodach i radośnie powitałam rodziców. Tata uśmiechnął się do mnie znad kubka z kawą i zdjął z krzesła swoją aktówkę, bym mogła usiąść. Przysunęłam do siebie talerz z kanapkami i popatrzyłam na mamę, która stała zamyślona przy zmywarce. Bardzo chciałabym w końcu zobaczyć uśmiech na jej twarzy albo chociaż pokazać jej, że nie warto martwić się wszystkim na zapas. Chciałabym, by w końcu ta bariera, która przez lata pojawiła się między nami, zmalała i znów mogłabym rozmawiać z nią, jak wtedy, gdy miałam trzynaście lat. Wtedy życie wydawało się prostsze, bo o wszystko mogłam ją spytać, o wszystkim powiedzieć i zawsze otrzymać radę. Teraz bałabym się wyjawić jej swoje uczucia i nawet nie wiedziałam, jak powiedzieć jej o tym, że jestem z Sethem. Jej zdanie wciąż ogromnie się dla mnie liczyło, a myśl, że byłaby przeciwna temu związkowi, bardzo mnie smuciła.

-Masz dziś jakieś ważne lekcje? - dotarło do mnie pytanie taty.

-Wszystkie lekcje są ważne – odparłam z lekkim uśmiechem. Roześmiał się.

-Dobra odpowiedź wzorowej uczennicy.

-Nie jestem co do tego taka pewna.

Popatrzyłam pytająco na mamę, nie wiedząc, co ma na myśli. Moje oceny jeszcze nigdy nie były tak dobre, jak teraz. Nawet, gdy spędzałam sporo czasu na próbach do przedstawienia, nie opuściłam się w nauce i ona doskonale o tym wiedziała.

-Co masz na myśli, Miriam? - zapytał, posyłając swojej żonie równie zdezorientowane spojrzenie. Mama odwróciła się plecami do nas i otworzyła szufladę, chowając do niej umyte i wytarte sztućce.

-Ostatnio tyle czasu spędza z tym chłopakiem...

-Ten chłopak ma imię, mamo – mruknęłam. Dobry humor powoli zaczynał zanikać. - Spędzam z nim czas od dawna i jeszcze nigdy nie miałam problemów w szkole. Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Mama popatrzyła na mnie uważnie.

-Powtarzałam to już kilka razy, Loraine – powiedziała. - Nie podoba mi się wasza znajomość. On nie jest dla ciebie odpowiedni.

Zamrugałam.

-Mogłabyś zmienić o nim zdanie – mruknęłam, patrząc z grymasem na kanapkę w mojej dłoni. Straciłam cały apetyt. - Nie znasz go i oceniasz bezpodstawnie.

-Myślę, że Seth jest w porządku – wtrącił tata, a ja posłałam mu uśmiech, wdzięczna za te słowa. - Rozmawiałem z nim wczoraj.

-Gdzie? - zdziwiłam się.

-Wychodził od Lucasów i uciąłem sobie z nim krótką pogawędkę. Ma głowę na karku i jest inteligentny, to muszę mu przyznać. Zna się na samochodach.

-Dać facetowi jeden odpowiedni temat, a od razu uzna wszystkich za swoich – prychnęła mama. Odłożyła ścierkę i odgarnąwszy grzywkę z czoła, westchnęła. - Dobrze, Loraine, skoro tak bardzo chcesz, żebym zmieniła o nim zdanie, pozwól mi go bliżej poznać. Zaproś go do nas na kolację. W piątek będzie dobrze?

Wytrzeszczyłam oczy.

-Mówisz poważnie?

-Oczywiście. Chyba nie będzie miał nic przeciwko temu?

-Nie... - wykrztusiłam. - Chyba nie. Zapytam go.

Nadal w lekkim szoku, wstałam z krzesła i pożegnawszy się z rodzicami, udałam się do wyjścia. Nie byłam pewna, czy pomysł ze wspólną kolacją był dobry. Jakoś trudno było mi wyobrazić sobie Setha siedzącego przy stole w naszej kuchni i rozmawiającego z moimi rodzicami o różnych krępujących rzeczach. On nawet nigdy nie był w moim domu.

Wyszłam na zewnątrz, akurat w momencie, w którym Chris zamykał drzwi wejściowe swojego domu. Nie skierował się jednak w stronę garażu - przeszedł przez trawnik i przeskoczywszy niewysoki płot oddzielający nasze posesje, znalazł się po drugiej stronie.

-Co się stało? - spytałam zaskoczona, kiedy podszedł bliżej.

-O to samo chciałem spytać ciebie – powiedział, przyglądając mi się badawczo. - Masz minę, jakbyś co najmniej zjadła całą cebulę i popiła ją kapuśniakiem.

-Słucham?

-Nieważne – machnął ręką. - Seth przed chwilą dał mi cynka, że dzisiaj jedziemy jego autem.

-Dlaczego? Nigdy nawet nie widziałam, żeby przyjeżdżał nim do szkoły.

Chris wzruszył ramionami.

-Pewnie ma swój powód. Zresztą – zerknął na zegarek. - Spóźnia się.

-Może... zadzwoń do niego? - spytałam niepewnie.

Chris kiwnął głową i wygrzebał komórkę z kieszeni spodni, zerkając na mnie ukradkiem. Spuściłam wzrok na swoje buty.

-Nie odbiera – mruknął, rozłączając się. - Więc... tego... Niezła dziś pogoda, co nie?

Popatrzyłam na Chrisa lekko zdezorientowana.

-Tak. Jest... bardzo słonecznie.

Lucas zmarszczył czoło.

-Czy my rozmawiamy o pogodzie?

-Tak. Znowu – uśmiechnęłam się lekko.

-Może lepiej pomilczymy.

-Tak chyba będzie lepiej.

-No to pomilczymy – mruknął i wbił wzrok przed siebie, wypatrując czarnego mustanga. Jazda z Chrisem w samochodzie, która zazwyczaj trwała niecałe pięć minut, zawsze była dla mnie dość niezręczna, a teraz stałam z nim, przed moim domem i nie miałam pojęcia, o czym rozmawiać. - Szybciej, Seth...

W tym samym momencie zza skrzyżowania wyjechał znajomy samochód i po chwili zatrzymał się przed nami z piskiem opon. Seth od razu wysiadł i podszedł do mnie. Uśmiechnął się szeroko i schylił, chcąc pocałować mnie w usta. Jednak odsunęłam się, bo moją uwagę przykuł plaster na jego skroni.

-Nie wiedziałam, że lubisz pszczółki – powiedziałam z uśmiechem, dotykając jego czoła. Skrzywił się z niesmakiem i zrobił unik przed moją dłonią. - Co się stało?

-Postanowili się mnie pozbyć – mruknął. Wytrzeszczyłam oczy. - Sandra targnęła się na moje życie.

-Co jej zrobiłeś, Seth?

-Nic! - Wyciągnął przed siebie dłonie w geście obronnym, przybierając minę poszkodowanego. - Ja tylko spokojnie sobie siedziałem. Jestem całkowicie niewinny.

Popatrzyłam na niego uważnie.

-Oczywiście, Seth, zawsze jesteś niewinny.

Roześmiałam się, widząc jego zdezorientowaną minę i skierowałam do samochodu. Chciałam zająć miejsce z tyłu, ale on złapał mnie za rękę i otworzył drzwi od strony pasażera, które zajmował już Chris.

-Wypierdalaj do tyłu, Lucas.

Chris zamrugał i zerknął niepewnie na tylne siedzenie, gdzie siedziała Terri. Moja przyjaciółka ręce skrzyżowane miała na piersi i patrzyła zawzięcie w okno, z nieobecnym wyrazem twarzy.

-Seth, usiądę z tyłu – powiedziałam cicho, przyglądając się jej ze współczuciem.

-Nieważne, Lori – wtrącił Chris, patrząc krzywo na przyjaciela. - On i tak zawsze postawi na swoim.

Wysiadł i z całych sił zatrzasnął drzwi. Seth uniósł brwi, z dziwnym wyrazem twarzy patrząc, jak jego przyjaciel się przesiada. Westchnął.

-Ten cyrk musi się w końcu skończyć – syknął. - Albo oni wreszcie się dogadają, albo pozabijają. - Zmarszczył czoło. - Tak czy owak, problem się rozwiąże.

-A jeśli nie...?

Zerknął na mnie, a potem na samochód.

-No to sam ich zabiję.

Posłałam mu pełne politowania spojrzenie i wsiadłam do samochodu. Seth wzruszył ramionami i zamknąwszy drzwi, okrążył pospiesznie auto. Zasiadł za kierownicą, posyłając mi uśmiech, ten który tak kochałam. Odwzajemniłam go i rozciągnęłam się w fotelu, chłonąc tą cudowną woń tapicerki. Zamknęłam oczy, a w mojej głowie od razu pojawiły się wspomnienia z naszego pobytu w Sun Lakes.

Chciałabym, by było tak jak wtedy. Byśmy mogli spędzać ze sobą każdą chwilę, rozmawiać o wszystkim i nie zwracać uwagi ani myśleć o innych. A teraz coś ciągle stawało nam na drodze, jakby nie pozwalano nam nacieszyć się wspólnym towarzystwem tak bardzo, jakbyśmy chcieli.

Chciałam, by to wszystko się skończyło. Czy to było samolubne z mojej strony?


*


Postawiłem na stoliku tackę i z ulgą opadłem na krzesło obok Lori. Mogę z ręką na sercu przyznać, że jeszcze nigdy, w całym moim życiu, ludzie nie kazali mi tak długo stać w kolejce. Zazwyczaj od razu rozstępowali się jak Morze Czerwone, pozwalając mi w spokoju dokonać zakupu (choć tak naprawdę nigdy nie odgadłem, jak to względem mnie działa), ale dzisiaj… Trwało to znacznie dłużej. Ludzie jakoś tak przyglądali mi się dyskretnie inaczej i dopiero, gdy odpowiadałem im tym samym, puszczali mnie.

Dziś jedliśmy lunch tylko we dwójkę, bo nasze dwie gołębice ze złamanym skrzydłem, odfrunęły na rozmowę „dorosłych”. Bezpieczną przystań znaleźli sobie przy najbardziej odosobnionym stoliku na stołówce. Terri siedziała lekko pochylona do przodu i opierając łokcie na blacie, bawiła się dłońmi, a Chris naprzeciwko niej nieustannie tupał nerwowo nogą.

-Myślisz, że coś z tego będzie? – spytała Lori, odkręcając butelkę z sokiem jabłkowym. Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po kawałek wywalczonej pizzy.

-Nie mam pojęcia. Ale w końcu to Chris, o którym rozmawiamy. – Przerwałem, wgryzając się w ciasto i dopiero po chwili ciągnąłem dalej: - Pewnie rzuci jakiś tekst, jak to bardzo mu przykro i to wszystko jego wina.

Lori spojrzała na mnie z politowaniem.

-Może i tak, ale to Terri, o której też rozmawiamy.

-Ano fakt – przyznałem. – O tym nie pomyślałem.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu i obserwowałem, jak Lori przygląda się gołąbeczkom. Raz za razem marszczyła brwi, jakby próbowała odczytać z ruchu ich ust to, o czym rozmawiają.

-Lori, daj spokój – powiedziałem, łapiąc ją za rękę. Spojrzała najpierw na moją dłoń, później na mnie i dopiero powoli się uśmiechnęła. Odwzajemniłem gest. Przez moment jej oczy ześlizgnęły się po moim czole.

-Ale wiesz, że nie powinnaś wierzyć Terri, co do tej całej sytuacji z plastrem, prawda? – rzuciłem, szybko się prostując. Lori zmarszczyła brwi.

-Dlaczego?

-No nie wiem – prychnąłem. – Może twierdzić, że piszczałem albo wydawałem inne, zupełnie nie w moim stylu dźwięki.

Lori zaśmiała się i delikatnie przejechała obuszkiem palca po mojej ranie wojennej.

-Całkiem uroczy ten plasterek – wyszeptała, przyglądając mi się takim wzrokiem… No, kurde… Jeszcze nigdy nikt nie patrzył na mnie z taką czułością, co ona w tej chwili. Przez ten krótki moment nasunęło mi się jedno pytanie: Co ona we mnie widzi? To znaczy rozumiem, że jestem przystojny jak diabli, ale tak nie patrzy się na kogoś tak seksownego jak ja.

Dotarło do mnie, jak wielkim uczuciem darzy mnie Loraine Blake.

Już miałem ją do siebie przyciągnąć, z nadmiaru kotłujących się we mnie uczuć, gdy rozległ się dzwonek, a Lori podniosła się z miejsca. Westchnąłem w duchu i zabrawszy swoje rzeczy, szybko ją dogoniłem.

Cała Lori.


*


Razem z dzwonkiem opuściłam klasę i w tym samym momencie wpadłam w czyjeś ramiona. Zdezorientowana, podniosłam głowę i wypuściłam ze świstem powietrze, widząc śnieżnobiały uśmiech Setha.

-Przestań tak robić – mruknęłam z wyrzutem. Jak zwykle udawał niewiniątko.

-Jak?

-Sam dobrze wiesz jak, Seth.

-Nie, nie wiem. Oświeć mnie, proszę.

Wywróciłam oczami, widząc, że tylko się ze mną droczy i ruszyłam do przodu, kierując w stronę klatki schodowej. Seth zrównał się ze mną i chwycił mnie za rękę, z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Popatrzyłam na niego i roześmiałam się.

-Co jest? - zdziwił się.

-Nic. Po prostu nie przypuszczałam, że jesteś fanem... - urwałam i podniosłam rękę, wskazując wymownie na nasze splecione dłonie. Uniósł brwi.

-Albo przeszedłem pranie mózgu, o którym nie wiem, albo po prostu zaczynam zmieniać się w tandetnego gogusia z tych książek, które tak zawzięcie pochłaniasz. Mówiąc szczerze, obstawiałbym to pierwsze.

Pokręciłam głową z uśmiechem i zwolniłam, zatrzymując się przy mojej szafce. Seth oparł się barkiem o szafkę obok i wbił we mnie intensywne spojrzenie.

-Seth, wiesz, że tego nie lubię – mruknęłam. Przechylił lekko głowę.

-Rządzisz się.

-Co? - Spojrzałam na niego zdezorientowana.

-Rządzisz się – powtórzył i uśmiechnął zadziornie. - Podoba mi się to. Kręci mnie to.

-Głupi jesteś – parsknęłam śmiechem. Schowałam do szafki podręcznik do chemii, a w tym momencie Seth jednym ruchem zamknął ją, odwrócił mnie do siebie, przyciskając do metalu i oparł rękę nad moją głową. Wstrzymałam oddech, gdy jego usta znalazły się tylko centymetry od mojej twarzy.

-Mówiłaś coś? - wymruczał mi do ucha i poczułam, jak jego druga dłoń powoli zjeżdża po moim ramieniu i zatrzymuje się na biodrach. Serce zaczęło walić mi jak młotem, choć nie miałam pojęcia, dlaczego.

-Seth...

Przesunął ustami po moim karku i wręcz czułam, jak się uśmiecha.

-Lubię, kiedy dziewczyna przejmuje kontrolę. A kiedy jeszcze robisz to ty...

Z jego gardła wyrwał się cichy pomruk zadowolenia. Całkiem zapomniałam, gdzie się znajdujemy i że w około kręci się pełno uczniów. Zawsze, gdy byłam z nim, świat wokół nas przestawał istnieć. Serce przyspieszało, nie potrafiłam złapać oddechu, a całe ciało wręcz pragnęło jego dotyku. Nie rozumiałam tego, nie wiedziałam, co robić... nawet nie myślałam. Zatraciłam się w jego głębokim, lekko zachrypniętym głosie, czułam jego oddech na mojej twarzy, dłonie błądzące po mojej tali, usta na skórze.

Spojrzałam w jego czekoladowe oczy, które błyszczały i wpatrywały się w moje z tą samą intensywnością, co zawsze. Przyłożyłam dłoń do jego policzka, a potem wplątałam palce w jego włosy. Przymknął oczy, mocniej przyciągając mnie do siebie, a dłoń przesuwając na moje plecy. Zarzuciłam ręce na jego szyję i wspięłam na palce, pozwalający, by zatopił wargi w moich. Czułam, jak jego język pieści moje podniebienie, a po ciele rozlewa się fala gorąca.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, gdzie się znajdujemy, a wszystkie głosy i dźwięki wokół wróciły z całą mocą. Odsunęłam się, zdejmując ręce z jego karku, ale powstrzymał mnie, nie zwalniając uścisku.

-Seth, jesteśmy w szkole...

-Tak, pamiętam – powiedział, wymownie unosząc brwi. - Czuję cały czas ten szczególny smród, którym zalatuje ten budynek.

-Więc powinniśmy zachowywać się odpowiednio – mruknęłam, zdejmując jego rękę z moich bioder. Zmarszczył czoło.

-Chyba nie do końca wiem, co znaczy zachowywać się odpowiednio w szkole.

Pokręciłam głową z politowaniem i posłałam mu wymowne spojrzenie. Wzruszył ramionami, a po chwili znów przyciągnął mnie do siebie, z zadziornym uśmiechem i przybliżył usta do mojego ucha, odgarniając mi włosy do tyłu. Wstrzymałam oddech.

-Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak na mnie działasz, Loraine – wyszeptał.

W tym samym momencie rozległ się dzwonek i drgnęłam lekko na ten dźwięk, odsuwając go od siebie. Wciąż się uśmiechał, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony.

-Spóźnisz się na lekcję.

-Lori, wszyscy już do tego przywykli – wywrócił oczami. Zmroziłam go wzrokiem. - Już idę. Zobaczymy się po lekcjach.

-Kończę później niż ty – dodałam szybko.

-Wiem – uśmiechnął się. - Poczekam.

Uśmiechnęłam się i patrzyłam, jak odchodzi korytarzem. Serce nadal waliło mi jak młotem i byłam pewna, że będę uśmiechać się już do końca tego dnia.

-Nie wierzę!

Odwróciłam się na dźwięk głosu Roxanne Canavan. Stała metr ode mnie, wpatrując w koniec korytarza, gdzie za rogiem zniknął Seth.

-Widziałam to! - warknęła, mierząc we mnie długim, chudym palcem. Jej twarz wykrzywiała się w grymasie gniewu, a z oczu tryskały iskry. Cofnęłam się o krok. - Blake, ostrzegam cię. On nigdy nie będzie twój! Ktoś tak beznadziejny, jak ty nie zasługuje na niego! - Zbliżyła się do mnie, wręcz kipiąc ze złości. - Kiedy wreszcie dotrze do ciebie, Blake, że jesteś nic nie warta i tylko wyświadczyłabyś nam przysługę, gdybyś zniknęła z tego świata? Seth nie jest dla ciebie.

Poczułam, jak w oczach zbierają mi się łzy. Patrzyłam na rozgniewaną twarz Roxanne, słyszałam w głowie jej słowa i w głębi wiedziałam, jak wiele tkwi w nich prawdy.

-Słuchaj mnie uważnie, Blake – wycedziła. - Nie będziesz miała życia w tej szkole. Trzymaj się od niego z daleka, rozumiesz?

-Roxanne, chyba wszystko jest już jasne.

Koło mnie stanął Chris. Dziewczyna zmrużyła oczy.

-A ty, jak wierny piesek, zawsze jesteś w pobliżu – prychnęła. - Najpierw Seth, potem jego siostrunia. Następna w kolejce do służenia będzie ona?

Chris uniósł brwi. Roxanne prychnęła ponownie, odrzuciła włosy do tyłu i wyminęła nas, przy okazji potrącając mnie ramieniem. Zacisnęłam wargi, nie chcąc, by łzy uwolniły się i spłynęły po policzkach. Słyszałam, że Chris cicho przeklina pod nosem.

-Nie słuchaj tej szmaty, Lori – powiedział z oburzeniem w głosie. - Jest zaślepiona, a Seth ma ją głęboko w...

-Muszę iść na lekcję – wtrąciłam. - Do zobaczenia.

Odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem skierowałam w stronę toalet. Nie byłam w stanie dłużej powstrzymywać łez.


*


Pierwszy raz, od naprawdę niepamiętnych czasów, słońce zniknęło za chmurami. Nie były to, rzecz jasna jakieś ogromne chmury czy coś, ale sam fakt… Chmury. Leżałem na tylnym siedzeniu, w moim samochodzie, leniwie paląc kolejnego papierosa. Skończyłem lekcje jakieś piętnaście minut temu, odwiozłem Terri do domu (Swoją drogą, Chris gdzieś się zawieruszył) i wróciłem, czekając na Lori. Moja dziewczyna miała przed sobą jeszcze pół godziny lekcji. Moja dziewczyna… Czy to nie brzmi dziwacznie?

Nie, pokręciłem głową, uśmiechając się jak głupek do samego siebie. Nie brzmi to dziwacznie, gdy tylko się o niej pomyśli.

-Własnym oczom nie wierzę. Seth Knight samotnie, na tylnym siedzeniu swojej bryki.

Gwałtownie usiadłem, słysząc ten cyniczny …ony głos. Zacisnąłem zęby i wysiadłem z samochodu, stając twarzą w twarz z Joshem Walkerem.

-Coś chciałeś mi przekazać, Walker? – Wyrzuciłem niedopałek na ulicę i uniosłem brwi.

-Zupełnie nic – odparł, uśmiechając się wrednie. – Chociaż… Może jest coś takiego…

-Mów, o co ci chodzi, nim obije ci tą cyniczną mordę – syknąłem, czując, jak coraz bardziej zaczynam się denerwować. Przez cały okres przygotowań do premiery spektaklu, w ogóle nie natykałem się na niego. Ba, nawet nie miałem czasu, by pomyśleć o tym, gdzie zaszyła się ta gnida, a tu… Proszę. Jednak karaluchy zawsze przetrwają w ciszy i ciemności.

-Nic konkretnego – wzruszył ramionami. – Powiedzmy, że przyszedłem uzupełnić informacje.

-Co? – uniosłem brwi ze zdziwienia.

-Chodzą słuchy, że zacząłeś kręcić z Blake, co jest dość idiotyczne – wysyczał. Miałem wrażenie, że się przesłyszałem.

-Co cię to w ogóle obchodzi?

-Ta, śmieszne prawda? Taka ciota, jak Blake…

-Jak ją nazwałeś? – wycedziłem przez mocno zaciśnięte szczęki. Czułem, jak krew odpływa mi z mózgu, magazynując się w dłoniach, które powoli zaciskały się w pięści.

Walter zaśmiał się. Uśmiechnąwszy się cynicznie, spojrzał mi prosto w oczy.

-Cio...

Doskoczyłem do niego, nim zdążył powtórzyć. Zamachnąłem się, chcąc uderzyć go w szczękę, jednak najwyraźniej się tego spodziewał i odskoczywszy, wymierzył kolanem prosto w moją klatkę. Powietrze wyciekło mi z płuc i poczułem nieprzyjemny, tępy ból. Nim Walter zdołał ponowić cios, odwinąłem się i z całej siły uderzyłem łokciem w jego mostek, od razu prostując przedramię i mierząc pięścią w jego nos. Słyszałem, jak jęknął z bólu, zataczając się do tyłu, jednak było już dla mnie za późno.

Padliśmy na asfalt, okładając się nawzajem bez opamiętania. Czułem, jak pięść Walkera zrywa mi plaster Sandry, a po twarzy popłynęła krew.

Usłyszałem gdzieś za sobą kroki, jednak mimo to nie potrafiłem oderwać się od Walkera. Robal odwinął się szybko tak, że moja dłoń uderzyła w asfalt. Zacisnąłem z bólu zęby, ponawiając cios, jednak Walker odwrócił się, przewracając mnie na ziemię.

Nagle ktoś złapał go za ramię i z całej siły pociągnął do tyłu, odciągając go tym samym ode mnie. Błyskawicznie podniosłem się, z zamiarem ponowienia nieudanego ciosu, jednak spływająca po twarzy krew, zaczęła zalewać mi oczy. Zatoczyłem się i upadłem na kolana. Jakby przez mgłę widziałem wijącego się na ziemi Walkera. Ponowiłem próbę wstania.

-Knight, odpuść! – warknął głos Bartona.

-Nie ro… - urwałem i splunąłem w bok. Usta miałem pełne krwi. – Nie rozkazuj mi, Barton – warknąłem, prostując się.

-Co? Mnie też pobijesz? Taki z ciebie twardziel?!

-Żebyś wiedział. Żadna kurwa nie będzie obra… - Znów urwałem. Czułem, jak cierpnie mi cała twarz.

Walker podniósł się powoli i zataczając się na stojący nieopodal samochód, zaśmiał się. Również splunął.

-Po prostu poezja – wychrypiał. – Seth Knight przeleciał już wszystkie dupy w szkole, więc w końcu wziął się za tą ostatnią! Jak kurwa, słowo daję, przejdziesz do historii!

Ruszyłem na niego, jednak powstrzymały mnie czyjeś ramiona, zakleszczające się na mojej klatce. Nie myślałem o bólu.

-Seth – usłyszałem obok siebie głos Chrisa. – Wystarczy na dziś.

-Nie będzie… - zacząłem, ale ponownie się zakrztusiłem. Kurwa mać. – I jeszcze Barton!

-Idź stąd, Barton. W tym miejscu, już sobie poradzę. – Chuj najwyraźniej się wahał. – No spierdalaj!

Nim zdążyłem się wyswobodzić z kleszczy Lucasa, Walker dźwignął się i szybko zmył się za budynek szkoły. Po chwili poczułem na twarzy delikatny dotyk dłoni. Lori…

Miałem nadzieję, że nic z tego nie słyszała, bo znając ją, mogłyby z tego wyniknąć tylko kłopoty.

Chciałem coś powiedzieć, ale Chris wrzucił mnie na tylne siedzenie mustanga. Pamiętam, że zamknąłem oczy, samochód ruszył i ktoś włożył mi na głowę bańkę. Głosy i obrazy były rozmazane.
Kurwa.


*


Siedziałam na brzegu łóżka, w domu Knightów, patrząc na śpiącego Setha. Był poobijany, wciąż w poplamionej krwią koszulce, z zaczerwienionym knykciami. Nadal nie doszłam do siebie po tym, co zobaczyłam i co usłyszałam, ale teraz martwiłam się tylko o niego. Modliłam się, by nic złego mu się nie stało.

Ostrożnie wyciągnęłam rękę, poprawiając na jego twarzy, zmoczony w zimnej wodzie ręcznik. Drugi owinięty był wokół jego prawej dłoni. Obawiałam się, iż mogła być złamana, ale Seth uparł się, że wszystko jest dobrze i nie pojedzie do szpitala. Odgarnęłam z jego czoła kosmyki włosów, które już od dawna wołały o obcięcie i dostrzegłam niewielką rankę na jego czole, przypominając sobie kolorowy plaster, który miał tam dziś rano.

Ten dzień nie miał się tak skończyć.

Odwróciłam się, słysząc, że ktoś wchodzi do pokoju. Terri stała w drzwiach ze zmartwionym wyrazem twarzy i westchnęła głęboko. Ona również niepokoiła się o niego.

-Może coś zjesz? - spytała mnie szeptem. Pokręciłam tylko głową. - To powiesz mi, co się tam stało?

-Nie mam pojęcia. Wyszłam w szkoły i zobaczyłam, że Seth i Josh Walker biją się. - Pokręciłam głową, chcąc odpędzić od siebie ten widok. Seth leżący na ziemi, nie potrafiący podnieś się na nogi... - Sam odciągnął Walkera, a potem zjawił się Chris...

-Sam? - zdziwiła się. - Sam Barton? Ten sam Sam Barton, z którym...

-Tak. Ten Sam Barton.

Wytrzeszczyła oczy. Weszła do pokoju i cicho zamknęła za sobą drzwi. Zrzuciwszy ciuchy z krzesła stojącym przy ścianie, przysunęła go bliżej łóżka i usiadła, wbijając w swojego brata zatroskane spojrzenie.

-W co on znowu się wpakował? - wyszeptała. - Było już tak dobrze... Myślałam, że ten okres ciągłych bójek, imprez, chlania do nieprzytomności i zaliczania wszystkiego, co się nawinęło, już minął.

-To nie o to chodzi, Terri.

Spojrzała na mnie pytająco.

-Josh go sprowokował – powiedziałam powoli. Seth wymruczał coś przez sen i poruszył głową, a ręcznik zsunął się na poduszkę. Wzięłam go i zmoczyłam w misce, która stała przy łóżku. Mocno wykręciłam materiał i ponownie położyłam na jego twarzy, uważając, by go nie obudzić. Zapewne jutro opuchlizna pojawi się pomimo tego, ale chciałam chociaż jakoś mu pomóc.

-Jak to go sprowokował?! - spytała ostro. Przyłożyłam palec do ust. - Co ten pajac zrobił? Wiem, że się nie lubili i tylko cudem nigdy nie doszło do żadnej bójki między nimi... Seth zawsze jakoś się powstrzymywał albo ktoś stawał im na drodze. Co się teraz stało?

-Josh powiedział coś... o mnie...

-Co takiego?

-Nieważne – ucięłam krótko. Popatrzyłam na niego, wzdychając ciężko. Spał tak spokojnie. - Terri, a jak udała się twoja rozmowa z Chrisem? - spytałam, chcąc szybko zmienić temat. - Wyjaśniliście sobie wszystko?

Wykrzywiła usta w grymasie.

-Prawie – mruknęła. - Ja próbowałam rozmawiać, a on wciąż przepraszał mnie i mówił, jak mu przykro, jak bardzo żałuje, że nie chciał mnie skrzywdzić, i jak bardzo mu na mnie zależy...

-Więc w czym problem?

-Znam go na tyle, żeby wiedzieć, że te słowa nic nie znaczą – powiedziała ze smutkiem. - Mówi to, co zawsze. To, co wszyscy. To jak wyuczona regułka dla każdego faceta, który nie potrafi powiedzieć tego, co naprawdę czuje. Tu nie chodzi o to, że my... no wiesz... On się nigdy nie zaangażuje i nigdy nie będzie w stanie odwzajemnić tego, co ja czuję. Jest jak każdy facet. Arogancki, samolubny, chcący tylko zaspokoić swoje potrzeby.

-Terri, wyolbrzymiasz – mruknęłam cicho, obawiając się, że moja przyjaciółka może obrazić się za to, co powiem. - Zbyt dużo myślisz i wszystko niepotrzebnie wywracasz do góry nogami.

-Może – wzruszyła ramionami. - Więc uważasz, że mam do niego wrócić i zobaczyć, co będzie?

-Myślę, że tak – powiedziałam powoli. - Choć ja nie znam się na tego typu sprawach.

Terri spojrzała na mnie badawczo.

-Coś cię gnębi? - spytała. Pokręciłam głową, nie chcąc mówić jej o tym, co powiedziała mi dzisiaj Roxanne Canavan. Obiecałam sobie, że nie będę do tego wracać ani tym się przejmować. A już tym bardziej, nie powiem o tym Sethowi. - Lori, znam cię lepiej niż myślisz. Ciągle czymś się martwisz i coś mi mówi, że nie chodzi tylko o tą bójkę.

Zawahałam się.

-Chodzi o moją mamę – powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.

-Znowu czegoś się czepia? - Terri wywróciła oczami. Odetchnęłam z ulgą, że to jej wystarczyło.

-Tego samego, co zawsze. Prosiłam ją, by zmieniła zdania o Sethcie, a ona powiedziała, że to zrobi, jeśli bliżej go pozna. I chce, żebym przyprowadziła go w piątek na kolację.

Terri wytrzeszczyła oczy, a po chwili parsknęła śmiechem.

-Seth w twoim domu, przy twoim stole, plotkujący z twoimi rodzicami z wyglądem Rocky'ego po walce... Twoja mama dostanie zawału.

Posłałam jej pełne politowania spojrzenie.

-Nie chcesz, żeby Seth był na tej kolacji? - spytała niepewnie.

-Sama nie wiem, co o tym myśleć – mruknęłam. - Chcę, żeby mama się do niego przekonała, ale trochę boję się tego wieczoru. A może ty też przyjdziesz?

-Nie ma mowy, Lori. To twój chłopak i twoi rodzice. Ja mogę co najwyżej... – Zastanowiła się chwilę. - Mogę zadzwonić po godzinie i wyciągnąć stamtąd Setha pod jakimś głupim pretekstem. Tak postępują przyjaciele.

Uśmiechnęłam się lekko i przeniosłam wzrok na śpiącego chłopaka.

-Nie będzie tak źle – szepnęłam. - Wszystko się ułoży.

-Masz rację – wtrąciła Terri. - Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że całe to moje czepianie się było dziecinne i bezsensowne. Kocham Chrisa i brakuje mi jego towarzystwa... - Urwała na krótką chwilę, zatapiając się we własnych rozmyśleniach. - Chyba dam nam szansę. Jak powiedziałaś, wszystko się ułoży.


***


Niemożliwe. To już 40 rozdział! HIP HIP HURA! I jak wam się podoba? Mi całkiem, całkiem . Następny postaram się dodać w niedzielę, ale nic nie OBIECUJĘ. PROSZĘ O TROCHĘ WYTRWAŁOŚCI I ZROZUMIENIA .
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›